Złotówka dziennie dzieli nas od rozwiązania problemu niedożywienia dzieci w Polsce

Czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

1.

Jem w takich barach z jedzeniem na wagę. Trochę ponad 3 złote za 100 gramów. Jestem dumny, gdy uda mi się włożyć na talerz jedzenia za 10 złotych. To wypada zazwyczaj duża garść ryżu, dwa kawałki ryby, pół garści surówki. Jem zazwyczaj z Mikołajem albo Kamilem, chłopakami z ulicy. Dziś ich nie było. W okolicy galerii kręciła się natomiast kobieta. Poszliśmy razem. Sympatyczna rozmowa, stajemy w kolejce.
– proszę sobie nałożyć, na co ma pani ochotę.

Sam wziąłem talerz i cyrkluję te gramy.
Ona nakłada ziemniak za ziemniakiem, dużą łyche surówek, dwa kotlety.
Myślę sobie: ładnie się załadowałem.
Ważymy.
Moje: 11,49. Jej: 42,70.
Płacę i słyszę w uszach głos Chmielewskiej, którą pytaliśmy z Piotrkiem o złość na biednych: – czasem biedak może wyprowadzić z równowagi, gdy dostaje palca, może ciągnąć całą rękę, ale myślę sobie wtedy: dobry jest, załadował mnie, będę ostrożniejsza.

Siadamy do jedzenia. Ona ledwo ten talerz niesie.
– pomogę.
– dziękuję.
– smacznego.
– smacznego.
– Monika. 36 lat. Śpi gdzieś pod halą targową.

Wyciąga po chwili telefon.
Pisze smsa.

Po pięciu minutach podchodzi do nas dwójka dzieciaków. Lat 6 i 12. Siadają obok. Każde dostaje po kotlecie. Ona zostawia sobie kilka ziemniaków.

2.

Co trzeci Polak wyrzuca jedzenie. Banki Żywności przeprowadziły ostatnio badania, z których wynika, że średnio jeden Polak wyrzuca na śmieci 50 kg jedzenia. Pomijam w tych obliczeniach jedzenie wyrzucane przez restauracje, sklepy, sieci supermarketów (to jakieś 7 milionów ton!). Skupiam się wyłącznie na każdym z nas. Pojedynczych Polakach. Indywidualnych decyzjach. Bo to przecież my wszyscy, którzy wyrzucamy jedzenie, jednocześnie jesteśmy przekonani, że nie od nas zależą światowe problemy z głodem i niedożywieniem.

Każdy z nas wyrzucił kiedyś jedzenie. Wędlina się przeterminowała. Pomidor zaczął pleśnieć. Ugotowaliśmy za dużo makaronu. Millward Brown przebadał, co wyrzucamy najczęściej: wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.). Powody? Wymieniamy m.in.: przegapienie terminu przydatności do spożycia, zrobienie zbyt dużych zakupów, zbyt duże porcje posiłków i niewłaściwe przechowywanie żywności.

Z tych wszystkich badań wynika, że czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

Jednocześnie 200 tysięcy dzieci w Polsce cierpi z powodu tzw. cichego głodu. Pisał o tym kiedyś Szymon Hołownia, obalając argument przeciwników przyjmowania uchodźców, którzy mówią, że skoro mamy jakieś pieniądze, to powinniśmy przeznaczyć je przede wszystkim na wsparcie dla Polaków.

Państwo znacie tę argumentację? Ile razy już słyszeliśmy zdanie internetowych erudytów, którzy „zaorali kogoś”, pisząc: „chcemy przyjmować uchodźców? Przecież polskie dzieci głodują!”, albo „co mnie obchodzi głód w Afryce, gdy mnie samemu nie starcza pieniędzy do pierwszego?”. Szymon Hołownia znalazł badania, z których wnika, że ludzi myślących w taki sposób w Polsce jest 53 proc. Pisze Hołownia: „Załóżmy roboczo, że liczba Polaków dysponujących jakimikolwiek pieniędzmi to jakieś 30 mln obywateli. 53 proc. z 30 mln to 16 mln”.

Co by było, gdyby zamiast wyrzucać jedzenie warte 2 tysiące złotych, przeznaczyć te pieniądze na walkę z głodem? Sumy jakimi możemy dysponować są zawrotne. Nie przesadzajmy. Załóżmy, przywołując raz jeszcze tekst Hołowni, że każdy z tych 16 milionów ludzi wyda chociaż złotówkę dziennie (!) na owo dożywianie najuboższych małych Polaków. Uzyskujemy na ten cel 348 mln zł miesięcznie. Podzielone przez 200 tys. dzieci, daje nam ok. 1900 zł na dziecko na miesiąc. Jest to kwota, z którą naprawdę można już coś sensownego zrobić. – A co by było, gdybyśmy opodatkowali się na ten cel wszyscy? – pyta Szymon Hołownia. Złotówka dziennie dzieli nas od sytuacji, w której hańbiący problem niedożywienia dzieci zostaje w Polsce rozwiązany.

Naprawdę wierzę głęboko, że wszystko zależy od nas. Nie kupuję tej naiwnej ostatecznie pragmatycznej wizji, że jeśli natychmiast nie widać skutków naszego zrównoważonego życia – bez wyrzucania jedzenia, oszczędzania, jeżdżenia komunikacją miejską, a nie samochodem – to należy z tego zrezygnować.

Kiedy napisałem na facebooku przywołaną na początku historię z Moniką i kotletami dla jej dzieci, przeczytałem w jednym z komentarzy, że zgodnie z Ewangelią nie powinienem się chwalić, że komuś pomagam. Przecież zasada ewangeliczna brzmi: niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa.

Bardziej się jednak boję, że moja lewa ręka wyrzuca rocznie kilogramy jedzenia, a prawa ręka w tym czasie podpiera argumenty, że „przecież głodu na całym świecie nie da się zlikwidować”.

4 myśli nt. „Złotówka dziennie dzieli nas od rozwiązania problemu niedożywienia dzieci w Polsce

  1. wiast

    Nie rozumiem. Gdzie obalenie argumentu o nieprzyjmowaniu uchodźców, zanim problem głodu polskich dzieci nie zostanie rozwiązany? Przecież jakieś teoretyczne wyliczenia dalej w praktyce problemu głodu w Polsce nie rozwiązały… Pewnie, dalej sponsorujmy przemytników ludzi, pokazując wszystkim, że zapłacenie przestępcom opłat, a później dodatkowych haraczy, ma jakiś sens, bo w rezultacie rzeczywiście dotrze się do Europy. Powinno się raczej pokazać, że wspieranie przestępców nic nie daje, bo pomimo wyrzucenia setek dolarów na przemytników, migranci wracają do punktu wyjścia i podróż nic im nie daje.

    Odpowiedz
  2. andrzej

    Pracując kilkanaście lat temu w pewnej firmie w Nowym Sączu widziałem jak starsza pani często żebrała na ulicy. Czasem dawaliśmy jej w sklepie kilka złotych. Wciąż miała łzy w oczach. Kiedyś, zapłaciłem dla Niej obiady w sąsiednim barze mlecznym. Zjedliśmy raz razem, Ona płakała. Od tej pory nigdy Jej nie zobaczyłem. Cała ta sytuacja wraca do mnie we snach…

    Odpowiedz
  3. pm

    Jasne że można ten, i wiele innych problemów zlikwidować, można też za takie próby ratowania „świata” nieźle oberwać od społeczeństwa „jadącego” wciąż utartym szlakiem … „biedny, bo głupi”, więc niech sobie radzi. A z innej strony jesteśmy od najmłodszych lat indoktrynowani przez tv która ukierunkowuje nas na „szczęśliwe życie wciąż nowych rzeczy” z naciskiem na _nowych_ lepszych, rodzi się niezrozumienie innych mających jednak nieco inne podejście, nie mających sił na równą „walkę” w takim społeczeństwie. Problem leży u podstaw wychowania, kolejna „puszka” na datki uspokoi nerwy dającemu, nakarmi też głodnego… tylko co z tego jeżeli wciąż będziemy tkwili po uszy w systemie który nakazuje rozpychać się łokciami. Słynny futurolog Jacqe Fresco mówi o tym, ale jak wspominałem wyżej za takie pomysły można w „normalnym” społeczeństwie oberwać…

    Odpowiedz
  4. Grzegorz

    Panie Błażeju, moim zdaniem mija się Pan z prawdą. Wyprowadził Pan swój wywód od spostrzeżenia w bardzo wąskim polu widzenia. Sprawdziłem – mieszka Pan w Krakowie, a ja akurat poznałem to miasto szczegółowo miedzy innymi od strony biedoty, bezdomnych i włóczęgów. W „Galerii Krakowskiej” (to jedyne takie miejsce) jest Pan obiektem nagabywania przez zawodowych żebraków. W bliskiej okolicy tego miejsca jest sześć miejsc, gdzie głodni dostają codziennie ciepłe jedzenie o różnych porach dnia. Każdy, z tych którzy prosili Pana o jedzenie, doskonale zna te miejsca. Problemy tych ludzi nie dotyczą jedzenia. Słabość opieki społecznej w Polsce nie sprowadza się do głodnych dzieci i karmienia ubogich. System jest niewydolny w zupełnie innych miejscach. Niestety, romantyczne postawy oraz wyliczenia ton marnowanej żywności to teoretyzowanie i idealizm. Sam uważam się za idealistę, ale akurat te sprawy, o których Pan pisze potrzebują twardego stąpania po ziemi i pomysłów, które mogą realnie działać.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.