Archiwa tagu: wykluczenie

Czekanie

1.
6 rano. Schodzę na dół, bo umówiłem się z Marzenką, że ją przed siódmą zawiozę do pracy w Łańcucie.
Małgorzata Chmielewska kupiła mi do biura (pokoiku z kanapami, dokumentami itd., połączonego z moją sypialnią) ekspres do kawy, więc wstawiam szybko kawę i schodzę, żeby sprawdzić czy Marzenka wstała.
Wstała. Czeka. W butach już, czapce, kurtce, dopala papierosa.
– Już schodzę, mamy jeszcze chwilę czasu przecież, to kawę tylko łyknę, dobrze? – mówię.
– Żaden problem. To ja spalę jeszcze jednego.
– To poczekaj, zejdę z kawą do Ciebie.
Wracam na górę. Biorę kawę. Zaczyna świtać. Reszta śpi. Nie chcę zbudzić. Schodzę cicho. Pod schodami jest fotel. Lubię ten fotel. Jest taki skryty. Trochę jest w salonie, a trochę go nie ma. No więc świta, w Domu półmrok, taki, wiecie, panuje tu koło szóstej nastrój, jak wtedy, gdy przed wyjściem rano do pracy wstaniecie na tyle wcześnie, żeby dopić jeszcze rano kawę.
Na fotelu siedzi Iwonka. Nie śpi, jak mówi, od trzeciej albo czwartej.
Normalnie było tak, że przygotowaniem śniadań i kolacji zajmowały się Ula i Ida. One też gotowały obiady. Zarządziliśmy więc, że „od teraz” zrobimy dyżury śniadaniowe i kolacjowe, tak, żeby każdy miał wkład w tworzenie Domu, a jak przecież inaczej tworzy się Dom, jeśli nie przez stół, wspólnotę stołu, i odpowiedzialność za to, że w Domu nikt nie chodzi głodny?
Iwonka wpisała się na listę na śniadanie.
– nie śpisz?
– bałam się, że zaśpię i nie przygotuję śniadania.
– przecież śniadanie jest o ósmej rano.
– a już jest przecież szósta piętnaście, to najwyższy czas, żeby talerze rozstawić.
– przecież o siódmej trzydzieści też być ze wszystkim zdążyła.
– no nie mogłam spać. Wolałam tu poczekać. Niż na łóżku. Gdybym czekała na łóżku jeszcze mogłabym niechcący zasnąć i zaspać.

2.


Basia śniadanie we wtorek jadła z bezrękawnikiem przewieszonym na krześle. Zbyszek na śniadanie we wtorek zniósł czapkę z daszkiem i położył ją na stół. Wszyscy byli w wysokich, ciepłych butach. Czekali. Wszyscy czekali, bo umówiliśmy się, że we wtorek pojedziemy w Bieszczady. Jednodniowy wypad. Nie wiem czy Oni spali przed tym wyjazdem. Basia nie spała na pewno.
– Coś zmęczona jesteś, Basiu – zapytałem, gdy szliśmy zaporą na Solinie.
– Nie spałam, myślałam, co ubrać. Bo tak: niby jest ciepło, ale przecież mówiłeś, że pojedziemy nad wodę, od wody ciągnie, a ja nie mam kurtki, musimy znaleźć dla mnie kurtkę, więc w nocy myślałam, czy założyć dwie koszulki, czy jedną, na pewno, myślałam sobie, zabiorę ten bezrękawnik, ale skoro bezrękawnik, to muszę jeszcze jakąś bluzkę z długim rękawem.
– i za ciepło się ubrałaś?
– trochę za ciepło. Bo wzięłam jeszcze taką bluzeczkę, w razie czego.

3.
Moi ludzie są jednym wielkim czekaniem. Na wszystko. Na kolację. Na mecz. Na wyjazd do lekarza. Na sen. Na listonosza. Na Dom.
Jednym, wielkim, stęsknionym, niespokojnym czekaniem. Artur, syn siostry Małgorzata Chmielewska też jest jednym wielkim czekaniem. Kto nigdy nie widział czekającego Artura, wychodzącego na ulicę, wyglądającego przez okno, zniecierpliwionego czekaniem, ten nie wie, co to jest czekanie. Czekanie Artura i moich Ludzi ściska za gardło.

Więc gdyby ktoś pytał, czego już się nauczyłem po tych trzech tygodniach bycia w Medyni, to nauczyłem się tego, jak boleśnie można czekać. Jak czeka się z niecierpliwością, ale z nadzieją. Mam taką teorię, że w tym czekaniu jest coś z zawodu. Dlatego pewne jest jedno – nigdy, przenigdy nie można zawieść tego czekania.
Że tak pojadę grafomanią na maxa: serio, nie pozwólcie, żeby ktoś na was musiał czekać, na wasze dobre słowo, wasze odwiedziny, na spełnienie danej obietnicy.
Nie ma nic gorszego jak zawiedzione czekanie.

Za tych, którzy głosu nie mają

Zupa na Plantach nie jest zakąską do wódki. Chociaż tak się zdarza. Moglibyśmy oczywiście postawić na Plantach tablicę ze zdjęciami i napisem: „tych klientów nie obsługujemy”. Moglibyśmy też pewnie ustawić stoisko z alkomatem. Chłopaki wydmuchiwaliby pewnie po kilka procent, a my moglibyśmy im mówić: „zasady są, tu się nie pije, pan wydmuchał 1.4 proc., więc zupy my tu dla pana nie mamy, wypad”.

I pewnie rzeczywiście jest tak, że my na tych Plantach grzeszymy. Przesadną naiwnością, dobroczynnością, może nawet pobłażliwością. Nasi ludzie – wolontariuszki i wolontariusze – być może przesadzają z zaufaniem i pokładaniem w bezdomnych zbyt dużych nadziei.

Renia, przepiękna kobieta, kierowniczka Domu Wspólnoty Chleb Życia na Potrzebnej w Warszawie (100 bezdomnych-chorych) powiedziała mi niedawno, że przez całe swoje życie z bezdomnymi uczy się jednej rzeczy: znaleźć środek między wrażliwością i asertywnością.

Wypośrodkowania między wrażliwością a asertywnością Renia uczy się od 15 lat. I non stop to powtarza. My uczymy się do kilku miesięcy. I pewnie będziemy uczyć się do końca życia, jeśli będziemy mieli siłę, żeby do końca życia żyć z bezdomnymi.

Możemy mieć zasadę, że nie obsługujemy alkoholików. Tylko pokażcie mi bezdomnych, którzy nie są alkoholikami. Może jakiś promil. Możemy mieć zasadę, że zupę dostają tylko czyści i odwszeni ludzie. Tylko pokażcie mi absolutnie czystych i odwszonych bezdomnych. Może jakiś promil.

Jeśli już mamy grzeszyć czymkolwiek, to myślę sobie, że lepiej grzeszyć tą naiwnością i jednak nieść pomoc, niż grzeszyć przesadną kalkulacją, decydowaniem (w poczuciu wszechwiedzy) komu nieść pomoc, a komu jej nie nieść, i przez to siedzieć z założonymi rękami.

Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci niż nadmiarem kalkulacji.

Xxx

Odgórne zasady nie działają. Powiedzenie stu pokopanym przez życie facetom, żeby nagle przestali pić, dbali o siebie, poszli do pracy itd. – to naiwność. To, że odgórne zasady nie działają, nie znaczy, że zasad nie ma.

Przemek i Grzesiek. Mocują się, żeby pójść na detoksykację. Nawet udało się załatwić skierowanie. Jesteśmy do ich dyspozycji. Przygotowujemy wyprawkę szpitalną, zatankowany samochód czeka na możliwość dowiezienia ich do szpitala Babińskiego.

Ale co z tego, jeśli chłopaki nie są w stanie wyzerować swojego licznika. Za każdym razem wydmuchują po kilka procent. I my się wkurzamy, denerwujemy, krzyczymy, złościmy – przecież zasady są jasne, musicie być na zero, żeby wziąć się w garść. I moglibyśmy odpuścić, za piątym, szóstym, dziesiątym razem. Tylko jest jakaś niesamowita siła w tych ludziach (wolontariuszach Zupy na Plantach), która nie pozwala im odpuścić. Wiemy, że nie wyjdziemy za Grześka i Przemka z ulicy. Że oni muszą zrobić to sami. I mimo, że za każdym razem dotychczas się nie udawało, to nie odpuszczamy. Wiemy, że uda się za 15 razem. A jeśli ma się udać dopiero za 20 razem, to też będziemy do dyspozycji.

Xxx

Po wczorajszej Zupie z Olą Wilczewską, lekarką, próbowaliśmy ogarnąć gdzieś spanie Rafałowi. Przyszedł na Zupę. Wydmuchał nam 2,4. Telepało go. I jasne było, że po odstawieniu dostanie ataku padaczki. Jadąc z nami samochodem, szukając gdzieś miejsca do snu, Rafał trzeźwiał.

– Gdzie jedziemy? – pytał Rafał.

– Do szpitala – odpowiada Ola.

Rafał: – Przyjmą nas?

Ola: – Załatwimy, nie stresuj się.

Rafał: – Pewnie nas nie przyjmą, znów będę spał na ulicy.

Ola: – Nie, dziś nie będziesz spał na ulicy.

W szpitalu się nie udało. Udało się dopiero w ogrzewalni. I telefoniczna rozmowa Oli z kierownikiem Ogrzewalni, w której prosiła go o przyjęcie Rafała, to była prawdziwa rozmowa kogoś, kto ma głos i może mówić w imieniu tych, którzy tego głosu nie mają i mówić nie potrafią.

Dzięki tym prostym zasadom, po pierwsze, że system i zasady można naginać, żeby nieść pomoc, a po drugie, że mamy ręce, nogi, głowę, umiemy coś załatwiać, mamy samochód i czas – i wykorzystujemy to dla innych, słabszych – dzięki temu Rafał wytrzeźwiał, spał w ciepłym i rano spokojnie napił się kawy i zapalił papierosa, a teraz możemy walczyć o jego życie jeszcze raz.

Xxx

W ogrzewalni mają jakieś siedemdziesiąt bezdomnych. Ale nie mają dla nich ubrań. Trójka wspaniałych pracowników socjalnych całą noc czuwa nad bezdomnymi. I to jest kolejna prośba. W ogrzewalni potrzebują męskich spodni, koszulek, bluz i bielizny. Nie dawajcie z tego, co wam zbywa. Ostatnio przyjechał do nas transport z… używanymi butami narciarskimi. No serio, nie mamy co z tym zrobić. Gdybyście mieli męskie spodnie, koszulki, bluzy i bieliznę – i tylko to – dajcie znać.

strzelczyk@tygodnik.com.pl, FB: Błażej Strzelczyk.

Majtki, skarpety, kalesony

15622638_598920736961065_2681439896059194306_n

Wokół mojego biurka w redakcji leżą cztery reklamówki. Zaglądam do środka. W pierwszej ryż, konserwy, puszki z pomidorami, kukurydzą, groszkiem. W pozostałych: paczki z podpaskami (przy dziesiątej straciłem rachubę), nawilżone chusteczki, szczoteczki i pasty do zębów, mydła – w kostkach i w płynie.

– Iwonka – krzyczę do koleżanki dbającej w redakcji o to wszystko, o co państwo redaktorstwo dbać podczas codziennej pracy zapomina – Iwonka, co to za reklamówki?

– Ktoś przyniósł, mówił, że dla ciebie – słyszę.

– Podpaski, dla mnie?

– Nie zaglądałam.

– Aha.

– I był jeszcze ten Marek, zabrał swoje walizki, mówił, że ma schronisko.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że na facebooku napisałem kiedyś taką historię:

Padła mi bateria w telefonie. Wiadomości, jak się okazuje – niestety – odsłuchałem dużo późnej. Było ich sześć. Coś tam o pracy. Coś o jakimś piciu. Odsłuchuję zapisuję co trzeba, resztę usuwam. Nagle słyszę w słuchawce przepity lekko, chropowaty kobiecy głos:
– Dobry wieczór, Anna xxx, bezdomna, dzwonię w sprawie tych ubrań.
Oddzawniam od razu. Odbiera Marek.
– cześć Marek. Ania do mnie dzwoniła, co tam?
– już Ci ją daję.

Trzeszczy chwilę w słuchawce, telefon przejmuje Ania:

– cześć Błażej.
– cześć, cześć, jak tam?
– wiesz, bo my te wszystkie całe nasze worki z ubraniami i rzeczami, jak jest dzień, to chowamy w krzakach.
– no wiem. Szukam tego większego plecaka dla was. Jest ciężko.
– plecaka już nie potrzeba.
– co się stało?
– dziś przed nocą ktoś nam te worki zajebał. Wszystko tam było.
– kurwa.
– trudno. Przyjął nas znajomy. Jest ciepło. Dajemy radę, tylko jest mały problem.
– no, mów.
– głupio mówić. Dostałam na Smoleńsku ostatnio dwie podpaski. Obie w tych workach miałam. Muszę podpaski. Może wasze dziewczyny mają? Sorry, że z tym do ciebie. Bo bielizny żadnej też już nie mam.

No więc, jak się okazuje, ktoś ten post przeczytał i dostarczył do redakcji trzy reklamówki podpasek.

Nie wiem kto te reklamówki do redakcji przyniósł. Ale temu, który to zrobił, muszę powiedzieć, że Ania i Marek są właśnie w domku w Zochcinie, u siostry Chmielewskiej.

Stają na nogi. Także dzięki Tobie. Dzięki temu, że w trakcie szukania dla Ani i Marka miejsca na ziemi, Ona mogła czuć się przez chwilę bezpiecznie i komfortowo.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że życie na ulicy wcale nie jest takie łatwe, jakby się nam, tym z lepszej strony życia, mogło wydawać.

Pisałem już o tym wielokrotnie, że fraza: „biedni, bezdomni, sami wybrali sobie taki sposób życia na ulicy. Dlaczego mamy im pomagać?”, jest, cokolwiek błędna.

Tak serio, od ponad roku wychodzę na tę ulicę, i tam naprawdę trudno spotkać ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali, że codziennie będą musieli prosić o jedzenie, że nie będą mogli się myć w ciepłej wodzie, że nie będą mogli zasypiać na miękkim materacu.

Bieda na ulicy to też brak czystej bielizny. Bieda na ulicy to niezmienianie skarpet od miesiąca. Jeden Pan na przykład, gdy zapytałem go, kiedy ostatnio mył zęby, odpowiedział, że nie pamięta. Inny, jeśli o zęby chodzi, chyba każdy z nich ma zepsuty, a – musicie mi uwierzyć – umówienie go do lekarza, żeby zajrzał mu w te zęby, nawet za największe pieniądze, wcale takie proste nie jest.

Bieda na ulicy to jest intymność. Te wszystkie rzeczy, które dla nas są takie naturalne i oczywiste, dla innych, żyjących kilka metrów od nas, są nieosiągalne.

Pamiętajcie o tej intymności. O kobietach żyjących na ulicy, które nigdy nie były badane ginekologicznie. O mężczyznach, przecież takich samych jak my, którzy czasem przez swoje głupie decyzje, a później przez wady w systemie pomocy, nigdy nie zostali przebadani, żeby się wykąpać muszą iść na dworzec, a żeby zmienić bieliznę, muszą się kogoś o to prosić.

Pamiętajcie o tym, gdy ich mijacie na ulicy. Nie musicie dawać im pieniędzy. Kiedy mijacie ich na ulicy, zatrzymajcie się na chwilę, spytajcie, czego potrzebują, porozmawiajcie z nimi, powiedziecie (jeśli mieszkają w Krakowie), żeby w środę i niedzielę, około godziny 18.30 wpadli na Planty, obok teatru Słowackiego. Tam czeka na nich ciepła zupa i rzeczy, których naprawdę potrzebują.

A jeśli was na to stać, nie dawajcie już podpasek, ich mamy pod dostatkiem. Dajcie nam, proszę o to w Ich imieniu: majtki, bokserki, skarpetki, kalesony.

Jestem w redakcji Tygodnika Powszechnego, Wiślna 12, Kraków, codziennie, od poniedziałku do piątku od 9 do 16. A jeśli macie bliżej, jesteśmy też na Celnej 5 w Żywej Pracowni. Odzywajcie się na priv, na Facebooku.

dzięki.

 

Szczur, więzienie, paczka fajek

15078809_1496924713657713_7298808790827846747_n

Podobno w tym wszystkim chodzi o zanurzenie się w syfie. Zobaczenie w nędzy „twarzy Chrystusa”. Gdy na kilka minut siadasz na zimnym i mokrym murku posadzki pod Bramą Floriańską, upokorzenie i wkurwienie czujesz już po kilku sekundach. Spodnie nasiąkają moczem, deszczem, śliną. Ile tam siedzisz? Dziesięć minut? Nawet nie. Tyle, ile spalasz papierosa. Maksymalnie, jeśli zaciągasz się swobodnie, od czterech do sześciu minut. Ale akurat zaciągasz się nieswobodnie. Czujesz przecież smród: moczu, stęchlizny gnijących stóp, dymu szluga, zaschniętego potu. Palisz cztery minuty. Szybko palisz.

Emil siedzi od rana. O piątej rano budzi go policjant. Bo Emil śpi akurat na zimnej ławce pod Sukiennicami. Emil wstaje o szóstej i idzie.

– Przyszli najpierw około trzeciej.

– No i?

– I mówią, kurwa, po prostu, że chrapię.

– Że chrapiesz?

– Że, chrapię, mówią. Że to głośne jest. Mieszkańcy dzwonili, mówili, chrapie ktoś, że rzekomo to ja.

– Mieszkańcy? Na Rynku?

– Oni tam mieszkają przecież. Kamienice są na Rynku. Dzwonić musieli, nie ma chuja, policjant debil, ale kłamać to nie mogę powiedzieć.

– I?

– Mandat mi chciał dać. Weź się, rozumiesz, mandat.

– Za chrapanie.

– No, mówię mu: panie, lipy tu nie róbmy, już się zbieram, nie ma mnie, uznajmy, że mnie tu nie ma.

– A on?

– Żebym spierdalał, bo jak nie, to on ma możliwości.

Emil o szóstej rano ma kaca. Emil albo ma kaca, albo jest pijany. Jest w ciągu od sierpnia. Sierpień był trzy miesiące temu, ale Emil nie wrócił jeszcze z Woodstocku. Miał wrócić, oczywiście, ale mu się przedłużyło. Śpi teraz pod Sukiennicami, ewentualnie, jak go natychmiastowo zmorzy, wprost pod Bramą Floriańską. Bo tu siedzi. Obok Kapliczki Matki Boskiej. W takiej z murku wnęce.

– Żebrzesz?

– Ja się brzydzę. Jak sami podchodzą, to gadam.

– O czym?

– A dlaczego pan na zimnie siedzi? – Tak pytają. Wiesz, na pan do mnie.

– A ty, co na to?

– Opowiadam.

– Co?

– Ściemę walę. Jak czuję, że wrażliwie ma być, żeby kasą ktoś sypnął, to mówię, że mnie żona z domu wyjebała, kurwa jedna, puszczała się to na lewo, to na prawo.

– A niewrażliwie?

– To że we więźniu przesiedziałem, osiem lat.

– A prawda o tym, że na zimnie siedzisz, to jaka jest?

– Że dwadzieścia dwa lata w tym więźniu siedziałem.

– Za co?

– Daj fajkę.

Emil dawno temu miał sprzeczkę z bratem.

– Sprzeczkę?

– No. Zajebałem go. – Wstań z tego murku, bo wilka złapiesz.

 

Po poważnym załamaniu się nerwów Waldek wrócił na ulicę. W tej obok dworca kamienicy z numerem 3, drzwi od klatki się nie domykają. – Dwanaście schodków jest – mówi szeptem, prowadząc do piwnicy – nie ma żarówki, musiałem obliczyć, bo bym się wyjebywał za każdym razem. W piwnicy drzwi z wybrakowanych desek zamykają się na kłódkę. Kłódka jest przepiłowana. Nora, w której Waldek zasypia ma jakieś dwa metry na metr. Śpi na wersalce. Siedzimy w tej klitce. Palimy.

– W Wałbrzychu, skąd pochodzę, spałem na śmietniku. Ale to był, jak na nasze warunku, bo z kolegą tam spałem, duży komfort. Mieliśmy ogrzewany śmietnik.

– Ogrzewany?

– Dwie rury grzewcze szły zaraz obok śmietnika. Luksus, panie, luksus.

Waldek wstaje nagle, powoli, z dużą uwagą, mówi, żebym się nie ruszał, peta rzuca na ziemię. Zbliża się do mnie powoli, z pięścią zaciśniętą i śmiercią w oczach. Bierze zamach i wymierza kopa tuż obok mnie. – Szczur. Zabiłem dziada. W nocy dziś nie dawał mi spokoju, chodź, musimy go wyjebać.

 

Zapomnijmy o sentymentach. Chrystusie w ciele wykluczonego. Możemy oczywiście snuć rzewne opowieści, że przez rozdawane bezdomnym kanapki doprowadzamy ich do „osobistego spotkania z Chrystusem”.  Nawet jeśli pokonamy tę żmudną drogą do zrozumienia, że ostatecznie my, lepiej urodzeni, nie mamy pojęcia po co wychodzimy na ulicę i jaki jest cel naszych rozmów z bezdomnymi, to i tak nagle zapala się nam lampka, że przecież jednak wiemy lepiej. A to w zasadzie takie podbudowujące nasz narcyzm, że spędziliśmy czas z wykluczonym, dotknęliśmy jego historii. Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie – pisze Artur Domosławski – sentymentalizm przerabia w obiekty westchnień. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzi w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet.

Pułapki są więc dwie. Jedna z nich to nasz wzruszający sentymentalizm. Druga, to nasze przekonanie, że wiemy najlepiej co należy zrobić, żeby wyciągnąć kogoś z biedy.

Złotówka dziennie dzieli nas od rozwiązania problemu niedożywienia dzieci w Polsce

Czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

1.

Jem w takich barach z jedzeniem na wagę. Trochę ponad 3 złote za 100 gramów. Jestem dumny, gdy uda mi się włożyć na talerz jedzenia za 10 złotych. To wypada zazwyczaj duża garść ryżu, dwa kawałki ryby, pół garści surówki. Jem zazwyczaj z Mikołajem albo Kamilem, chłopakami z ulicy. Dziś ich nie było. W okolicy galerii kręciła się natomiast kobieta. Poszliśmy razem. Sympatyczna rozmowa, stajemy w kolejce.
– proszę sobie nałożyć, na co ma pani ochotę.

Sam wziąłem talerz i cyrkluję te gramy.
Ona nakłada ziemniak za ziemniakiem, dużą łyche surówek, dwa kotlety.
Myślę sobie: ładnie się załadowałem.
Ważymy.
Moje: 11,49. Jej: 42,70.
Płacę i słyszę w uszach głos Chmielewskiej, którą pytaliśmy z Piotrkiem o złość na biednych: – czasem biedak może wyprowadzić z równowagi, gdy dostaje palca, może ciągnąć całą rękę, ale myślę sobie wtedy: dobry jest, załadował mnie, będę ostrożniejsza.

Siadamy do jedzenia. Ona ledwo ten talerz niesie.
– pomogę.
– dziękuję.
– smacznego.
– smacznego.
– Monika. 36 lat. Śpi gdzieś pod halą targową.

Wyciąga po chwili telefon.
Pisze smsa.

Po pięciu minutach podchodzi do nas dwójka dzieciaków. Lat 6 i 12. Siadają obok. Każde dostaje po kotlecie. Ona zostawia sobie kilka ziemniaków.

2.

Co trzeci Polak wyrzuca jedzenie. Banki Żywności przeprowadziły ostatnio badania, z których wynika, że średnio jeden Polak wyrzuca na śmieci 50 kg jedzenia. Pomijam w tych obliczeniach jedzenie wyrzucane przez restauracje, sklepy, sieci supermarketów (to jakieś 7 milionów ton!). Skupiam się wyłącznie na każdym z nas. Pojedynczych Polakach. Indywidualnych decyzjach. Bo to przecież my wszyscy, którzy wyrzucamy jedzenie, jednocześnie jesteśmy przekonani, że nie od nas zależą światowe problemy z głodem i niedożywieniem.

Każdy z nas wyrzucił kiedyś jedzenie. Wędlina się przeterminowała. Pomidor zaczął pleśnieć. Ugotowaliśmy za dużo makaronu. Millward Brown przebadał, co wyrzucamy najczęściej: wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.). Powody? Wymieniamy m.in.: przegapienie terminu przydatności do spożycia, zrobienie zbyt dużych zakupów, zbyt duże porcje posiłków i niewłaściwe przechowywanie żywności.

Z tych wszystkich badań wynika, że czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

Jednocześnie 200 tysięcy dzieci w Polsce cierpi z powodu tzw. cichego głodu. Pisał o tym kiedyś Szymon Hołownia, obalając argument przeciwników przyjmowania uchodźców, którzy mówią, że skoro mamy jakieś pieniądze, to powinniśmy przeznaczyć je przede wszystkim na wsparcie dla Polaków.

Państwo znacie tę argumentację? Ile razy już słyszeliśmy zdanie internetowych erudytów, którzy „zaorali kogoś”, pisząc: „chcemy przyjmować uchodźców? Przecież polskie dzieci głodują!”, albo „co mnie obchodzi głód w Afryce, gdy mnie samemu nie starcza pieniędzy do pierwszego?”. Szymon Hołownia znalazł badania, z których wnika, że ludzi myślących w taki sposób w Polsce jest 53 proc. Pisze Hołownia: „Załóżmy roboczo, że liczba Polaków dysponujących jakimikolwiek pieniędzmi to jakieś 30 mln obywateli. 53 proc. z 30 mln to 16 mln”.

Co by było, gdyby zamiast wyrzucać jedzenie warte 2 tysiące złotych, przeznaczyć te pieniądze na walkę z głodem? Sumy jakimi możemy dysponować są zawrotne. Nie przesadzajmy. Załóżmy, przywołując raz jeszcze tekst Hołowni, że każdy z tych 16 milionów ludzi wyda chociaż złotówkę dziennie (!) na owo dożywianie najuboższych małych Polaków. Uzyskujemy na ten cel 348 mln zł miesięcznie. Podzielone przez 200 tys. dzieci, daje nam ok. 1900 zł na dziecko na miesiąc. Jest to kwota, z którą naprawdę można już coś sensownego zrobić. – A co by było, gdybyśmy opodatkowali się na ten cel wszyscy? – pyta Szymon Hołownia. Złotówka dziennie dzieli nas od sytuacji, w której hańbiący problem niedożywienia dzieci zostaje w Polsce rozwiązany.

Naprawdę wierzę głęboko, że wszystko zależy od nas. Nie kupuję tej naiwnej ostatecznie pragmatycznej wizji, że jeśli natychmiast nie widać skutków naszego zrównoważonego życia – bez wyrzucania jedzenia, oszczędzania, jeżdżenia komunikacją miejską, a nie samochodem – to należy z tego zrezygnować.

Kiedy napisałem na facebooku przywołaną na początku historię z Moniką i kotletami dla jej dzieci, przeczytałem w jednym z komentarzy, że zgodnie z Ewangelią nie powinienem się chwalić, że komuś pomagam. Przecież zasada ewangeliczna brzmi: niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa.

Bardziej się jednak boję, że moja lewa ręka wyrzuca rocznie kilogramy jedzenia, a prawa ręka w tym czasie podpiera argumenty, że „przecież głodu na całym świecie nie da się zlikwidować”.