Archiwa tagu: wieś

Bukszpan babci Janiny

Babcia Janina mieszka za znakiem „Medynia Głogowska” naprzeciwko drewnianego krzyża, który stoi obok pierwszego we wsi przystanku autobusowego, ale przed znakiem ostrzegającym o wbiegających na asfalt Sarnach, i tuż obok domu rodzinnego księdza Józefa. (Ciekawostka: Babcia Janina chodziła z księdzem Józefem do tej samej klasy w podstawówce! Babcia Janina to jest generalnie kobieta wykształcona. Napisała maturę w Łańcucie, później studiowała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, zrobiła kurs katechetyczny i uczyła religii w szkole, w Medyni).
Idzie od cmentarza w stronę domu i pcha rower. Rower jest czerwony, bo drugi, niebieski, który od nas dostała, ma przebitą dętkę. Do roweru, od bagażnika zaczynając, przez siodełko, aż do prawej rączki kierownicy, bo babcia Janina pcha rower od lewej strony, przywiązane ma sznurkiem (przeciągniętym od łańcucha, później w górę, i tak kilka przełożeń) ze trzydzieści na oko gałązek bukszpanu.
Jurek naprawił jej tę dętkę, kupiliśmy nową opnę i pompkę, i zawiozłem jej ten niebieski rower.

– Oj, to dobrze, dobrze, Bóg niech wam wynagrodzi.
– Byłem u Pani niedawno, przed mszą u nas, zaprosić chciałem, nie było Pani, a to wieczór, ciemno już.
– A, bo ja jeżdżę, do Zalesia, w Zalesiu pięknie choinka rośnie, nazrywam, to na noc zjeżdżam.
– A ten bukszpan?
– A to (ścisza głos, jakby w ramach „konspiracji”), przy cmentarzu ludzie nazrzucali do lasu, bukszpan piękny, bukszpan na wiązanki.
– Wiązanki?
– Pekaesem jadę na targ do Rzeszowa, za osiem nawet sprzedam taką wiązankę, teraz przed świętami to bukszpan jak znalazł.

Pojechaliśmy więc dozbierać resztę tego bukszpanu. Najpierw do Kościoła na mszę o siedemnastej. (- To już na wypominki nie zostaniemy – mówi babcia Janina, i przekłada pas w samochodzie, trzyma ten pas przy zapięciu. – Zapiąć trzeba jednak – mówię. – A na co, kochaniutki, to tu, niedaleko, nie ma czasu na zapinanie pasów. – Zapnę – nie daję za wygraną. – Oj ty, Błażejku (bo ona do mnie Błażejku mówi), zapnij).

Babcia Janina ma długi skórzany płaszcz, trapery, w kościele całą mszę klęczy i mówi szeptem (chyba różaniec), po dzwonkach na zakończenie mszy zrywa się nagle, jakby w połowie, dłonie splata z tyłu, rozgląda się w prawo, w lewo, taka zgarbiona idzie do drzwi, jakby je chciała taranem pokonać, łapie za klamkę, ledwo zdążam za nią, jedziemy.

Pod cmentarzem przedziera się przez las. Jakby sama była z tego lasu. Jest ciemno przecież. Ona ten las dobrze zna „nie pal Błażejku tej latarki, las nie lubi takiego światła”. Idziemy tym lasem, ona czujnie, jak u siebie, ja po omacku, żeby tylko jej nie stracić z oczu, bo zginę tu przecież, „Jest!” – krzyczy. Zbiera na kupkę te gałęzie bukszpanu i mówi: „no pociągnij do auta, przeciągniesz?”.

Ciągniemy ten bukszpan z babcią Janiną przez las.
– Oj, pięknie, dobrze, że ta siostra cię tu przysłała – mówi babcia Janina, a ja ciągnę ten bukszpan tuż za nią.
Pakujemy gałązki bukszpanu po sam sufit samochodu.

– tu, rzuć tu, przy studni, przy studni te gałązki bukszpanu, pięknie bukszpan pachnie, ja jutro sobie przepatrzę, dołożę choinkę, będą wiązanki.

– pokaże mi Pani, jak robi te wiązanki?

– no, chodź, przyjdź, Błażejku, mój Boże, pokaże, może pojechać też chcesz, na handel ze mną?

Babcia Janina ma 83 lata, nie chodzi, biega, nie zatrzymuje się, w ogóle Babica Janina się nie zatrzymuje.

Ksiądz

Ksiądz mieszka kilka domów dalej. Albo wcześniej. Raczej wcześniej, bo zakładam, że Wieś zaczyna się tam, gdzie pierwszy raz w nią wjechałem. Łańcut – Czarna – Medynia Łańcucka – Medynia Głogowska. Znaki ostrzegające przed wpadającymi na drogę dzikimi zwierzętami, rozstawione wzdłuż drogi, da się zrozumieć dopiero jadąc nocą. Noc się zaczyna wcześnie i jest ciemna. Sarnie oczy świecą w tych ciemnościach z pobocza przez siedem kilometrów, dokładnie tyle, ile jest napisane na znaku ostrzegawczym po wjechaniu do Wsi.
Więc ksiądz mieszka za znakiem ostrzegającym przed Sarnami, ale przed naszym Domem.
Ksiądz, jak przystało na wiejskiego księdza, ma na imię Józef. Stąd pochodzi. Starsi mieszkańcy pamiętają go jeszcze jak biegał po Wsi w krótkich spodenkach. Ale tylko jego rówieśnicy mogą go takiego pamiętać, bo ksiądz Józef ma siedemdziesiąt trzy lata i po maturze pojechał kształcić się do Koszalina.
Był wikarym, proboszczem, aż na koniec życia zjechał w rodzinne strony i zamieszkał w domu rodziców.
Ksiądz Józef pachnie intensywną, słodką wodą kolońską, którą da się za parę złotych kupić u Staśka w sklepie. U Staśka w sklepie jest wszystko, mortadela, baleron, papierosy, wódka, tusz do drukarek, mleko, zegarki i woda kolońska księdza Józefa. Ula mówi, że jak czegoś nie ma w sklepie u Staśka, to znaczy, że to coś jest nieważne, albo w ogóle nie istnieje, a jeśli udowodni się, że to istnieje, to Stasiek to zamówi, i będzie.
Ksiądz Józef co dzień rano wychodzi z domu ogolony, pachnący wodą kolońską, z ostatnimi, pojedynczymi włosami zaczesanymi do tyłu. W sutannie ma obrazki ze świętym Charbelem i cukierki.
Drogę ze swojego domu do kościoła, który jest po drugiej stronie Wsi, pokonuje kilka razy.
Zazwyczaj pieszo. W tej sutannie, w porannym słońcu, chwilę przed 8 rano, wokół rdzawych liści i pustych pól, idzie i mówi różaniec. Zatrzymuje się przy każdej świętej figurce. Przy tych obok naszego domu klęka. Później wchodzi na pole, schodząc z asfaltu na pobocze podnosi sutannę, żeby nie zmoczyć jej w rosie wysokiej trawy. Staje na środku pola, rozkłada ręce, głowę podnosi do góry, stoi tak do sześciu minut, potem wraca na asfalt i dalej w drogę do Kościoła.
Zatrzymuje się przy każdym dziecku idącym do szkoły i daje mu cukierka. Z każdym spotkanym po drodze starszym zamienia kilka zdań i daje obrazek ze św. Charbelem.
Ksiądz Józef przyszedł do nas kilka dni temu na obiad. Pomodlił się w kaplicy. Wychwalił sos grzybowy Uli. Każdemu dał obrazek ze św. Charbelem. Później poszliśmy do mnie, na górę, na zieloną herbatę.
– Pan jest tu nowy, we wsi.
– Zgadza się.
– Proszę klęknąć, pobłogosławię.
Pobłogosławił, wypił i poszedł. Zostawił swój zapach intensywnej wody kolońskiej.
Będzie nam przychodził i odprawiła msze w kaplicy.