Archiwa tagu: Wiara

Kaplica

 

Przyszła mi kiedyś do głowy przebiegła myśl, że Zupa na Plantach i nasze zaangażowanie w niesienie pomocy osobom potrzebującym działa tylko dlatego, że są gdzieś rozsiane po Polsce miejsca, w których ludzie modlą się, żeby to, co robimy, miało sens.

Mam tak zawsze, kiedy jestem na mszy z Siostrą Chmielewską. W Nagorzycach, gdzie siostra mieszka z Arturem, msza jest co dzień. Kaplica (miejsce, które jest w każdym domu Wspólnoty) w Nagorzycach jest na piętrze. Codziennie wieczorem, przed kolacją, do kaplicy wchodzi siostra z Arturem, ksiądz, który z nimi mieszka i kilka osób, które akurat są tu w gościach. No i oba psy. Mała wspólnota. Msza jest bez śpiewów. Kazań. Służby liturgicznej (poza Arturem, ale o tym za chwilę). Podczas modlitwy wiernych siostra na głos wymienia wszystkie domy wspólnoty, jej mieszkańców i kierowników domów. Prosi w modlitwie o pomoc. Modli się o darczyńców. Modli się o wszystkich wolontariuszy Zup w Polsce, tych w Krakowie, Rzeszowie, Sopocie, od niedawna dodaje też tych z Poznania i Zakopanego. Modli się o Artura, który słysząc swoje imię podchodzi do „Gosi”, uśmiecha się, przytula i mówi „Jam Cię, Gosia”, co w jego języku znaczy tak naprawdę: „Kocham Cię, Mamo”. To jest msza święta po cichu. Modlimy się za ofiary zamachów terrorystycznych. Uchodźców. Samotnych. Kiedy jesteśmy tam z Piotrkiem, modlimy się, żeby ludzie mieli co jeść. Żeby nie byli chorzy. Później jest przyjęcie komunii świętej. Artur na Podniesienie wali mocno młotkiem w gong. Dzwoni dzwonkami. Przyjmuje komunię.

A jeszcze później, już po kolacji, jest wystawienie Pana Jezusa. Siostra prowadzi zapisy, kto będzie w tym czasie w Kaplicy. Nikt nie jest tam z nakazu. I bezdomni nie muszą tam przychodzić. Ona zazwyczaj jest ostatnia. Zdarzało się parę razy, że zostawałem z Nią w kaplicy. Klęka. Kurczy się. Jakby zwijała się w kłębek: „Idź i spróbuj. Zawsze jest to spotkanie. Uciekamy przed sobą samymi, a przecie Chrystus w nas chce zamieszkać, więc dobrze jest Mu zostawić miejsce i pozwolić wejść. Trzeba dać mu czas, żeby mógł się z Tobą spotkać” – mówiła nam w książce.

Miejsce modlitwy jest ważne. Tak jak w tej historii z Mojżeszem i „Namiotem Spotkania, który był poza obozem”. Miejsce, gdzie Mojżesz szedł spotkać się z Bogiem było poza obozem. Na uboczu. Pewnie po to, żeby maksymalnie ograniczyć bodźce. Pozbyć się rozproszeń. Gdy piszę o tym, że miejsce modlitwy jest ważne, to nie chodzi mi wcale o to, żebyśmy to my czuli się w tym miejscu wyjątkowo i komfortowo. W ogóle mam jakieś dziwne poczucie, na którym łapię się wielokrotnie, że niby się modlę, gadam modlitwy i nic się nie dzieje. Że mogą być momenty, w których tak naprawdę kręcę się wokół swoich uczuć. Zdarzenia z życia formułuję w słowa, wypowiadam te słowa przekonany, że to jest właśnie modlitwa. Opowiadam, opisuję, wspominam. Krążę wokół swoich myśli i emocji. Ks. Blachnicki mówił, że „Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”. Bp Grzegorz Ryś tłumaczy to tak: „Jest to niesamowicie mocne stwierdzenie. Oznacza, że człowiek jest więźniem dla siebie samego. Wciąż obraca się wokół swoich uczuć, wokół swoich myśli, swoich problemów, swoich pomysłów. Taka modlitwa może być jednym wielkim udręczeniem, męczeniem się ze sobą samym, nie dochodzi w niej do spotkania. Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”.

Już sama ta prośba o obecność Boga na modlitwie jest nie tylko kluczowa ale i wyczerpująca. Jak w Brewiarzu. „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu”. Jakby prośba, żeby On też był na tym spotkaniu. W innym razie spotykamy się sami ze sobą. A na to szkoda czasu.

No więc miejsce modlitwy jest ważne. Miałem takie miejsce będąc w seminarium. W ogóle zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkają w domach, gdzie są kaplice. Pokoje modlitwy. Pozbawione codziennej krzątaniny. Wchodzisz i znikasz nagle. Stapiasz się z tym miejscem. Po sześciu latach życia w Krakowie wreszcie mam mieszkanie z dwoma pokojami. W jednym jest sypialnia. I miejsce modlitwy. Tylko te dwie czynności. Sen i modlitwa. I jestem sam sobą zdziwiony, że za każdym razem, gdy wracam do domu, to całkowicie nieświadomie idę najpierw tam. Chociaż na moment. Stopić się z tym światem bez codziennej krzątaniny.

I w konsekwencji to jest chyba ważne, że skoro „Namiot spotkania” jest poza obozem, a kaplica jest poza codzienną krzątaniną, to także dlatego, żeby i na samej modlitwie nie było codziennej krzątaniny. Żeby modlitwa nie było rozliczeniem z dnia. Streszczeniem codzienności. Jeśli wierzyć, że Pan Bóg wie, to wie także jak minął nasz dzień. No i po co mu to jeszcze streszczać podczas modlitwy?

Szymon Hołownia mówi na audobooku „Katobotoks”, że modlitwę można przegadać. I że to rzeczywiste spotkanie z Bogiem jest wtedy, gdy słyszysz nagle, żebyś przestał gadać.

Oprócz tego, że możemy Boga zagadać codzienną krzątaniną, możemy też zabawiać Go kolejnymi nabożnymi modlitwami. Siadaliście tak kiedyś do modlitwy? Zakładając, że tym razem to będę milczał. Tak, żeby pozwolić mówić Jemu. Ile jestem w stanie wysiedzieć? Tak w absolutnej ciszy. Kontrolując przelewającą się w głowie codzienną krzątaninę. 5 minut? 10 minut? I nagle: „No dobra, dość już tego, to ja bym może różaniec odmówi”.

Nie ma chyba większej sztuki niż nauczenie się nie-gadania. „Już, dobrze”. „Już nic nie musisz mówić”. „Ja już wszystko wiem”. „A teraz posiedźmy i nic już nie mówmy”. Każdemu życzę takiego doświadczenia.

I jeszcze ciało. Co się przecież ściśle wiąże z miejscem. No więc ks. Grzegorz Strzelczyk wspominał kiedyś, że wiara musi nam się owinąć wokół czegoś materialnego. Wiara jest cielesna. Dotykalna. Namacalna. Musimy mieć przedmioty. Czotki, które przesuwamy w palcach. Wiara musi się owinąć wokół czegoś materialnego. To pomaga. Mieć coś pod palcami. I swoją świętość.

W kompletnej ciszy, bez gadania, z prośbą o Jego obecność, z czymś materialnym, w co możemy owinąć nasze doświadczenie modlitwy. I za każdym razem, gdy jestem w którymś z domów Wspólnoty Chleb Życia, to zaglądam do kaplicy. Bo tam to wszystko jest.

Bezinteresowność

Jest taka jedna krakowska biedaczka. Mała kobieta. Niskiego wzrostu. Spotkacie ją albo przy jezuitach na Małym Rynku, albo w okolicach Bagateli. Zagai do was cichutko. Szeptem. Jestem niemal pewien, że każdy, kto przechodzi codziennie w tych okolicach, był przez nią zaczepiony.
Dotychczas przechodziłem obok niej obojętnie.
Bo ona taka cicha, taka nieporadna, tak zagaja od niechcenia – myślałem – to niech się przynajmniej postara. Niech się odważy głośniej zagadać.
Niedawno, wracając wieczorem z redakcji znów się nawinęła. Już wchodziłem do tramwaju, gdy patrzę nagle, idzie.
Cofam się. Podchodzi. „Czy pan nie miałby dwa złote?”.
Poszliśmy na pierogi do „Bar smak” na Karmelickiej.

No więc niepokojąca biedaczka to Krystyna. Właśnie niedawno zmarł jej bliski mężczyzna. Ma mieszkanie. Ma się gdzie kąpać. I ona te pierogi tak grzecznie je. Tak z pełną kurtuazją. Jakby jadła łososia z guacamole.
I się okazuje, że Krystyna była skrzypaczką. Podobno dobrze się zapowiadającą. Odmroziła palce gdzieś w górach. Kariera jebnęła o ziemię.
I jadała te łososie z guacamole. I nagle jeść je przestała. Je pierogi co łaska. Żebrze.

520d24e33f3b5569d559a5b779ed8ac1,640,0,0,0

Myślę sobie, bezinteresowność to polega nie tylko na tym, że nie oczekujemy kasy za to, że komuś pomożemy.
Bezinteresowność polega przede wszystkim na tym, że nie programujemy ludzi, którym pomagamy.
Bezinteresowność w pewnym sensie zwalnia nas z myślenia o zbawianiu całego świata.
Pomagam, daję biedakowi pieniądze, idziemy coś zjeść – a co się później stanie, to już przyszłość.
Całe ryzyko polega na tym, że nie uzależniamy ich od siebie. Nie mówimy: „dam ci, ale ty teraz masz żyć tak jak ja, lubić tych co ja, i w ogóle to całować mnie za to po rękach”.
To raczej niewolnictwo a nie charytatywność.

Dawaj, a nie oczekuj wdzięczność.

Biedak kopie w drzwi bogacza

Wybieramy sobie biednych, którym niesiemy pomoc. Stawiamy biedakom wymagania, ale nie takie, które stwarzają im szansę na lepsze życie, stawiamy im wymagania, bo sami chcemy się poczuć lepsi od nich.

Faithfuls prays on their knees at St Peter's square ahead of a conclave on March 12, 2013 at the Vatican. Cardinals moved into the Vatican today as the suspense mounted ahead of a secret papal election with no clear frontrunner to steer the Catholic world through troubled waters after Benedict XVI's historic resignation. The 115 cardinal electors who pick the next leader of 1.2 billion Catholics in a conclave in the Sistine Chapel will live inside the Vatican walls completely cut off from the outside world until they have made their choice. AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

„Dobra bieda” ma się uniżać, błagać, płakać. „Dobra bieda” ma się wstydzić. „Dobra bieda” to pojęcie wykreowane przez bogatych i zadowolonych. Łatwo nasiąkamy tym myśleniem. Także w Kościele. Myli nam się dobroczynność z solidarnością. Ks. Marek Gancarczyk, redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego” pisał kiedyś o przyjmowaniu uchodźców z Syrii tak: „Biedni nie powinni wymuszać pomocy siłą, a tak się dzieje, gdy na przykład nielegalne forsują taką czy inną granicę. Mamy tu do czynienia z pytaniem, czy biedny ma prawo kopać w drzwi bogatego, gdy ten nie chce ich otworzyć?”.

To poczucie wyższości nad biedakiem jest zgubne. Zastanawiam się czy „kopanie w drzwi bogatego” powinno rzeczywiście budzić w nas – chrześcijanach – oburzenie i niesmak. Może lepiej to „kopanie biedaków w drzwi bogatych” uznać za potrząsanie naszym sumieniem? Może dźwięk tych uderzeń biedaka w nasze drzwi powinien nas poruszać do działania, wybijać z poczucia wygody, i prowokować do podjęcia decyzji o wyjściu z komfortu.

Bogaci ludzie myślą, że im się powiodło. Że zdobyli swoje skarby ciężką pracą.

Skoro mi się powiodło – myśli taki bogaty – mogę wymagać. Od kogo jednak wymaga? Nie, nie od siebie. Wymaga od biednych.

Mówią sobie pewnie: „My jesteśmy bogaci, możemy wam coś skapnąć z naszego bogactwa, ale tylko wtedy, gdy będziecie pokorni, uniżycie się, przeprosicie, że istniejecie – wtedy my, dobroczynni, zapracowani, pewni siebie – damy wam jeść i otworzymy wam nasze domy – gdybyście przypadkiem uciekali przed prześladowaniem”.

„Zła bieda” jest „biedą Muzułmanina”. „Zła bieda” jest roszczeniowa. Niezadowolona. Ta bieda ma pretensje. „Zły biedny” ma w kieszeni telefon komórkowy. („Mają telefony komórkowe a kobiety mają pomalowane paznokcie – to co to za bieda!”). Myślę – za Janką Ochojską – że ta bieda przede wszystkim potrzebuje godności. Zrozumienia i wyrozumiałości.

Szymon Hołownia pisał w „Tygodniku Powszechnym”: „Nic z tego, co dostaliśmy i zrobiliśmy, nie jest nasza zasługą. Czy naszą zasługą jest to, że urodziliśmy się w miejscu, gdzie mogliśmy wszystko osiągnąć?”

S. Małgorzata Chmielewska​ mówi: „Pan zaciągnął dług. Z punku widzenia chrześcijańskiego ma pan jakieś zadanie do wykonania. Dług, który trzeba spłacić. Bo to nie pan o tym decydował. Pan to dostał. Więc jeśli ktoś dostał więcej, to znaczy, że od niego trzeba wymagać więcej.”

A Łukasz Ewangelista dodaje: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą.” (Łk 12,48)

Dlatego trzeba pomagać. Właśnie dlatego. Nawet tym, którzy są brudni, leniwi i śmierdzą.

Ekologiczne nawrócenie w Wielki Post. „Można żyjąc mieć niewiele, a żyć intensywnie”

Jest luty. W lutym papież zaapelował do ludzi Kościoła o wspólną modlitwę w intencji ochrony ziemi. Żeby zrozumieć, o co chodzi, trzeba zajrzeć do encykliki „Laudato Si”, w której papież wprost proponuje zmianę kilku naszych nawyków. Efektem ma być nie tylko ochrona ziemi, ale też rewolucja w naszym prywatnym życiu. No to sprawdźmy czy papież ma rację.

Wielki Post to czas wyrzeczeń i wstrzemięźliwości.

Wstrzemięźliwość kojarzy się z utratą. Wyrzec się czegoś, jest decyzją niedzisiejszą.

Papież w encyklice używa sformułowania „kompulsywny konsumpcjonizm”, i pisze, że wmawia się nam, że receptą na kryzys jest kupowanie nowych produktów.

W poprzednim tekście pisałem, że trzeba się dzielić. Bo w sumie nic nie jest nasze. A skoro nie jest nasze, dostaliśmy, wynajmujemy, to nie możemy stawać się więźniami tych rzeczy. Rzeczy, które wydaje się nam, że mamy, są tak samo nasze, jak każdego biedaka, którego spotykamy na ulicy.

Bo jeśli ja wierzę, że po życiu jest coś jeszcze, to zgromadzone rzeczy tu, na ziemi, tam, po „drugiej stronie”, w niczym mi się nie przydadzą. Żeby się dostać do nieba, nie przekupię Boga pieniędzmi. Umierając, nie zabiorę ze sobą telefonu, tego stosu książek, mieszkania, spłaconego kredytu itd. Wszystko zostanie tu na ziemi.

Myślę, że sens rzeczy jest nie w tym, żeby je gromadzić, tylko w tym, żeby je rozdawać. I Rozliczą nas nie z tych wszystkich rzeczy, które pozyskaliśmy, tylko z tych wszystkich rzeczy, które rozdaliśmy potrzebujący.

Tu jest chyba sens tych słów „mieć czy być”. Otóż być. Sorry za banał – być dobrym człowiekiem.

W Wielkim Poście tak naprawdę chodzi o to, żeby pozbywać się rzeczy.

Ktoś pozbywa się na ten czas telefonu, ktoś wyłącza Facebooka, ktoś przestaje jeść mięso, ktoś rzuca palenie.

Fajne to jest. Straszne fajne. Pozbywamy się rzeczy, wygody, komfortu, żeby złapać dystans i stać się – znów sorry – dobrym człowiekiem.

Tylko mam jedną, fundamentalną wątpliwość. Jedno kluczowe zastrzeżenie.

Czy to jest rzeczywiście wyrzeczenie? „Wyrzeczenie” nacechowane negatywnie? Otóż polecam poczytać Franciszka:

„Wstrzemięźliwość przeżywana świadomie i w wolności wyzwala nas. Nie jest gorszym życiem, nie jest mniejszą intensywnością, ale całkiem odwrotnie. W istocie tymi, którzy się bardziej rozkoszują i lepiej przeżywają każdą chwilę, są ci, którzy nie chcą wybierać tu i tam, nieustannie poszukując tego, czego nie mają, lecz doświadczają, co oznacza docenienie każdej osoby i każdej rzeczy, uczą się nawiązywać kontakt i potrafią się cieszyć z najprostszych rzeczy. (…) Można żyjąc mieć niewiele, a żyć intensywnie” (LS 223).

Z tymi myślami wchodzę w Wielki Post. Który – jak się może okazać – nie jest czasem męki, cierpienia, wyrzeczenia i utraty. Porzucenie mięsa, telefonu, facebooka itd., nie wiąże się z utratą. Wręcz przeciwnie. Im mniej rzeczy tym lepiej.

Plan na Wielki Post biorę więc od papieża: „Żyj mając niewiele, żyj intensywnie”.

1394094109post06032014-

Warto też skorzystać z innych rad Franciszka. Przeczytajcie tę encyklikę, bo ona serio wgniata w fotel. Oprócz kilku prywatnych wyrzeczeń, o których pewnie napiszę w najbliższych dniach, chciałbym też podjąć próbę „ekologicznego nawrócenia”, które sugeruje papież.

„Wychowanie do odpowiedzialności za środowisko naturalne może zachęcać do różnych zachowań, które mają bezpośredni i znaczący wpływ na troskę o środowisko, takich jak:

  • unikanie stosowania tworzyw sztucznych i papieru,
  • zmniejszenie zużycia wody,
  • segregowanie odpadów,
  • gotowanie tylko wówczas, gdy będzie można zjeść to, co ugotowano,
  • ostrożne podejście do innych istot żywych,
  • korzystanie z transportu publicznego lub wspólne korzystanie z samochodu przez kilka osób,
  • sadzenie drzew,
  • wyłączanie niepotrzebnego światła.”

 

Nie drukować maili, stać pod prysznicem połowę krócej niż dotychczas, wstawić pod zlew trzy kubły i segregować śmieci, jeść mniej, dorzucać do karmnika, nie zamawiać taksówki, posadzić kilka drzew, wykręcić połowę żarówek w mieszkaniu. – Oto plan na Wielki Post.

Pamiętasz, kiedy ostatni raz byłeś głodny?

Po mieście trzeba chodzi z uwagą. Miasto ma swoich właścicieli – biedaków.

12592470_10207648970816756_8946098979031016965_n

Artur, syn s. Chmielewskiej, wprowadził się właśnie do nowego domu. Dużego. Kilka razy większego niż ten, w który mieszkali wcześniej. Chodzi po tym domu trochę zagubiony. Bada teren. Odkrywa zakamarki z przygodą w oczach. Z pokoi zabiera fanty. Książki. Zapalniczki.

Zawłaszcza rzeczy i je chowa. Potrzebuje mieć coś swojego. Bo zasadniczo, gdy się spojrzy na Artura, to okaże się, że On nie ma nic. Nic swojego.

Artur, gdy zabierze coś do kieszeni, jeszcze długo będzie przychodził, pokazywał tę rzecz, i upewniając samego siebie mówił głośno: „To Artura”.

Siadając do kolacji, wszystko, co zebrał w ciągu dnia, wykłada na stół. Poruszając nad tymi rzeczami ręką w geście uspokojenia powtarza: „To Artura”. I, mimo że w nowym domu mieszka już ponad dwa tygodnie, mówi do swojej mamy: „To Artura. Zabierzemy do domu”.

Nie wie jeszcze, że to miejsce, w którym się budzi, jest jego nowym domem.

***

Wydaje nam się, że każdy z nas coś ma.

Ja mam rzeczy. Wydaje mi się, że je mam. Telefon. Komputer. Kilka książek.

Gdy kupuję rzeczy, wydaje mi się, że stają się moje. Kupuję je za pieniądze. Nie moje.

Pieniądze, które mam na koncie, zanim na nie wpłyną, nie są moimi pieniędzmi. Ktoś mi je dał.

Człowiek, który dzwoni do mnie z banku oferując pożyczkę, po kilku kliknięciach myszką może wejść na moje konto. Ma czasem do tego konta lepszy dostęp niż ja.

Ma dostęp do (nie)mojego konta z (nie)moimi pieniędzmi, za które mogę kupić (nie)moje rzeczy.

Przede wszystkim natomiast wydaje mi się, że mam mieszkanie. Nie jest oczywiście moje. Rynek i kapitalizm nazwał to „wynajmowaniem”. Wynajmuję mieszkanie. Wracam do niego. Urządzam się w nim. Ale jestem tu tylko na chwilę. Na moment. Zagospodarowuję przestrzeń. Decyduję, co gdzie będzie stało. Zapamiętuję, co gdzie położyłem. Oswoiłem mieszkanie tylko na moment. Wynająłem. Tak zresztą jak „wynajmuję” wszystko, co dla oszukania samego siebie nazywam „moim”. Religijne sprawę ujmując, „wynajmuję” też życie. I chyba o to chodzi, gdy w Kościele mówią nam, że na ziemi jesteśmy tylko na chwilę. Że po życiu coś jeszcze jest. Jak w Psalmie 49:

„Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim”.

***

Uświadamiam sobie ostatnio sprawy oczywiste. Uczę się tych prostych rzeczy od biedaków.

Andrzej jest bezdomny. Poznałem go w drugim, albo trzecim dniu tego roku. Kiedy jeszcze parował we mnie pity w sylwestra alkohol. Andrzej grzał się w przejściu podziemnym obok dworca.
Dałem mu czapkę.
W niedzielę poszliśmy razem zjeść obiad.
I Andrzej, jedząc pierogi ruskie, postawił proste w sumie pytanie, które jednak wgniotło mnie w krzesło:

– Pamiętasz kiedy ostatni raz byłeś głodny?

I uświadomiłem sobie, że ja, cholera jasna, tak naprawdę to nigdy nie byłem głodny.
Nigdy nie byłem głodny.

Andrzej nauczył mnie też, że jestem w mieście gościem. Jego gościem.

Tak jak mi się wydaje, że mieszkanie, w którym się budzę, jest moje, tak też Andrzejowi – bezdomnemu biedakowi – wydaje się, że miasto, w którym się budzi, jest jego.

Andrzej traktuje miasto jak dom. Wie, o której godzinie dostanie jedzenie od Kapucynów na ul. Smoleńsk. Wie, o której godzinie i gdzie najlepiej położyć się spać – gdzie będzie ciepło i nikt go nie przegoni. Wie, gdzie może się umyć za darmo. Wie, gdzie sprzedadzą mu wódkę za półdarmo.

***

Po mieście trzeba więc chodzić czujnie. Żeby nie nadepnąć na miejsca ważne dla biedaków. Zostawić im tę przestrzeń. Pozwolić na zagospodarowanie.

I trzeba się też dzielić. Bo w sumie nic nie jest nasze. A skoro nie jest nasze, dostaliśmy, wynajmujemy, to nie możemy stawać się więźniami tych rzeczy.

Rzeczy, które wydaje się nam, że mamy, są tak samo nasze, jak każdego biedaka, którego spotykamy na ulicy.

 

Psalm 49.:

Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim.
I chociaż w życiu sobie pochlebia:
„Będą cię sławić, że dobrześ się urządził”,
musi iść do pokolenia swych przodków,
Do tych, co na wieki nie zobaczą światła.
Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia,
przyrównany jest do bydląt, które giną.

fot: Piotrek Żyłka.

Wiara i polityka

Gdybyście, drodzy księża występujący w mediach, stojąc przy ołtarzach, różnili się doświadczeniem duchowym, wrażliwością religijną, sposobem przezywania wiary, interpretacją Pisma Świętego.
Gdybyście spierali się o świętego Pawła. Zastanawiali się, jak tłumaczyć powrót Szymona Piotra do Kafarnaum.
Gdybyście skupili się na różnicach między charyzmatykami a liturgistami. Neokatechumenatem a Oazą.
Gdybyście ścigali się w analizie czytań z dnia – to wszystko można by wziąć za dobrą monetę i uznać, że pięknie różnimy się w Kościele.
Problem w tym, że wy, drodzy księża występujący w mediach, od doświadczenia wiary wolicie doświadczenie polityki.
Wolicie naparzać się na partie. Ścigać się na lepszego prezydenta. Itd.
My, wierni, chcemy od Was, w gruncie rzeczy tylko, żebyście dali nam rozgrzeszenie, udzielili komunii i sprawowali Eucharystię.
Tymczasem część mediów i cześć wiernych „ostatnimi sprawiedliwymi w Kościele” nie nazywa tych z księży, którzy zostali powołani do głoszenia Słowa Bożego, ale tych księży, którzy „zostali powołani” do wspierania jeden albo drugiej partii.

1006176_10201012024737252_1684803821_n

Bóg gender. „Biskupi na Boże Ciało”

Spacerując po ulicach Betlejem nie sposób myśleć o in-vitro. Patrząc na wędkarzy łowiących ryby przy brzegu Jeziora Galilejskiego na myśl nie przychodzą spory o gender. W Kafarnaum, dotykając niemal ścian domu Szymona Piotra, trudno zastanawiać się czy polskie sklepy powinny być otwarte w niedzielę.

Prze ostatni tydzień podróżowałem autostopem po Izraelu. Kraj, który można zwiedzać na kilka sposobów. Z jeden – strony politycznie. Z drugiej – społecznie. Z trzeciej – religijnie. I ja właśnie starałem się podróżować na ten trzeci sposób: chciałem w miejscach istotnych dla duchowego doświadczenia czytać fragmenty Pisma Świętego a podczas modlitwy wspomagać się rozważaniami spisanymi przez mądrzejszym ode mnie.

Niestety, w drodze z Jerozolimy do Betlejem zgubiłem gdzieś swoje „duchowe podręczniki”: Kilka luźnych kartek z osobistymi przemyśleniami, do tego Pismo Święte, notatki Karola de Foucauld, Oscara Romero i biskupa Rysia.

Musiałem więc ratować się telefonem i Internetem. Łapiąc przed betlejemską świątynią Wi-Fi pomyślałem, że skoro już korzystam z Internetu – poszerzę grono duchowych kierowników. Wpisałem więc w wyszukiwarkę (raczej z ciekawości i trochę z przekorą) hasło – biskupi na Boże Narodzenie. Klikając „szukaj” – wiedziałem już, że to był błąd.

Do prawdy trudno jest tam – siedząc w miejscach dla wiary szalenie istotnych – korzystać z propozycji jakie dają polscy biskupi. Wszyscy wokół przekonując, że w kazaniach o in-vitro, gender, konwencjach politycznych nie ma nic złego. Bo przecież duchowni muszą głosić prawdy moralne. Ale naprawdę trudny to wysiłek, gdy chodząc po ulicach Betlejem szuka się logiki w powiązaniu narodzin Jezusa Chrystusa z krytyką metody in-vitro.

Trudno myśleć o gender, gdy stoi się na brzegu Jeziora Galilejskiego. Trudno myśleć o „deprawacji młodzieży” stojąc w synagodze w Kafarnaum, w którym Jezus dokonał tylu cudów.

Trudno myśleć o tym tam, w Izraelu – trudno też myśleć o tym tu, w Polsce.

Czwartkowe procesje Bożego Ciała dowiodły, że w kraju ciągle bez zmian.

Duchowo w Polsce jesteśmy więc sierotami. Przypuszczam, że niewielu jest wiernych, którzy wracając po procesji Bożego Ciała – gdzie usłyszeli znów krytykę konwencji o przemocy – na własną rękę szukają wyjaśnienia czym jest Eucharystia.

Słysząc ciągle o tym, czego boją się biskupi, nie mamy doświadczenia wiary. Gdyby porównać częstotliwość z jaką biskupi opowiadają o swoim strachu przed światem z momentami, gdy mówią o istocie wiary, to można mieć wrażenie, że Zbawienie, historia Jezusa, modlitwa – nie mają żadnego znaczenia.

Ale też wcale nie chodzi o to, że nie wyjaśniają nam o co chodzi w wierze. To już czasem trzeba robić na własną rękę – szukać tych, którzy to robią. Słuchać tych, dla których gender – wobec mocy i dobroci Boga – jest niczym.

Problemy są więc dwa. Po pierwsze – pewnie nie wielu jest wśród nas tych, którzy szukają na własną rękę. Po drugie – wierni nie są traktowani przez swoich pasterzy poważnie.

Do czego to prowadzi? O. Tomasz Grabowskiego OP napisał kiedyś na blogu „List na Wielki Post. Do kapłanów”. Tekst jest listem od jego znajomej i brzmi tak: „Poszłam na naukę przed Sakramentem Chrztu. Trwała godzinę. Prowadzący ją ksiądz ani razu nie spojrzał na obecnych. Nie zadał nam żadnego pytania. Podstawowe informacje o historii tego sakramentu, nie o jego istocie, czy momencie, w którym został ustanowiony, przeczytał z kartki. Zajęło to 7 minut. Czytał, że dawniej chrzczono dorosłych, dopiero później zaczęto chrzcić dzieci. I że chrzest >wypędza z nas szatana<, ale >to nie znaczy, że te małe aniołki są opętane<, ze względu na grzech pierworodny, gdy rodzimy się, więcej w nas zła niż dobra i bardziej należymy do sił złych… W pozostałym czasie dowiedziałam się też, że w kościele nie należy żuć gumy, nie należy rozmawiać, czym jest zakrystia (to miejsce, gdzie ksiądz się przebiera), że dziecko nad chrzcielnicą należy trzymać główką w dół, to znaczy nóżkami do góry, po to by woda spłynęła (inaczej nie spłynie). Co jeszcze? Wyjaśnił znaczenie słowa >chełpić się< i że Kościół to nie tylko >papież nasi biskupi i księża… no i jeszcze jacyś zakonnicy<. Czy mam pisać dalej, czy już jest Ci przykro? (…) To nie skarga. Bardziej wyraz złości. Ze mną jest trochę tak, jak w wierszu Różewicza:  >Życie bez Boga jest możliwe / Życie bez Boga jest niemożliwe<. Ale taki dzień jak dziś zmusza do odejścia. Do zamknięcia się na kolejne kilka lat. To nie jest tylko moje odczucie. To samo mówiła bratowa, mój brat nie mówił nic. Przeprosili mnie za >wczorajszą traumę<, było im wstyd. Bo ile my mamy lat, żeby mówić nam o gumie do żucia… I tu nie chodzi o to, że niczego nas nie nauczyli, nie dali szansy, by coś przeżyć, ale w sumie w jakiś sposób nas obrazili – naszą godność i inteligencję”.

Pasterze, z dnia na dzień, z roku na rok, wyrzekają się roli bycia przewodnikami po wierze, a stają się przewodnikami po swoim strachu.

Ekskluzywny Kościół ks. Gancarczyka

Redakcja Gościa Niedzielnego na jedenastu stronach swojego działu „Fakty i opinie” cztery razy zajmuje stanowisko w sprawie listu Adama Michnika i Jarosława Mikołajewskiego do papieża Franciszka.

11149348_10205730352492497_4632326677602768705_n

O sprawie pisze w edytorialu redaktor naczelny pisma, ks. Marek Gancarczyk. Opisuje najpierw liturgię Wigilii Paschalnej w rodzinnej parafii Paniówki na Górnym Śląsku. A następnie wyznaje, że poczuł irytację po lekturze listu redaktorów „Gazety Wyborczej” do Franciszka.

Pomieszanie irytacji – z jednej strony, ze wzruszeniem po liturgii – z drugiej strony – zmusiło autora do napisania kilku myśli podsumowujących zamieszanie wywołane przez Michnika i Mikołajewskiego.

Twierdzi zatem redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, że autorzy listu nie mają wystarczających kompetencji do zajmowania się Kościołem. Konstatuje ks. Gancarczyk: „Nie mają zielonego pojęcia o Kościele, ale mają odwagę – by nie użyć mocniejszego słowa – pisać do papieża”.

Argumentów przeciwko podejmowaniu prób kontaktu z Franciszkiem, ks. Gancarczyk wymienia kilka.

– Niewiedza o sprawach Kościoła

– Nieobecność na Wigilii Paschalnej

– nieuczestniczenie w budowie Bożego grobu w swojej parafii

– brak swojej parafii

– brak chrztu i praktyk religijnych

– nieprzystępowanie do spowiedzi i Komunii św. wielkanocnej

– niezapisanie się do parafialnego koła Caritas

– nieregularne chodzenie na Msze św. niedzielne.

Ten spis postaw redaktorów „Gazety Wyborczej” ks. Gancarczyk podsumowuje propozycją, by zanim autorzy napiszą list do Franciszka najpierw zapisali się do Żywego Różańca, oraz że bardziej rozumiałby list wysłany do Franciszka przez uczestników liturgii paschalnej w Paniówkach niż list dziennikarzy „GW”.

I ja pewnie nie mam odpowiednich kompetencji do zabierania głosu w sprawie. Mimo że – co prawda z trudem, ale jednak – udaje mi się spełniać wymienione w tekście kryteria wiarygodnego katolika.

Tłum

Biskup Grzegorz Ryś opowiadając kiedyś historię Zacheusza zwrócił uwagę na tłum, który skutecznie odgrodził celnika do Jezusa.

Zacheusz się wygłupił i żeby zobaczyć Jezusa – wszedł na Sykomorę. W homiliach, jeśli już księża opowiadają historię Jezusa, słyszymy najczęściej, że Zacheusz wszedł na drzewo bo był niskiego wzrostu. Jednak oprócz tego, w Ewangelii czytamy jeszcze zdanie: „Nie mógł jednak z powodu tłumu – i dopiero później – gdyż był małego wzrostu”.

Łatwo sobie wyobrazić tę scenę. Jezus Chrystus przybył do Jerycha, wokół Niego gromadzili się ludzie, pomiędzy Jezusem a „tłumem” byli uczniowie. Wszyscy tam na ziemi byli wyznawcami Jezusa. Sami Jego uczniowie przecież mieli tę frajdę, że żyli z nim na co dzień. Jedli razem z Nim. Rozmawiali. I nawet teraz, gdy Jezus może spotykać się z innymi potrzebującymi Jego wsparcia, uczniowie nadal chcą być ciągle przy swoim Mistrzu.

Uczniowie ostatecznie stają się tym „tłumem”, który skutecznie odgradza Zacheusza od Jezusa. Mimo to Jezus „spojrzał w górę i powiedział: >Pośpiesz się, bo dziś muszę zatrzymać się w twoim domu<”.

Jak historia potoczyła się dalej – wiemy doskonale.

Zacheusz przecież nie był dotychczas uczniem Jezusa. Wszedł na drzewo raczej z ciekawości. Miał odwagę – by nie użyć mocniejszego słowa – przyjąć Jezusa i jeszcze w ogóle próbować się z nim skontaktować.

Nie był też Zacheusz „człowiekiem z tłumu” – tłumu będącego tak blisko Jezusa. Tłumu posłusznego. Nie był uczniem, który regularnie jadał z Nim posiłki. Lojalny Jezusowi tłum zdziwił się później, mówiąc: „Poszedł w gościnę do grzesznika”.

Jest jeszcze jeden moment, w którym ewangelista Łukasz używa słowa „tłum”. W historii Jezusa pojawiła się kobieta, która od dwunastu lat chorowała na krwotok.

Jezus spotkał ją w Synagodze. Znów ewangelista pisze: „Gdy Jezus wrócił, powitał Go tłum, gdyż wszyscy Go oczekiwali”. I dalej: „Gdy On szedł, tłumy napierały na Niego”.

W tej atmosferze pojawia się kobieta. Czytamy więc dłuższy fragment: „Podeszła z tyłu, dotknęła frędzli Jego płaszcza i natychmiast ustał jej krwotok. Wówczas Jezus zapytał: „Kto Mnie dotknął”.

Tłum. Pewnie też taki sam tłum jaki był na „pięknej liturgii w rodzinnej parafii Paniówki” ks. Gancarczyka. Tłum napiera. Piotr zatem dziwi się absurdalnemu skądinąd pytaniu swojego Mistrza o to, kto Go dotknął i mówi: „Mistrzu, tłumy Cię otaczają i cisną się do Ciebie”.

Najpierw mówimy tak: trzeba wychodzić na peryferie. Trzeba szukać dobra u ludzi spoza Kościoła. Ewangelizować. W Piśmie Świętym jest nadzieja. Kościół szuka zagubionej owcy.
Gdy Michnik i Mikołajewski piszą list do papieża, w Kościele słyszymy: hipokryzja. Naiwni myślą, że Franciszek im odpisze. Kłamią, gdy piszą o swoim doświadczeniu wiary.

To duża pokusa, żeby Kościół traktować jako „ekskluzywny tłum” – owszem, czasem otwarty – ale tylko na siebie nawzajem.

„Kościół jest okrutny”

Historia działacza Polskiego Związku Piłki Nożnej, pana Kazimierza Grenia, uświadomiła mi, że w Kościele jest trochę jak w futbolu.

Michał Olszewski i Bartek Dobroch pisali kiedyś:

„Typowy działacz sportowy? Mężczyzna, emeryt lub w wieku przedemerytalnym, na zabój zakochany w sporcie, z setkami nazwisk i wyników, którymi sypie jak z rękawa, przeważnie były sportowiec, trener. O zarządzaniu czy marketingu często nie wie nic”.

Działacze sportowi jeżdżą na mecze. Coś tam mówią. Wybierają swojego szefa. Popełniają gafy. Wpadki. Organizują konferencje prasowe. Pokazują na nich swoje spodnie. Mówią o interesach. Oskarżają.

Niewielu jest zadowolonych z ich obecności.

Gdyby działacze sportowi byli najważniejsi, gdyby ich słowa były kluczowe, gdybyśmy wszyscy skupiali się na ich działalności, to stawiam dolary, że nigdy nie powstałyby eseje Bieńczyka, felietony Pilcha, teksty Steca itd.

Bo kto zachwycałby się finezją dośrodkowań? Kto analizowałby taktyki trenerskie? Kto rozmyślałby nad piłkarską tiki-taką? Kto dostrzegłby tyle szczegółów w konfrontacji Zidane–Materazzi? Kto skupiałby się na szaleńczych wyjściach z bramki Neuera? Komu chciałoby się kibicować drużynom piłkarskim? Dla kogo poezją stawałyby się dryblingi Messiego?

Nikt by przecież nie zwracał na to uwagi, bo wszystkie siły wkładałby w analizowanie kolejnych udziwnień starszych panów z Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Nikt się zatem działaczami nie przejmuje. Bo frustracja i załamywanie rąk. A futbol leży w innym miejscu.

I w Kościele są działacze. Podczas ostatnich świąt mówili dziwne rzeczy. Oskarżali. Obrażali. Grozili palcem. Gender. In-vitro. Zgniły zachód. Deprawacja.

A Kościół i tak fascynuje. Na przykład na spotkaniu wspólnoty Głos na pustyni. Tę mam frajdę, że oni modlą się w piętnaście kroków od mojego domu.

Mają zamknięte oczy. Podnoszą ręce w górę. Śpiewają. W powietrzu tam unosi się jakiś dziwny duch wspólnoty. Uśmiechają się. Jedni siedzą. Inni stoją. Nikt im w metrykę nie patrzy. Nikt nie pyta czy ochrzczeni. Czy mieszkają razem przed ślubem. Modlą się. Przepraszają. Proszą i dziękują.

Jestem Charlie, bo jestem katolikiem

z17220147Q,-Jestem-Charlie---Twitterowa-akcja-solidarnosci-z-

„Jestem Charlie”. Nie dlatego, że usprawiedliwiam rysunki z francuskiego pisma. „Jestem Charlie”, bo nie potrafię znaleźć żadnego argumentu, który przekonałby mnie, że śmierć jest czymś sprawiedliwym. Śmierć z rąk terrorysty. Brutalne zabójstwo. „Jestem Charlie”, bo to nie ja wymierzam sprawiedliwość, a śmierć nie może być karą. „Jestem Charlie”, bo nie znajduję wytłumaczenia dla zabijania.

Przecież nie ma żadnego znaczenia kim jest ten, kto cierpi. Gdy kogoś spotyka krzywda i niesprawiedliwość, wszystkie, absolutnie wszystkie okoliczności tracą ważność. Nie ma znaczenia, czy cierpi muzułmanin, satyryk, czarny, biały, prawicowiec czy lewicowiec. Wierzę, że chrześcijańska wrażliwość w każdym widzi najpierw człowieka. Dopiero potem to, kim ten człowiek jest. W obliczu śmierci w redakcji Charlie Hebdo, fakt, że zabici byli satyrykami, traci ważność.

Katolicy krytykujący akcję „Jestem Charlie”, na zdarzenia z Paryża chcą spojrzeć całościowo. Chwała im za to. Ale, kiedy kilka godzin po zamachu we francuskiej redakcji Paweł Bravo opisał chrześcijan, którzy nieudolnie i pewnie nieświadomie próbują szukać „usprawiedliwienia” dla zamachu, twierdząc, że przecież zamordowani kpili z wiary, pomyślałem, że to jakiś ponury żart. Okazuje się jednak, że to prawda.

Kolejni publicyści zwracają uwagę na obrazoburcze karykatury zamieszczane w piśmie. To ma być argument przeciwko akcji, którą zapoczątkował dziennikarz francuskiego magazynu „Stylist” Joachim Roncin, pisząc „Je suis Charlie”. „Slogan wyrażał to, co czuli wszyscy” – napisał w swoim edytorialu ks. Adam Boniecki.

„Jestem Charlie”, bo chcę – mimo, że to niewygodne – stać po stronie pokrzywdzonych, prześladowanych, cierpiących i mordowanych. Chcę, żeby nie miało dla mnie znaczenia kim są, i co myślą ci ludzie. Nie patrzę na nich przez pryzmat ich poglądów, koloru skóry i Boga, w którego wierzą. Jeśli ktoś jest mordowany, nie ma dla mnie znaczenia jego życie prywatne, przekonania itd.

Nie potrafię też zważyć czyjegoś cierpienia. Osądzić, czy jedna śmierć jest „ważniejsza” od drugiej. Zwłaszcza powiedzieć, że ktoś „zasłużył na śmierć”. Dlatego też staram powstrzymać się od osądzania zabitych dziennikarzy. Jednocześnie z uwagą czytam Ewangelię Mateusza i fragment, w którym Jezus Chrystus mówi: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Więc, parafrazując wpis z Facebooka „Catholic Voices Polska”, bez względu na wszystko:

Jestem Charlie Hebdo.

Jestem jednym z 2000 Nigeryjczyków zamordowanych przez Boko Haram.

Jestem białoruskimi więźniami.

Jestem kobietą gwałconą w Indiach.

Jestem każdym, kto cierpi. Póki co, stać mnie tylko na taką deklarację.