Archiwa tagu: Terroryzm

Omijaj system, nieś pomoc

Ciągle myślę, że my – w Kościele – nie jesteśmy od tego, by zastanawiać się jakie polityczne kroki należy podjąć, żeby pozytywnie wpłynąć na sytuację ludzi uciekających przed wojnami. Nie jesteśmy też od tego, żeby brać udział w podpisywaniu unijnych dyrektyw walczących z terroryzmem.

12279059_10206171440392959_5779947989828482236_n

Z jednej strony dlatego, że z wielu stron Kościoła słychać, iż przyjmowanie uchodźców nie ma sensu. Nie znam się na zwalczaniu terroryzmu. Z mądrych tekstów, które staram się czytać, głównie w prasie zachodniej, wynika, że łączenie przyjmowania uchodźców z zamachami terrorystycznym nie jest takie proste. A zwłaszcza, obwinianie za zamachy uchodźców, to krzywdzący skrót myślowy.

Po drugie dlatego, że – jak wierzę – zostaliśmy powołani do czegoś innego niż uczestnictwa w politycznych negocjacjach, w których politycy decydują, który człowiek jest legalny, a który nielegalny.

Nasza wiara jest tak naprawdę w tych dziedzinach życia irracjonalna. Irracjonalna z punktu widzenia mechanizmów tego świata. To właśnie dlatego papież Franciszek tuż po zamachu w Brukseli nie powiedział wcale: „a teraz musimy zabić wszystkich uchodźców, bo oni szkodzą Europie i są terrorystami”. Pierwszą reakcją papieża po zamachach było zaproszenie do modlitwy. Prośbą o miłosierdzie. Dla człowieka, który racjonalizuje świat, ta propozycja „przywódcy Kościoła Katolickiego” może wydawać się bezsensowna, irracjonalna, pozbawiona politycznego zmysłu.

To, że jesteśmy Chrześcijanami tak naprawdę zwalnia nas z myślenia o tym, że jesteśmy powołani do zmieniania systemów i politycznych ustrojów. Jesteśmy przede wszystkim powołani do niesienia drugiemu człowiekowi pomocy – tak realnej, konkretnej, otwierającej drzwi naszych domów, jak i tej duchowej, modlitewnej, wspierającej emocjonalnie.

Stąd też uważam na przykład, że bezzasadne jest stawiania siebie przed wyborem, czy należy pomagać ludziom na ulicy, czy też nie. W haśle: „pomagać trzeba rozsądnie” – które często formułują przeciwnicy niesienia ludziom doraźnej pomocy na ulicach, kryje się często zagłuszanie swoich wyrzutów sumienia. – Nie daję, bo nie można dawać ludziom pieniędzy na ulicy, jednocześnie nie robię nic, by wpłynąć na ich los.

Jesteśmy ludźmi gestów. Myślę więc, że moim głównym zdaniem jest omijanie wszelkich systemów. Jeśli dochodzę do wniosku, że system nie działa (system pomocy, przyjmowania uchodźców, opieki nad biedakami itd.) – to mam dwa wyjścia – albo będę niósł pomoc drugiemu człowiekowi, nie patrząc jak reaguje na to system, albo będę udawał, że zmieniam system – którego nierzadko po prostu zmienić się nie da.

Chciałbym więc zrobić coś, co sprawi, że „nikt nie głoduje pod elegancką knajpą, gdzie wyrzuca się codziennie dziesiątki kilogramów resztek jedzenia; w którym bajecznie bogate pałace, rezydencje, fazendy nie będą sąsiadowały z drewniano-papierowymi favelami”. Próbując to robić od kilku lat dochodzę do wniosku, że próby wprowadzania tego przez polityczne dyrektywy nie przynosi oczekiwanego skutku. Robię wszystko, żeby samemu temu zapobiegać. Nieś tę zmianę swoimi gestami pomocy, a nie decyzjami polityków.

en_01205902_1491
Słychać też narzekania i kpiny z ludzi, którzy zmieniają sobie zdjęcia profilowe, zdjęcia w tle, wrzucają w społecznościach unijne i belgijskie flagi itd.

A ksiądz Marek Różycki pracujący w katedrze wawelskiej napisał na twitterze m.in.: „Kolorowe kredki jako sposób na walkę z islamskim terroryzmem świadczy o poziomie jaki osiągnęła „postępowa” Europa”.

Ci sami ludzie, którzy teraz na to narzekają, wcześniej nie mieli oporów, by wychodzić na ulice po katastrofie smoleńskiej, palić znicze po śmierci JP2, organizować msze święte, które w tym kraju zawsze, oprócz modlitwy, miały wymiar jednoczący i solidarnościowy.

Ludzie potrzebują gestów. Nikt z nich nie walczy – drodzy racjonalizujący prawicowcy – z terrorystami. Każdy potrzebuje gestu – nawet najbardziej irracjonalnego – żeby mieć poczucie, że nie jest sam.

Jestem Charlie, bo jestem katolikiem

z17220147Q,-Jestem-Charlie---Twitterowa-akcja-solidarnosci-z-

„Jestem Charlie”. Nie dlatego, że usprawiedliwiam rysunki z francuskiego pisma. „Jestem Charlie”, bo nie potrafię znaleźć żadnego argumentu, który przekonałby mnie, że śmierć jest czymś sprawiedliwym. Śmierć z rąk terrorysty. Brutalne zabójstwo. „Jestem Charlie”, bo to nie ja wymierzam sprawiedliwość, a śmierć nie może być karą. „Jestem Charlie”, bo nie znajduję wytłumaczenia dla zabijania.

Przecież nie ma żadnego znaczenia kim jest ten, kto cierpi. Gdy kogoś spotyka krzywda i niesprawiedliwość, wszystkie, absolutnie wszystkie okoliczności tracą ważność. Nie ma znaczenia, czy cierpi muzułmanin, satyryk, czarny, biały, prawicowiec czy lewicowiec. Wierzę, że chrześcijańska wrażliwość w każdym widzi najpierw człowieka. Dopiero potem to, kim ten człowiek jest. W obliczu śmierci w redakcji Charlie Hebdo, fakt, że zabici byli satyrykami, traci ważność.

Katolicy krytykujący akcję „Jestem Charlie”, na zdarzenia z Paryża chcą spojrzeć całościowo. Chwała im za to. Ale, kiedy kilka godzin po zamachu we francuskiej redakcji Paweł Bravo opisał chrześcijan, którzy nieudolnie i pewnie nieświadomie próbują szukać „usprawiedliwienia” dla zamachu, twierdząc, że przecież zamordowani kpili z wiary, pomyślałem, że to jakiś ponury żart. Okazuje się jednak, że to prawda.

Kolejni publicyści zwracają uwagę na obrazoburcze karykatury zamieszczane w piśmie. To ma być argument przeciwko akcji, którą zapoczątkował dziennikarz francuskiego magazynu „Stylist” Joachim Roncin, pisząc „Je suis Charlie”. „Slogan wyrażał to, co czuli wszyscy” – napisał w swoim edytorialu ks. Adam Boniecki.

„Jestem Charlie”, bo chcę – mimo, że to niewygodne – stać po stronie pokrzywdzonych, prześladowanych, cierpiących i mordowanych. Chcę, żeby nie miało dla mnie znaczenia kim są, i co myślą ci ludzie. Nie patrzę na nich przez pryzmat ich poglądów, koloru skóry i Boga, w którego wierzą. Jeśli ktoś jest mordowany, nie ma dla mnie znaczenia jego życie prywatne, przekonania itd.

Nie potrafię też zważyć czyjegoś cierpienia. Osądzić, czy jedna śmierć jest „ważniejsza” od drugiej. Zwłaszcza powiedzieć, że ktoś „zasłużył na śmierć”. Dlatego też staram powstrzymać się od osądzania zabitych dziennikarzy. Jednocześnie z uwagą czytam Ewangelię Mateusza i fragment, w którym Jezus Chrystus mówi: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Więc, parafrazując wpis z Facebooka „Catholic Voices Polska”, bez względu na wszystko:

Jestem Charlie Hebdo.

Jestem jednym z 2000 Nigeryjczyków zamordowanych przez Boko Haram.

Jestem białoruskimi więźniami.

Jestem kobietą gwałconą w Indiach.

Jestem każdym, kto cierpi. Póki co, stać mnie tylko na taką deklarację.