Archiwa tagu: solidarność

Futbol jest piękny

Marzenia o piłce nożnej bez przemocy, faszyzmu kibiców, drukowania meczów, rywalizacji na noże, zwycięstwa za wszelką cenę, są do spełnienia. Wystarczy wymazać z pamięci przekonanie, że futbol jest tylko tam, gdzie finezja piłkarskiego talentu musi mieszać się z workami pieniędzy bogaczy. Wystarczy pójść na krakowskie Planty.

 

Od wiosny, kiedy w Krakowie zrobiło się cieplej, oprócz Zupy na Plantach jest jeszcze futbol. Kiedy już zjemy zupę, Stefan (imiona bezdomnych zmieniam) krzyczy, że zbiera składy na piłkę. Spośród chłopaków i dziewczyny jedzących zupę, tworzą się drużyny. Mieszane. Znów nie trzeba spełniać żadnych warunków wstępnych. Można być, jeśli już się jest, wypitym. Można mieć długie i krótkie spodenki. Być w koszulce albo bez. Można przyjść tu, na Planty, z dworca, pustostanów albo altanek śmietnikowych. Można być domnym i bezdomnym. Czystym i brudnym. Śmierdzącym i pachnącym.

Drużyny są pięcio-, czasem sześcioosobowe. Piłka jest nowa. Bramki na cztery krok zrobione są z pustych termosów po zupie.

Kamil biega po boisku, jeśli trawnik na plantach można oczywiście nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem Światowych Dni Młodzieży. Na marginesie: zachwycaliśmy się, że po ŚDM plecaki, które nosili ich uczestnicy, zostały w Krakowie na plecach osób w kryzysie bezdomności. I sami bezdomni byli tym zachwyceni, bo plecaki, podobnie jak buty, są na wagę złota. Plecaki jednak zaczęły nieco przeszkadzać. Rzucają się w oczy. Są w jaskrawych odcieniach niebieskiego, żółtego albo czerwonego. Gdy widzicie w Krakowie taki plecak, to w 90 procentach za chwilę spotkacie bezdomnego. A chłopaki i dziewczyny nie zawsze lubią, gdy mówi się o nich „bezdomni”. Widziałem jak na jednym pustostanie chłopaki sprejem przemalowywali plecaki, żeby „nie było przypału”.

 

No więc Kamil biega po boisku, oczywiście jeśli trawnik na plantach można nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem. W środku ma dwie puste butelki po piwie „Harnaś”. Pastę i szczoteczkę do zębów. Kilka niedopałków papierosów (kiedy udaje się bezdomnemu wyżebrać papierosa, nie spala go całego od razu. Wypala połowę, gasi go w palcach albo pod podeszwą i chowa do kieszeni, albo plecaka – na później). W plecaku jest jeszcze koszulka na zmianę. Etui z dokumentami i zdjęciami rodziny. I klamka (Kamil mieszka w altance działkowej. Kiedy wychodzi na miasto wyciąga klamkę z drzwi, żeby nikt nie wszedł do środka. Chociaż nawet gdyby się ktoś włamał, zabrałby „tylko” śpiwór, kubek na kawę i butlę z gazem). Kamil, mimo że namawiany przez wszystkich, nie zdejmie plecaka. Zdejmując plecak, zostałby z niczym.

Drużyny mieszane: „domnych” i bezdomnych, mieszkańców pustostanów i wagonów kolejowych, cuchnących i pachnących, ustawiają się w kółku. Jeden w środku wypowiada kilka nieskładnych, w założeniu motywacyjnych zdań. Wolontariusze i reszta osób na plantach odwraca się w stronę trawnika i zaczyna wykrzykiwać pojedyncze, kibicowskie hasła. Przybijamy sobie piątki i gramy.

Nie ma tu wymyślnej taktyki. Tylko bramkarz jest na swojej pozycji. Reszta gra na chaos. Koledzy z drużyny mylą się z przeciwnikami. Kiedy już masz piłkę przy nodze, biegniesz co sił na bramkę przeciwnika.

Pamiętacie to? Każdy mecz, pozornie tylko grany dla zabawy, jest przecież meczem o życie. O być albo nie być. Tu i teraz na boisku. Intensywna gęstość. Zapominamy się tam, na tych Plantach. Żadne tam kalkulacje. Co będzie, jeśli odpuścimy? Żadne tam, „jeśli przegramy, to przecież za chwilę będzie kolejny mecz o trzy punkty”. Tu się gra na zawsze. Tak, jakby jutra miało nie być. Jakby to był finał ważnych rozgrywek, chociaż to porównanie ciągle jest niewystarczające. Jakby od nas wszystko zależało. Nagle, kiedy tak biegniesz z piłką przy nodze, pojedyncze okrzyki „kibiców” siedzących na ławkach, zamieniają się tak naprawdę w gwar trybun. Kumpel, z którym aktualnie masz kosę, bo podjebał ci niedawno trzy złote, staje się partnerem z drużyny, i jeśli podasz mi piłkę, gdy będzie na lepszej niż ty pozycji, twoja drużyna zdobędzie bramkę. Gramy.

Jeden z chłopaków, kiedy piłka wyszła gdzieś na aut, przytomnie zauważa: – Ej, chłopaki i dziewczyny, ale gdzie my się kurwa po tym meczu wykąpiemy? Na Łaźnię się zapisałem, ale mam dopiero za trzy dni”.

I nagle i to staje się nieważne. Bo zawsze można pójść na dworzec i tam się wykąpać. Gramy dalej. Dalej się zapominamy. Stajemy się beztroscy. Jesteśmy drużynami, które, owszem, rywalizują, ale w pełnych zasadach fair play. Zapominamy, gdzie za chwilę wrócimy. Zapominamy skąd przyszliśmy. Zapominamy o niezapłaconych mandatach, smutku samotności, nienawiści, przemocy. Zapominamy o bezdomności. Nie jesteśmy bezdomni, domni, czyści, brudni. Wchodzimy w nową rolę. Wychodzimy ze starej. Jesteśmy teraz piłkarkami i piłkarzami. Jesteśmy reprezentantami naszej drużyny. Beztroska w tym wszystkim jest, słuchajcie, beztroska i zapomnienie. I błogość. I dzieciństwo jest. Dziewczyńskość. Zdrowa rywalizacja. Honor. Strupki na kolanach. Przyjemność. Wysiłek. Wszystko to, co pozwala na chwilę zapomnieć. Beztroska i zapomnienie.

I w tym wszystkim Kamil, niemal niezauważony, zdejmuje plecak. Bo zapomniał, że przecież ma się bać. Zapomniał się. Nie ma w nim lęku.

Mecz, choćby nie wiem co, kończy się remisem. Zawsze. Jest wspólnota. Drużyna. Jedność i solidarność. Przybijamy piątki, robimy wspólne zdjęcie, koniec na dziś.

Jestem właśnie w Gdańsku. We wtorek było tu spotkanie promujący nowy numer Magazynu Kopalnia. Napisałem w tym numerze wywiad z Markiem Bieńczykiem. O pięknie futbolu jest. W Gdańsku, podczas spotkania promocyjnego byli szefowie Kopalni, Piotr Żelazny i Michał Szadkowski. I Asia Wiśnowska, która prowadziła naszą rozmowę.

W pierwszym rzędzie, wśród publiczności usiadł Andrzej Kowalczys. Legenda trójmiejskiej opozycji. Człowiek, który pomagał w organizacji wejścia Lecha Wałęsy na słynny mecz Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn, w 1983 r. Dziś Kowalczys jest radnym Gdańska. Społecznikiem. Terapeutą. Organizatorem zawodów piłkarskich drużyn niezrzeszonych. Co roku na Pomorze przyjeżdżają z całej Polski „dzikie drużyny”, które rywalizują się ze sobą w rozgrywkach „Do przerwy 1:0”.

Kowalczys usłyszał o tym, co dzieje się na krakowskich Plantach. Że wspólnie jemy a później gramy w piłkę. Że robimy to dla wspólnoty i solidarności, i dla zapomnienia. Postanowił więc nam pomóc. Przyszedł na spotkanie z dużą torbą piłkarskich koszulek. Nie takich zwykłych, kupionych, żeby odczepić od siebie głos sumienia. To są koszulki, w których Kowalczys grał z premierem Tuskiem, radnymi Gdańska, także z alkoholikami, z którymi przez lata pracował.

Koszulek jest kilkanaście. Każda z nich coś znaczy. Każda ma swoją historię. Każda jest nasiąknięta sentymentami. Kowalczys postanowił oddać je, nie bez żalu, naszym krakowskim bezdomnym. Żeby mieli w czym grać. Żeby poczuli się jeszcze bardziej piłkarzami.

Dobre historie nas dobrze karmią. Nie pamiętam kiedy ostatnio odebrało mi mowę w taki sposób w jaki odebrało mi mowę, kiedy Pan Andrzej Kowalczys opowiadał mi o swojej historii i historii każdej z tych koszulek piłkarskich.

Karmmy się dobrymi historiami. Panie Andrzeju, za to, że Pan rozumie, że bezdomni to nie śmierdzące, niepotrzebne resztki, za to, że Pan rozumie, że Oni potrzebują nas tak samo jak my potrzebujemy Ich, za to też, że dzieli się Pan tym, co jest naprawdę dla Pana ważne – dziękuję. Po prostu, w imieniu naszych dziewczyn i chłopaków z krakowskich ulic – dziękuję!

Biedak kopie w drzwi bogacza

Wybieramy sobie biednych, którym niesiemy pomoc. Stawiamy biedakom wymagania, ale nie takie, które stwarzają im szansę na lepsze życie, stawiamy im wymagania, bo sami chcemy się poczuć lepsi od nich.

Faithfuls prays on their knees at St Peter's square ahead of a conclave on March 12, 2013 at the Vatican. Cardinals moved into the Vatican today as the suspense mounted ahead of a secret papal election with no clear frontrunner to steer the Catholic world through troubled waters after Benedict XVI's historic resignation. The 115 cardinal electors who pick the next leader of 1.2 billion Catholics in a conclave in the Sistine Chapel will live inside the Vatican walls completely cut off from the outside world until they have made their choice. AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

„Dobra bieda” ma się uniżać, błagać, płakać. „Dobra bieda” ma się wstydzić. „Dobra bieda” to pojęcie wykreowane przez bogatych i zadowolonych. Łatwo nasiąkamy tym myśleniem. Także w Kościele. Myli nam się dobroczynność z solidarnością. Ks. Marek Gancarczyk, redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego” pisał kiedyś o przyjmowaniu uchodźców z Syrii tak: „Biedni nie powinni wymuszać pomocy siłą, a tak się dzieje, gdy na przykład nielegalne forsują taką czy inną granicę. Mamy tu do czynienia z pytaniem, czy biedny ma prawo kopać w drzwi bogatego, gdy ten nie chce ich otworzyć?”.

To poczucie wyższości nad biedakiem jest zgubne. Zastanawiam się czy „kopanie w drzwi bogatego” powinno rzeczywiście budzić w nas – chrześcijanach – oburzenie i niesmak. Może lepiej to „kopanie biedaków w drzwi bogatych” uznać za potrząsanie naszym sumieniem? Może dźwięk tych uderzeń biedaka w nasze drzwi powinien nas poruszać do działania, wybijać z poczucia wygody, i prowokować do podjęcia decyzji o wyjściu z komfortu.

Bogaci ludzie myślą, że im się powiodło. Że zdobyli swoje skarby ciężką pracą.

Skoro mi się powiodło – myśli taki bogaty – mogę wymagać. Od kogo jednak wymaga? Nie, nie od siebie. Wymaga od biednych.

Mówią sobie pewnie: „My jesteśmy bogaci, możemy wam coś skapnąć z naszego bogactwa, ale tylko wtedy, gdy będziecie pokorni, uniżycie się, przeprosicie, że istniejecie – wtedy my, dobroczynni, zapracowani, pewni siebie – damy wam jeść i otworzymy wam nasze domy – gdybyście przypadkiem uciekali przed prześladowaniem”.

„Zła bieda” jest „biedą Muzułmanina”. „Zła bieda” jest roszczeniowa. Niezadowolona. Ta bieda ma pretensje. „Zły biedny” ma w kieszeni telefon komórkowy. („Mają telefony komórkowe a kobiety mają pomalowane paznokcie – to co to za bieda!”). Myślę – za Janką Ochojską – że ta bieda przede wszystkim potrzebuje godności. Zrozumienia i wyrozumiałości.

Szymon Hołownia pisał w „Tygodniku Powszechnym”: „Nic z tego, co dostaliśmy i zrobiliśmy, nie jest nasza zasługą. Czy naszą zasługą jest to, że urodziliśmy się w miejscu, gdzie mogliśmy wszystko osiągnąć?”

S. Małgorzata Chmielewska​ mówi: „Pan zaciągnął dług. Z punku widzenia chrześcijańskiego ma pan jakieś zadanie do wykonania. Dług, który trzeba spłacić. Bo to nie pan o tym decydował. Pan to dostał. Więc jeśli ktoś dostał więcej, to znaczy, że od niego trzeba wymagać więcej.”

A Łukasz Ewangelista dodaje: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą.” (Łk 12,48)

Dlatego trzeba pomagać. Właśnie dlatego. Nawet tym, którzy są brudni, leniwi i śmierdzą.