Archiwa tagu: pomoc

Majtki, skarpety, kalesony

15622638_598920736961065_2681439896059194306_n

Wokół mojego biurka w redakcji leżą cztery reklamówki. Zaglądam do środka. W pierwszej ryż, konserwy, puszki z pomidorami, kukurydzą, groszkiem. W pozostałych: paczki z podpaskami (przy dziesiątej straciłem rachubę), nawilżone chusteczki, szczoteczki i pasty do zębów, mydła – w kostkach i w płynie.

– Iwonka – krzyczę do koleżanki dbającej w redakcji o to wszystko, o co państwo redaktorstwo dbać podczas codziennej pracy zapomina – Iwonka, co to za reklamówki?

– Ktoś przyniósł, mówił, że dla ciebie – słyszę.

– Podpaski, dla mnie?

– Nie zaglądałam.

– Aha.

– I był jeszcze ten Marek, zabrał swoje walizki, mówił, że ma schronisko.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że na facebooku napisałem kiedyś taką historię:

Padła mi bateria w telefonie. Wiadomości, jak się okazuje – niestety – odsłuchałem dużo późnej. Było ich sześć. Coś tam o pracy. Coś o jakimś piciu. Odsłuchuję zapisuję co trzeba, resztę usuwam. Nagle słyszę w słuchawce przepity lekko, chropowaty kobiecy głos:
– Dobry wieczór, Anna xxx, bezdomna, dzwonię w sprawie tych ubrań.
Oddzawniam od razu. Odbiera Marek.
– cześć Marek. Ania do mnie dzwoniła, co tam?
– już Ci ją daję.

Trzeszczy chwilę w słuchawce, telefon przejmuje Ania:

– cześć Błażej.
– cześć, cześć, jak tam?
– wiesz, bo my te wszystkie całe nasze worki z ubraniami i rzeczami, jak jest dzień, to chowamy w krzakach.
– no wiem. Szukam tego większego plecaka dla was. Jest ciężko.
– plecaka już nie potrzeba.
– co się stało?
– dziś przed nocą ktoś nam te worki zajebał. Wszystko tam było.
– kurwa.
– trudno. Przyjął nas znajomy. Jest ciepło. Dajemy radę, tylko jest mały problem.
– no, mów.
– głupio mówić. Dostałam na Smoleńsku ostatnio dwie podpaski. Obie w tych workach miałam. Muszę podpaski. Może wasze dziewczyny mają? Sorry, że z tym do ciebie. Bo bielizny żadnej też już nie mam.

No więc, jak się okazuje, ktoś ten post przeczytał i dostarczył do redakcji trzy reklamówki podpasek.

Nie wiem kto te reklamówki do redakcji przyniósł. Ale temu, który to zrobił, muszę powiedzieć, że Ania i Marek są właśnie w domku w Zochcinie, u siostry Chmielewskiej.

Stają na nogi. Także dzięki Tobie. Dzięki temu, że w trakcie szukania dla Ani i Marka miejsca na ziemi, Ona mogła czuć się przez chwilę bezpiecznie i komfortowo.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że życie na ulicy wcale nie jest takie łatwe, jakby się nam, tym z lepszej strony życia, mogło wydawać.

Pisałem już o tym wielokrotnie, że fraza: „biedni, bezdomni, sami wybrali sobie taki sposób życia na ulicy. Dlaczego mamy im pomagać?”, jest, cokolwiek błędna.

Tak serio, od ponad roku wychodzę na tę ulicę, i tam naprawdę trudno spotkać ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali, że codziennie będą musieli prosić o jedzenie, że nie będą mogli się myć w ciepłej wodzie, że nie będą mogli zasypiać na miękkim materacu.

Bieda na ulicy to też brak czystej bielizny. Bieda na ulicy to niezmienianie skarpet od miesiąca. Jeden Pan na przykład, gdy zapytałem go, kiedy ostatnio mył zęby, odpowiedział, że nie pamięta. Inny, jeśli o zęby chodzi, chyba każdy z nich ma zepsuty, a – musicie mi uwierzyć – umówienie go do lekarza, żeby zajrzał mu w te zęby, nawet za największe pieniądze, wcale takie proste nie jest.

Bieda na ulicy to jest intymność. Te wszystkie rzeczy, które dla nas są takie naturalne i oczywiste, dla innych, żyjących kilka metrów od nas, są nieosiągalne.

Pamiętajcie o tej intymności. O kobietach żyjących na ulicy, które nigdy nie były badane ginekologicznie. O mężczyznach, przecież takich samych jak my, którzy czasem przez swoje głupie decyzje, a później przez wady w systemie pomocy, nigdy nie zostali przebadani, żeby się wykąpać muszą iść na dworzec, a żeby zmienić bieliznę, muszą się kogoś o to prosić.

Pamiętajcie o tym, gdy ich mijacie na ulicy. Nie musicie dawać im pieniędzy. Kiedy mijacie ich na ulicy, zatrzymajcie się na chwilę, spytajcie, czego potrzebują, porozmawiajcie z nimi, powiedziecie (jeśli mieszkają w Krakowie), żeby w środę i niedzielę, około godziny 18.30 wpadli na Planty, obok teatru Słowackiego. Tam czeka na nich ciepła zupa i rzeczy, których naprawdę potrzebują.

A jeśli was na to stać, nie dawajcie już podpasek, ich mamy pod dostatkiem. Dajcie nam, proszę o to w Ich imieniu: majtki, bokserki, skarpetki, kalesony.

Jestem w redakcji Tygodnika Powszechnego, Wiślna 12, Kraków, codziennie, od poniedziałku do piątku od 9 do 16. A jeśli macie bliżej, jesteśmy też na Celnej 5 w Żywej Pracowni. Odzywajcie się na priv, na Facebooku.

dzięki.

 

Współczuć

Owszem, idąc na pierogi ruskie z biedakiem poznanym na ulicy Grodzkiej w Krakowie, nie zmieniamy całego systemu pomocy. Nie pozbędziemy się biedy. Zaspokoimy głód jednej osoby. I to chyba ma już sens.

Fot. Ariff Tajuddin / flickr.com

Fot. Ariff Tajuddin / flickr.com

Napisałem niedawno na swoim Facebooku, że dostałem całkiem drogą miejscówkę na bal charytatywny, „z którego cały dochód zostanie przeznaczony na..” itd., itd.
A że rozkminiam w tematyce od kilku lat, to jak przystało na prawdziwego Polaka Katolika zacząłem się zastanawiać czy mi wypada.
I po lekturze Ewangelii i kilku innych jeszcze mądrych książek doszedłem do wniosku, że jednak mi nie wypada. Ale nie wypada mi, a nie, że każdemu nie wypada.
No więc nie chcę być dobroczynny. Bo widzę różnicę między dobroczynnością i solidarnością.
Dobroczynni są bogaci ludzie pijący drogie drinki i licytujący drogie obrazy na balach charytatywnych. I chwała im za to, i spoko.
Ale są też ludzie biedni, którzy z biedakami piją herbatę. I oni są solidarni. Dobroczynni chodzą na bale charytatywne dla bogatych. Solidarni natomiast organizują takie bale razem z biedakami i dla biedaków. I wszyscy pewnie się dobrze bawią.
Dobroczynność może być jednak trochę niebezpieczna, bo można patrzeć z wyższością, a solidarność jest bezpieczna, bo jest schodzeniem na dół. Uczę się więc raczej solidarności niż dobroczynności.

Weryfikuję niemal codziennie swoje poglądy na temat niesienia ludziom pomocy. Za każdym razem, gdy mijam na krakowskich ulicach biedaków, zagadujemy, czasem coś razem zjemy, a czasem tylko pogadamy, że generalnie jest źle, a żyć trzeba.
Wiem doskonale, że różnie ludzie patrzą na niesienie innym pomocy. Jedni w kategoriach dobroczynności, inni w kategoriach solidarności. Nie chcę przez to powiedzieć, że jedno pomaganie ma sens, a drugie nie.

To się jednak wiąże z kolejnymi wątpliwościami, które pojawiają się z biegiem czasu.

Piotrek Żyłka zapytał mnie dziś podczas obiadu, czy żyjąc z biedakami, pamiętając o ich radzeniu sobie z życiem, jesteśmy tak naprawdę wiarygodni. Bo przecież mieszkamy w całkiem dobrych lokalizacjach, na 50 metrach kwadratowych, i jemy czasem drogie jedzenie. Wiemy, po mieszkaniu przez kilka tygodni u s. Chmielewskiej, że solidarność w biedzie musi polegać przede wszystkim na współodczuwaniu.
Współczucie – którym staramy się kierować – jest tak naprawdę wspólnym czuciem. A wspólnie czuć można tylko wtedy, gdy doświadcza się tego samego. Czy zatem w życiu chodzi o to, żeby samemu nie mieć? Bo przecież nie mając, doskonalimy się we współczuciu, czyli wspólnym odczuwaniu problemów.

Nie mam odpowiedzi na to pytanie.

Jest jeszcze jeden szalenie ważny moment w całej tej układance pomocowej.
Janka Ochojska, której Polska Akcja Humanitarna buduje studnie, na przykład w Sudanie, nie patrzy na problemy ludzi w sposób indywidualny. Widzi jakby całą wioskę, która nie ma wody. Problemy tych ludzi rozwiązuje więc globalnie. Nie skupia się na indywidualnym człowieku, który akurat nie ma co jeść. Skupia się na zwalczeniu problemu (wybudowaniu studni dla całej wsi), a nie zaspokojeniu potrzeb konkretnej osoby. To pomaganie ma taki sam sens jak nasze codziennie gesty pomocy indywidualnym osobom.
Owszem, idąc na pierogi ruskie z biedakiem poznanym na ulicy Grodzkiej w Krakowie, nie zmieniamy całego systemu pomocy. Nie pozbędziemy się biedy. Ale zaspokoimy głód jednej osoby. I dzięki temu będziemy mogli spać spokojniej, wiedząc, że przynajmniej ta jedna osoba nie pójdzie dziś spać głodna.

Nie upupiajmy miłosierdzia

Nie chodzi o lewicę, prawicę, komunizm, socjalizm czy nacjonalizm. Każda systemowa legitymacja chrześcijaństwa jest zacieraniem tego, co w tej wierze jest najważniejsze. A najważniejszy jest Jezus Chrystus schowany gdzieś w każdym człowieku.

12637358_10207654380952006_2045713411_o
Organizatorzy Światowych Dni Młodzieży nie mają łatwego zadania. Zrobić z archaicznego, niemodnego słowa „miłosierdzie” oryginalną propozycję dla młodzieży z całego świata, to nie jest prosta sprawa.

Zwłaszcza że w Kościele w Polsce nic tak nie zagrzewa publicystów i części katolików do walki, jak spór między sprawiedliwością a miłosierdziem. Nic tak nie pasjonuje, jak zastanawianie się, czy Bóg jest „sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, czy raczej jest „Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata”.

Siostra Chmielewska, u której właśnie mieszkam, i od której uczę się niesienia pomocy, o Zochcinie, Nagorzycach, Jankowicach mówi: biedaholding.

Rozsypane po świętokrzyskich wioskach domy dla biedaków to małe przedsiębiorstwa, w których – rzecz jasna – nie chodzi o zarabianie pieniędzy, tylko o niesienie ludziom pomocy.

W tej republice biedaków nic by się nie udało, nie wyciągnięto by nikogo z biedy, nie dodano by nikomu godności, gdyby nie dawało się ludziom szansy. Drugiej szansy. Piątej szansy. Każdej kolejnej szansy.

Gdyby patrzeć na każdego biedaka wyłącznie z perspektywy grzechów które popełnia, odbierając mu jednocześnie możliwość udowodnienia zmiany w życiu, wszyscy by przepadli.

Do biedaholdingu wrócił niedawno tutejszy włóczęga. Facet trafił tu pierwszy raz kilka lat temu. W Zochcinie stanął na nogi. Pomieszkał chwilę, po czym zniknął. Historia pojawiania się i znikania powtarzała się wielokrotnie.

Ostatnio wrócił przemoknięty, zmarznięty, po kolejnym ciągu alkoholowym. Tak po ludzku może człowieka szlag trafić. Na usta od razu cisną się słowa: „a nie mówiłem!”. Albo: „skoro jesteś taki mądry, wydaje ci się, że dasz sobie radę sam, to my cię tu nie trzymamy”.

I można tak oczywiście powiedzieć. I są tacy, którzy tak mówią. Tylko że tu się tak nie mówi. Tu się wie, że jak za oknem pizga i jest minus 10 stopni, to nawet najbardziej irytujący biedak musi znaleźć dla siebie miejsce. Dostać kawę i papierosy.

Najbardziej pokiereszowany, zniszczony grzechem człowiek w republice biedaków znajdzie swoje miejsce.

Po pierwsze dlatego, że wierzymy tu, że w każdym z tych biedaków siedzi Jezus Chrystus.

Po drugie dlatego, że zwykła ludzka przyzwoitość nie pozwala na zamknięcie drzwi przed takim biedakiem.

Po trzecie dlatego, że chrześcijaństwo którym się kierujemy, tym się różni od wymienionych na początku systemów, że ono właśnie nie jest systemem.

Każdy system – prędzej czy później – wykluczy. Każdy system wyrzuca kogoś na margines. A chrześcijaństwo – to fundamentalne – samo w sobie jest marginesem. Chrześcijaństwo jest marginesem dla marginesu. Nie wyklucza.

Dlatego ci wszyscy ludzie, którzy w niesieniu pomocy kierują się przyzwoitością i chrześcijaństwem mogą przypominać trochę frajerów.

Frajerstwem jest niezamykanie klatek schodowych, w których grzejniki mogą dać chwilę wytchnienia bezdomnym. Takim samym frajerem jest ksiądz, który włącza na noc ogrzewanie w kościele i otwiera jego drzwi. Frajerstwem jest – o czym pisał niedawno w świetnym wpisie Konrad Kruczkowski – zostawianie w biletomatach reszty – 20 groszy, które nam się mogą nie przydać, a dla biedaka mogą zamienić się w bułkę na śniadanie.

Frajerstwem jest też zostawianie jedzenia w galeriach handlowych na stole. Nie, nie po to, żeby zmęczone sprzątaczki same je sprzątnęły.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile osób może najeść się resztkami po was. Nie widzicie biedaków w galeriach handlowych tylko dlatego, że doszli już do perfekcji w unikaniu konfrontacji z tamtejszymi ochroniarzami. Ale oni tam są i modlą się, żebyście nie zjedli wszystkiego i nie wyrzucili tych resztek do śmietnika.

Pisałem niedawno w „Tygodniku Powszechnym”, że przed Światowymi Dniami Młodzieży mamy szansę na „ekologiczne nawrócenie”, o które apeluje Franciszek. Ale mamy też szansę stać się frajerami, którzy niosą drugiemu człowiekowi pomoc.

Stąd – z biedaholdingu – można dojść do prostego wniosku.

Spór o sprawiedliwość i miłosierdzie, który toczy się gdzieś w katolickich internetach nie dociera do istoty sprawy.

Sprawiedliwość w miłosierdziu polega tylko na tym, żeby równo dzielić po ludziach miłosierdzie.
A to jest cholernie trudne. Zapomnieć o sobie i dać komuś innemu. Sprawiedliwie – dla wszystkich i po równo – dzielić się miłosierdziem.

To jest ten radykalizm miłosierdzia, którego często nie dostrzegają fani Bożej Sprawiedliwości.