Archiwa tagu: Papież

Papież, który wytrącił mnie z równowagi

Fot: Jacek Taran

Fot: Jacek Taran

Papież przez cały swój pontyfikat apeluje do chrześcijan, żeby ich wiara nie polegała tylko na nawracaniu, prozelityzmie i ewangelizowaniu. Na tym oczywiście też. Ale drugi wymiar to społeczne zaangażowanie. Niezgoda na wykluczenie społeczne. Niezgoda na głód. Chrześcijanin brzydzi się wyzyskiem i niesprawiedliwością. Jak mówi siostra Małgorzata Chmielewska, chrześcijaństwo polega na posunięciu się na ławce życia. Papież nie rozróżnia uchodźców wojennych i imigrantów ekonomicznych. Mówi o tych, którzy uciekają przed wojną, ale też o tych, którym źle się żyje, cierpią głód, nie mają pracy, uciekają do innego, lepszego – ich zdaniem – życia. Jak rozumiem, papież nie zgadza się, żebyśmy traktowali tych ludzi jak oszustów. I nie odmawiali im prawa do lepszego życia.

Czeka nas jeszcze jedna „fala migracji”. Niedługo skutki zmian klimatycznych – o których papież także mówi – sprawią, że ludzie będą uciekali nie przed wojną, ani nie za pracą. Są już kraje, w których przez nasze konsumpcyjne życie na zachodzie, brakuje wody. Zmiany klimatyczne w wielu krajach sieją spustoszenie. Ludzie w nich żyjący nie mają co jeść. Będę musieli uciekać, żeby żyć – nie w europejskich luksusach. Będą musieli po prostu uciec, żeby przeżyć.

Mówimy w Polsce, że żadnych uchodźców nie zamierzamy przyjmować. Mówimy, że jeśli już, to tylko tych, którzy uciekają przed wojną.

Jak się zachowamy wobec tych, którzy przed żadną wojną nie uciekają? Co im powiemy? – Nie ma u was wojny. A to, że nie macie co jeść, i co pić, to już nie nasza sprawa.

Papież mówi, że to w sensie ścisłym nasza sprawa. To nasza wina. Kładzie na nas odpowiedzialność. W swojej encyklice Laudato si, oskarża zachodnie życie: wygodne i komfortowe, w którym rzeczy, jeśli się psują, to się je wyrzuca. To my, na zachodzie, marnujemy wodę, wyrzucamy jedzenie, nadużywamy paliw kopalnych.

Ta polska ziemia, na której żyjemy, i której tak zachłannie bronimy „przed zalewem muzułmanów”, nie jest nasza. My tę ziemię dostaliśmy. Nie mamy żadnej zasługi w tym, że urodziliśmy się na takiej, a nie innej szerokości geograficznej. Ja nie mam żadnego wkładu w to, że żyję w kraju, gdzie nie ma wojny. Nawet jeśli dziś, po latach, założę na ramię powstańczą opaskę, to nie spowoduje, że ta ziemia będzie jeszcze bardziej moja, i że będę miał jakieś większe prawo do decydowania, kto ma, a kto nie ma prawa na niej żyć. Nic wielkiego nie zrobiłem, żeby na tej ziemi nie było tak wielkiego głodu, jaki jest w innych krajach.

Papież przekuwa nasz egoizm. Mój też. Czekałem, żeby podczas tej pielgrzymi Franciszek powiedział coś, co wytrąci mnie z równowagi. Z czym się nie będę zgadzał. Co mnie zaniepokoi i da mi do myślenia. Ale On te słowa mówi non stop. Nie mówi ich do tych złych, z którymi się nie zgadzam. Mówi też do mnie. Pyta, co ja zrobiłem, żeby świat był lepszy, sprawiedliwy.

To jest więc pielgrzymka nie tylko dająca do myślenia, ale przede wszystkim prowokująca do działania.

Kto będzie krzyczał: „Franciszku, zostań z nami!”?

Słowa Franciszka wypowiedziane w samolocie wywołały kolejną burzę w polskich mediach. Z wypowiedzi papieża nie wynika jednak nic ponad to, że ludziom o różnych skłonnościach seksualnych, a także wyzyskiwanym kobietom i ubogim, należy się szacunek.

– Można potępić, nie z powodów ideologicznych, ale z racji postępowania politycznego, pewne manifestacje zbyt obraźliwe dla innych. Ale to nie ma nic do rzeczy – mówił papież. Chodzi o to – wskazał – że jest osoba z takimi skłonnościami, która ma dobrą wolę i szuka Boga. – Kim jesteśmy, by osądzać? – zapytał papież trzy lata po tym, gdy po raz pierwszy zadał w tym kontekście takie pytanie. Franciszek zaznaczył, że chrześcijanie powinni prosić nie tylko o wybaczenie osoby homoseksualne, „tak jak mówił kardynał «marksista», ale również ubogich, kobiety wyzyskiwane, muszą przeprosić za to, że błogosławili wiele broni, że nie towarzyszyli wielu rodzinom”.

Dlaczego przeprosić? Papież apeluje o społeczną wrażliwość, a jest sprawą oczywistą, że zawsze, gdy ktoś milczy widząc niesprawiedliwość, pogardę i prześladowanie, to do tego zła przykłada rękę.

To dziwne, że apel o szacunek odbija się w Polsce aż tak szerokim echem. Tomasz Terlikowski z okazji słów Franciszka przypomniał nawet nauczanie Kościoła w sprawie osób homoseksualnych, przekonując, że należy „bronić małżeństw i rodziny”. Trudno zrozumieć, dlaczego niby szacunek do osób homoseksualnych miałby w jakimkolwiek stopniu zagrażać małżeństwu i rodzinie. Tak samo jak trudno zrozumieć, dlaczego troska o ludzi wykluczonych, zwłaszcza troska o ludzi uciekających przed wojnami, miałaby zagrażać katolickiej Polsce.

W kolejnych wypowiedziach Franciszka, które w Polsce wywołują fale spekulacji i szereg wątpliwości, nie ma nic innego, jak tylko apele o zwykłą przyzwoitość.

Najdziwniejsze natomiast jest to, że wszystkie słowa papieża dotyczące społecznej sprawiedliwości, niezgody na wykluczenie, troski o ubogich, słabych, ofiary wojny, prześladowanych itd., kwitowane są w Polsce zdaniem: „Papież jest lewicowy”.

W Polsce „Papież jest lewakiem”, tylko dlatego, że mówi o biedzie, wykluczeniu, umowach śmieciowych, ekologii, przyjmowaniu uchodźców, wyzysku w pracy, zarobkach, nierównościach społecznych itd.

Jeśli to wszystko jest „kosmicznym lewactwem”, to ja tylko chciałem zapytać, czym w takim razie jest chrześcijaństwo?

Stawianiem murów? Sojuszem duchownych z biznesem? Paleniem kubeczkami po jogurtach w piecach? Wycinaniem lasów? Zatrudnianiem ludzi na śmieciówkach? Dokładaniem ręki do nierówności społecznych?

Coś nam się tu chyba zdrowo popieprzyło, jeśli wrażliwość społeczną nazywamy lewactwem, a za chrześcijaństwo uważamy „obronę cywilizacji przez arabami” i „obronę rodziny przed gejami”.

Z niecierpliwością czekam na wizytę Franciszka w Polsce. Wcale nie dlatego, że będzie kontrowersyjnie i śmiesznie. Przede wszystkim dlatego, że papież potrząsa sumieniami. Chrześcijaństwo to nie jest wygodna religia, w której docenia się swoich.

Pewne i jednocześnie smutne natomiast jest jedno: to będzie papieska pielgrzymka do Polski, podczas której możemy nie usłyszeć gromkiego okrzyku: „Zostań z nami!”.

„Teologia zapachu”. Co czuje papież Franciszek?

Nie pierwszy raz Franciszek odwołuje się do zapachu. Tym razem mówi, że Kościół, który jest zamknięty, śmierdzi stęchlizną. Wcześniej przekonywał, że pasterz musi pachnieć swoimi owcami. Jeszcze wcześniej zwrócił uwagę na dobry węch owczarni, dzięki któremu to stado czasem może pokierować pasterzem.

Kanonizacja Jana XXIII i Jana Pawła II. Zapamiętajmy miłosierdzie, nie kurtuazję

Przynajmniej trzy „historyczne znaki” wydarzą się 27 kwietnia 2014 roku. Papież Franciszek wynosząc na ołtarze Jana XXIII i Jana Pawła II w dniu święta Miłosierdzia Bożego, daje jasny kierunek dla przyszłości Kościoła Powszechnego.

Kościół naszpikowany jest symboliką. Możemy na to pomstować – twierdząc, że sama data kanonizacji nie ma szczególnego znaczenia. Możemy też nie przejmować się kanonizacją – w końcu już dziewięć lat temu, pośród okrzyków na placu św. Piotra „Santo Subito”, było raczej pewne, że do takiej kanonizacji dojdzie.

Postawienie jednak obok siebie dwóch papieży, tak ważnych dla Kościoła posoborowego i to w dniu święta Miłosierdzia Bożego nadaje tej symbolice wyjątkowego – realnego – znaczenie.

Jan XXIII zapisał się w historii Soborem Watykańskim II. Jan Paweł II był – bez cienia przesady – filarem Soboru. W obu pontyfikatach fundamentem były dwie myśli.

Po pierwsze obu papieżom chodziło o dobro drugiego człowieka. O pogarszający się stan relacji między ludźmi. O ubogich, bezdomnych, chorych i potrzebujących pomocy. Po drugie obu papieżom chodziło o stan praw człowieka. O obalanie murów i odsłanianie kurtyn.

W zwyczajnym, ludzkim i politycznym znaczeniu walka o prawa człowieka i walka z biedą (jeśli ktoś ją w ogóle toczy) odbywa się w cieniach ministerialnych gabinetów i dyplomatycznych gestów.

W znaczeniu religijnym na pierwszym miejscu jest wiara. „Miłosierdzie Boże” jest kategorią wiary, nie kategorią polityki i partyjnej kurtuazji. Miłosierdzie Boże splata więc dwie wymienione wyżej myśli.

Nie jest więc bez znaczenia, że obaj papieże zostaną ogłoszeni świętymi właśnie w dniu święta Miłosierdzia Bożego, które – jeśli je właściwie osadzić w czasie i przestrzeni – ma szansę stać się lekarstwem na biedę i pogarszający się stan praw człowieka.

Klamrą jest tu papież Franciszek, w którego pontyfikacie próżno szukać kurtuazji i politycznych intryg. Cała trójka wielkich ludzi Kościoła chce dobra na świecie, narzędziem do zaprowadzania pokoju i dobra, musi być Miłosierdzie Boże.

Dzięki takiej decyzji konsystorza, jest duża szansa by podjąć znów próbę odbrązowienia papieża Polaka. Trudno prorokować jakie znaczenie dla Polaków będzie miała ta kanonizacja. Papież Franciszek zrobił jednak wszystko, byśmy pamiętając o Janie Pawle II nie myśleli wyłącznie o kremówkach, pomnikach i kurtuazyjnych słowach.

Lud Boży: Chcemy pasterzy, nie funkcjonariuszy!

Można było dotychczas twierdzić, że zaangażowanie polityczne duchowny i świeckich członków Kościoła Katolickiego w Polsce – nie jest niczym złym. Jesteśmy w końcu „strefą światowych wpływów” i „lobbowanie państwowych ustaw zgodnych z Ewangelią powinno być nie tylko naszym prawem ale i obowiązkiem”. Tymczasem uważna lektura wywiadu z papieżem Franciszkiem takie przekonanie z precyzją obala. Papież – może i nie mówi o tym wprost – ale zwraca uwagę, że „Lud Boży chce pasterzy, a nie funkcjonariuszy i urzędników”.

 Historyczna sprawiedliwość

Weźmy pierwszy przykład z brzegu: lekcje religii w polskich szkołach. Na korzystnych dla Kościoła (niekonieczne dla Ewangelii) zasadach, religia w szkołach jest już ponad 20 lat. Po takim czasie można stanowczo stwierdzić, że walki o utrzymanie religii w szkole wynikają raczej z potrzeby historycznej sprawiedliwości, a nie troski o religijny rozwój uczniów. Podczas gdy borykamy się z dużym problemem i dyskusje o obecności religii w szkole rozgrzewają nie tylko uczniów, ale i katechetów, dziennikarzy, rodziców i nauczycieli, to Episkopat wpadł już na nowy pomysł, by religia była przedmiotem maturalnym.

I znów dziejowa sprawiedliwość jest dla nas bardziej fundamentalna niż rzeczywiste potrzeby głoszenia Ewangelii i doprowadzanie innych do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem.

Episkopat ustami abp. Józefa Michalika – proponując religię na maturze – nie mówi o Ewangelii, o Jezusie Chrystusie i Nowej Ewangelizacji. Jak bowiem inaczej odczytywać słowa abp. Michalika o tym, że „na maturze można zdawać przedmioty uważane często za drugorzędne, chociaż wszystkie są ważne i wpływają na całościową ocenę uczniów. To dlaczego nie można zdawać religii?”. Chodzi Arcybiskupowi nie mnie, nie więcej tylko o to, że inne przedmioty traktowane są z większą estymą niż religia.

Owszem Episkopat mówi też o potrzebie moralnego wychowywania, ale tylko ktoś bardzo naiwny, albo ten, kto dawno już skończył się uczyć w polskiej szkole, będzie twierdził, że „moralność” i rozróżnienie „dobra od zła” da się wypracować przez zdawania tych zasad na maturze.

 Ewangelia wystarczy

Starania o prawo państwowe zgodne z zasadami Ewangelii, jest oznaką braku wiary w Ewangelię. Pisze o tym Jarek Makowskich we wczorajszej Gazecie Wyborczej „Kościół w Polsce wciąż bardziej wierzy w siłę przychylnej dla siebie władzy politycznej niż moc Ewangelii”.

Głoszenie Ewangelii powinno się więc odbywać poza establishmentem i z dala od ministerialnych gabinetów. Nie bez znaczenia są tu słowa papieża Franciszka o wyjściu na peryferie i głoszeniu Ewangelii na ulicy. Tam nie mam politycznych przepychanek i dyplomatycznych krzyków.

 Pasterz nie funkcjonariusz

Co mówi papież w wywiadzie, którego udzielił o. Antonio Spadaro SJ?

– „Kapłani Kościoła muszą być miłosierni, brać odpowiedzialność za osoby, towarzyszyć im jak dobry Samarytanin, który obmywa, czyści i podnosi z ziemi bliźniego. To jest czysta Ewangelia. Bóg jest większy od grzechu. Reformy organizacyjne i strukturalne są wtórne , to znaczy idą w drugiej kolejności. Pierwsza reforma musi odnosić się do postawy. Ci, którzy głoszą Ewangelię, muszą być zdolni rozgrzewać serca ludzi, kroczyć wraz z nimi przez noc, umieć prowadzić dialog, a nawet zstąpić w ich noc, w ich mrok i nie zbłądzić”

Przerażające słowa. „Zstąpić w mrok ludzi i nie zbłądzić!”. Potrzebujemy więc bezpośredniej relacji. Prywatnej korespondencji między duszpasterzem a wiernym. Sama Ewangelia jest już wystarczającym do tego narzędziem. Nie potrzebujemy zmiany prawa, bo nie jesteśmy do tego powołani. Jesteśmy powołani do kontaktu jeden do jednego.

Ale jednocześnie Kościół jest miejscem dla wszystkich. Nie przez przymus, nakaz i obowiązek, ale przez Ewangelię i jej głoszenie. Pisze papież: „Kościół to dom wszystkich, a nie jakaś niewielka kapliczka, która może pomieścić jedynie pewną grupę ludzi wyselekcjonowanych. Nie możemy zredukować Kościoła do ochronnego parasola dla naszej małostkowości”.

Przerażające słowa, bo Ewangelia nie uczy potępienia, a my nierzadko wyłącznie na osądzaniu budujemy swoją tożsamość. Patrzymy na kogoś poza Kościołem i nie widzimy w nim człowieka, tylko jego grzech i odejście od Jezusa. Nie wchodzimy w nim rozmowę, nie interesujemy się nim, jesteśmy egoistyczni, bo dbamy wyłącznie o swoje zbawienie. Mówimy „albo bierzesz nasze zasady i jesteś członkiem naszego klubu (Kościoła), albo idź stąd i nie zawracaj nam głowy”. Bo – „Figa!”, „Poza Kościołem nie ma zbawienia”.

 Pielgrzymować z, a nie do

Papież proponuje nam pielgrzymkę. Musimy wyjść na peryferie. Dotychczas żyliśmy w przekonaniu, że naszym zadaniem jest pielgrzymować do świata. Tymczasem papież mówi: „Zamiast być tylko Kościołem, który zaprasza i przyjmuje w swoje otwarte drzwi, starajmy się być Kościołem znajdującym nowe drogi, zdolnym wyjść z siebie ku tym, którzy go nie nawiedzają, odeszli, albo są obojętni. Niekiedy ludzie odchodzą z powodów, które jeśli je dobrze pojąć i oszacować, mogą doprowadzić do powrotu. Ale potrzebna jest śmiałość i odwaga”.

Mamy więc przestać pielgrzymować do świata, ale zacząć pielgrzymować ze światem.

 Medycyna zbawcza

I już ostatnie, tym razem o medycynie zbawczej, o której w swoim komentarzu do wywiadu z Franciszkiem mówi biskup Grzegorz Ryś. Papież wraca do starej sprawdzonej zasady według której Kościół jest szpitalem, a nie trybunałem. Kościół jest lekarzem a nie sędzią. Nie da się uleczyć ran współczesnego człowieka ustalając prawo i zasady.

Szpital to jest miejsce w którym nikt nikogo nie pyta skąd pochodzi i jakie ma poglądy. Szpital to jest miejsce w którym są ludzie którzy śmierdzą, są brudni i zniszczeni. Lekarz na to nie patrzy. Lekarz bierze narzędzia i pomaga.

Kościół więc nie może być trybunałem i sądem, ale szpitalem, w którym jest miejsce dla wszystkich. Nie będziemy szpitalem i nie będziemy leczyć, jeśli za jedyny i główny cel postawimy sobie polityczne przepychanki i ustalanie prawa. Ewangelia nam wystarczy, tylko musimy w nią uwierzyć.

Czy papież Franciszek napisze list do Elizy Michalik

 

Dziennikarka Superstacji zapewniała we wczorajszym wywiadzie publikowanym w naTemat, że odeszła z Kościoła głównie dlatego, że poruszyły ją działania o. Tadeusza Rydzyka. Szkoda, że taka argumentacja pcha ludzi do podjęcie decyzji o apostazji. Szkoda, bo to oznacza, że pani Eliza nie zrozumiała do końca idei Kościoła Katolickiego, ale szkoda też dlatego, że Kościół na taką argumentację pozwala.

Szczerze kibicuję pani Elizie na nowej drodze wiary. Podobnych deklaracji o opuszczaniu Kościoła słyszeliśmy w ostatnich latach wiele. To, i podobne do tego odejścia powinny wzbudzać w Kościele konsternację i rodzić pytania wśród wierzących.

Paradoks ewangelizacji
Podczas gdy my – katolicy – ewangelizujemy, nawracamy, staramy się mówić o Jezusie na Woodstocku, w mediach i na „dziedzińcach pogan”, nie zauważamy, że z Kościoła do którego tak ochoczo zapraszamy niewierzących, wychodzą ludzie.

Nie będzie kłamstwem, jeśli napiszę, że największą dziś grupą wyznaniową w Polsce są „byli katolicy”. Ludzie, którzy – dla mnie ciągle z niejasnych powodów – postanowili odejść z Kościoła.

Podejmujemy „dzieło Ewangelizacji”. Traktujemy Kościół jako dom, więc stajemy w jego oknie i pokrzykujemy na tych spoza domu, by do nas weszli i poczuli się jak u siebie. Skupieni na tych, którzy są za oknem, nie zauważamy, że przez otwarte drzwi wychodzą ludzi zapełniający rzeszę „byłych katolików”.

Paradoks odejścia Pani Elizy z Kościoła jest więc taki: My katolicy nie byliśmy w stanie przekonać jej do tego, by w Kościele pozostała. Zainteresujemy się nią dopiero teraz, gdy już odeszła z Kościoła, bo zaczniemy zapraszać ją na nabożeństwa ekumeniczne i będziemy „podejmować dzieło ewangelizacji”.
Tu też kluczowa jest Nowa Ewangelizacja, która stara się „budzić olbrzyma”. Jak mówi biskup Grzegorz Ryś, budzenie olbrzyma to wstrząs w parafiach. Potrzebujemy więc rabanu i skupienia również na tych, którzy są członkami Kościoła, ale nie potrafią przechodzić obojętnie wobec Jego grzechów.

Dłużej klasztora niż przeora
To skądinąd smutne, że argumentem na odejście z Kościoła Katolickiego, staje się działalność o. Tadeusza Rydzyka. Kiedyś ksiądz prof. Tischner miał rozmawiać na temat Kościoła z Adamem Michnikiem. – Adam i pokolenie Adama, widzi Kościół w perspektywie przysłowia: „dłużej klasztora niż przeora”. Adam widzi głównie przeorów – mówił Tischner. I tłumaczył dalej: – Tymczasem przysłowie mówi, że przeor przeminie, a klasztor pozostanie.

Argumentacja Pani Elizy jest podobna. Trudno nie zgodzić się więc z Martą Brzezińską-Waleszczyk z portalu Fronda.pl, która komentując odejście Pani Elizy z Kościoła, napisała że spokojnie każdy katolik potrafiłby stworzyć listę księży i katolików, którzy mu przeszkadzają. – Ale czy jeden albo drugi pseudokatolik to wystarczający powód do opuszczania Kościoła? – pyta Marta.

Kościół zmienił retorykę
Nie chodzi o to, by Panią Elizę przekonywać do zmiany zdania. Pewnie też i nie pora na to, bo sprawy religijne są mocno intymne. Trzeba z nimi uważać nie tylko w opisywaniu swoich, ale też komentowaniu cudzych. Nie ma chyba nic gorszego, jak przeczytanie pod swoim tekstem o wierze, że jest się „szkodnikiem”, „manipulatorem” czy zwykłym „debilem”.

Chodzi natomiast o to, by przestrzec tych wszystkich, którzy borykają się z podobnymi problemami. W Kościele zmienia się retoryka. Powraca, stary, sprawdzony model ewangeliczny, który mówi, że katolik nie jest arogancki tylko pokorny.

Pani Eliza jest więc chyba doskonałą adresatką listu od papieża Franciszka. Nie jest wykluczone, że może taki list od niego dostać. Nie jest też wykluczone, że zadzwoni do niej papież i przejdzie z nią na Ty. Bo w Kościele zaczęło nam zależeć na tych, którzy nas opuścili.

Nie chcemy ich przekonywać do powrotu. Chcemy im pokazywać swoją wiarę i mówić, że najważniejszym co nas łączy to nie należenie do wspólnego klubu, tylko to, że możemy wspólnie robić coś dobrego.

Kościół papieża
Pani Eliza i podobni katolicy rozważający odejście z Kościoła, mogą poczekać, aż zadzwoni do nich głowa Kościoła, ale mogą już teraz czytać to co papieżowi chodzi po głowie.

W liście do „La Repubblica” napisał:Kościół, proszę mi wierzyć, mimo całej swej powolności, niewierności, błędów i grzechów, jakie mogli popełnić i jakie popełnić jeszcze mogą ci, którzy go tworzą, nie ma innego sensu i celu od tego, by żyć i głosić świadectwo Chrystusa – Tego, który został posłany przez Ojca (Abbà). Aby ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; aby uciśnionych odsyłał wolnymi, aby obwoływał rok łaski od Pana.

tekst pierwotnie ukazał się na portalu natemat.pl 

Światowe Dni Młodzieży w Krakowie: Zrobimy raban i obudzimy olbrzyma!

Papież Franciszek powiedział w Rio, że chce, byśmy poszli na ulicę robić raban. „Chcę rabanu w waszych diecezjach. Chcę, żeby Kościół wyszedł na ulicę. Żeby odrzucił ziemską powłokę, wygodę, klerykalizm, żebyśmy przestali zasklepiać się w sobie. Niech biskupi i księża mi wybaczą, jeśli młodzież zrobi im raban. Ale taka jest moja rada”.

No nie tego spodziewamy się po papieżu. Papież to nam się kojarzy raczej z rzewnymi pieśniami o Wadowicach, z kremówkami, i „góralem któremu nie jest żal”. A tu tymczasem pozostają nam w pamięci słowa o rewolucji, o wyjściu na ulicę, o robieniu rabanu. I refleksja jest jedna – w Kościele okiem papieża Franciszka, coraz mniej jest miejsca na kurtuazję i ckliwość. Niestosownie jest mówić przy Franciszku, że czegoś „się nie da”.

Papież jest radykalny. Ale czemu się tu dziwić. Przecież nie da się nie być radykalnym wyznając wiarę w Jezusa Chrystusa. Przyzwyczailiśmy się jednak do tego, że wyrażamy radykalną ideologię, ale w gestach jesteśmy powściągliwi i często niesłowni. Tymczasem papież udowadnia, że radykalna ideologia domaga się radykalnych gestów.

Time To Wake Up

Przed nami przygotowania do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Dobrze, gdyby udało nam się nie wpaść wyłącznie w ten wir przygotowań formalnych. Bo ŚDM są wielkim wydarzeniem nie tylko dla tych, którzy przyjadą odwiedzić Polskę. One są fundamentalne także dla Kościoła lokalnego. I myślę, że właśnie do rabanu w Kościele lokalnym – zwykłej polskiej parafii – powinniśmy się przygotować.

Byłem dziś na Mszy św. w Kozienicach – swojej rodzinnej parafii. Zanim wyszedłem do kościoła oglądałem to co dzieje się w Brazylii.

Podczas gdy tam w Rio – młodzi katolicy poddają pod wątpliwość głosy o „kryzysie wiary”, w zwykłej polskiej parafii jest jakby zachowawczo i na pół gwizdka.

Niby przyjęliśmy do Kościoła trzech nowych wiernych. Był chrzest Lilii, Natalii i Kuby, ale odnoszę wrażenie, że nikogo to szczególnie nie wzruszyło. Przekazaliśmy sobie znak pokoju kiwnięciem głowy. A ksiądz podczas kazania przeczytał list biskupów o trzeźwości.

Kolejna zwykła niedziela. Podczas gdy papież Franciszek nawołuje do rabanu, radykalnego wyjścia na ulice, głoszenia Ewangelii, w zwykłej polskiej parafii panuje jakiś dziwny letarg. Jakby ta aktywność papieża nas nie dotyczyła.

O tym, że w polskich parafiach może źle się dziać, dowiedzieliśmy się też przy okazji zamieszania wokół księdza Lemańskiego. Sprawienie pisał o tym na blogu Piotr Sikora: „zaangażowani członkowie parafii, reprezentujący całą wspólnotę nie mają w mniemaniu kurii (i biskupa?) właściwie nic do gadania, ani nawet nie warto, by byli obecni przy przekazaniu parafii administratorowi. To powinno być oczywiste, że takie wydarzenie, zwłaszcza w takim kontekście, nie może się odbyć bez najbardziej zainteresowanych – tj. bez wspólnoty Kościoła, a przynajmniej bez jej przedstawicieli. Klerykalizm naszych kościelnych instytucji jest przerażający”.

W zaproszeniu na Drugi Kongres Nowej Ewangelizacji (który już we wrześniu), biskup Grzegorz Ryś pisze, dlaczego hasłem i jednocześnie zadaniem tegorocznego kongresu będzie „Obudzić Olbrzyma”: „Parafia w dalszym ciągu pozostaje pierwszym [sposobem] obecności Kościoła w [naszym] otoczeniu [dosł. w najbliższym sąsiedztwie!]”, nie może zostać zredukowana do „miejsca ważnych wydarzeń” (choćby religijnych), a tym bardziej „centrum turystycznego” (nawet pielgrzymkowego). „Parafia wybija się ponad wszystko jako obecność Kościoła tam, gdzie mężczyźni i kobiety żyją na co dzień”.

To czy ŚDM w 2016 roku przyniosą korzyść dla Kościoła w Polsce, zależeć będzie przede wszystkim od tego, czy będziemy potrafili obudzić tego olbrzyma i ten ogromny potencjał, którzy drzemie w każdej polskiej parafii