Archiwa tagu: Kościół

Zakaz wystąpień publicznych dla ks. Jacka Międlara

Żaden to powód do satysfakcji, że przełożeni ks. Jacka Międlara zakazali mu „jakichkolwiek wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych”.

z19653242Q

Przypomnijmy, jak Zgromadzenie Księży Misjonarzy reagowało na kolejne wystąpienia ks. Jacka. Najpierw, po przemowie na marszu narodowców we Wrocławiu, duchowny dostał zakaz publicznych występów na tego typu demonstracjach. Później, po kilku wysyłanych do kurii we Wrocławiu listach osób oburzonych jego aktywnością na twitterze, przełożeni poprosili, żeby duchowny przestał korzystać z mediów społecznościowych. Gdy wierni z parafii na Oporowie we Wrocławiu przestali wpuszczać ks. Jacka do swoich domówi podczas wizyty duszpasterskiej, Zgromadzenie Księży Misjonarzy uznało, że duchownego trzeba przenieść do innej parafii. Ks. Międlar dostał pracę w Zakopanem. Kilka dni po przeprowadzeniu się na Podhale, wziął udział w uroczystości ONR. Po tym zdarzeniu miał odbyć rekolekcje. Od tego czasu (luty), milczał, by w połowie kwietnia pojawić się ponownie, tym razem na obchodach 82. rocznicy ONR w Białymstoku.

Tam, podczas odprawianej przez niego Mszy Świętej w katedrze, w głównej nawie stanął szpaler flag organizacji, a ks. Międlar mówił o potrzebie „chemioterapii dla ogarniętej nowotworem złośliwym Polski”. Internet obiegło zdjęcie narodowców stojących na tle wejścia do świątyni, nad którym widniał napis: „Drzwi Miłosierdzia”.

Prowincja Zgromadzenia Księży Misjonarzy zareagował po czterech dniach, wydając komunikat: „Jako Wizytator Polskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy oświadczam, że w dniu 19 kwietnia b.r. ks. Jacek Międlar CM, otrzymał całkowity zakaz jakichkolwiek wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych. Jednocześnie stanowczo oświadczam, że nasze Zgromadzenie nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”.

 

Trudno cieszyć się z takiego rozwiązania sprawy. Przede wszystkim dlatego, że ks. Jacek został ukarany praktycznie całkowitym zakazem duszpasterskim. Jak sprawę skomentował ks. Andrzej Luter: „Ukaranie młodego chłopaka (święcenia kapłańskie miał chyba dwa lata temu), który solidnie sobie na ten „wyrok” zapracował, to przyznanie się do wielkiej porażki”.

Od prawie roku opinii publicznej znane są szowinistyczne poglądy duchownego. Wielu przełożonych seminariów ma dobre oko, które potrafi wyłapać konflikt poglądów kandydata do kapłaństwa z rolą w jaką ma wejść będąc księdzem. Jeśli już wówczas nikt nie zauważył, że poglądów ks. Jacka nie da się pogodzić z Ewangeliczną nauką Jezusa, to zasadne staje się pytanie o jakość seminaryjnej formacji, której został poddany.

Niestety czasem przełożeni się mylą, czasem coś im umyka, a czasem kierują się niekoniecznie istotą problemu, a egoistyczną wizją posłuszeństwa.

Cenna jest ostatnia informacja z komunikatu przełożonych księdza Jacka: „Jednocześnie stanowczo oświadczam, że nasze Zgromadzenie nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”. To może być dowód, że zakaz dla ks. Jacka nie jest „wymuszony z góry”, albo „wynika z nacisku mediów”, tylko rzeczywiście jest deklaracją, że w Kościele nie ma miejsca na skrajny nacjonalizm. Po zakazie – byłoby dobrze – gdyby zaczęła się formacją ks. Jacka, by i on to zrozumiał.

Ekologiczne nawrócenie w Wielki Post. „Można żyjąc mieć niewiele, a żyć intensywnie”

Jest luty. W lutym papież zaapelował do ludzi Kościoła o wspólną modlitwę w intencji ochrony ziemi. Żeby zrozumieć, o co chodzi, trzeba zajrzeć do encykliki „Laudato Si”, w której papież wprost proponuje zmianę kilku naszych nawyków. Efektem ma być nie tylko ochrona ziemi, ale też rewolucja w naszym prywatnym życiu. No to sprawdźmy czy papież ma rację.

Wielki Post to czas wyrzeczeń i wstrzemięźliwości.

Wstrzemięźliwość kojarzy się z utratą. Wyrzec się czegoś, jest decyzją niedzisiejszą.

Papież w encyklice używa sformułowania „kompulsywny konsumpcjonizm”, i pisze, że wmawia się nam, że receptą na kryzys jest kupowanie nowych produktów.

W poprzednim tekście pisałem, że trzeba się dzielić. Bo w sumie nic nie jest nasze. A skoro nie jest nasze, dostaliśmy, wynajmujemy, to nie możemy stawać się więźniami tych rzeczy. Rzeczy, które wydaje się nam, że mamy, są tak samo nasze, jak każdego biedaka, którego spotykamy na ulicy.

Bo jeśli ja wierzę, że po życiu jest coś jeszcze, to zgromadzone rzeczy tu, na ziemi, tam, po „drugiej stronie”, w niczym mi się nie przydadzą. Żeby się dostać do nieba, nie przekupię Boga pieniędzmi. Umierając, nie zabiorę ze sobą telefonu, tego stosu książek, mieszkania, spłaconego kredytu itd. Wszystko zostanie tu na ziemi.

Myślę, że sens rzeczy jest nie w tym, żeby je gromadzić, tylko w tym, żeby je rozdawać. I Rozliczą nas nie z tych wszystkich rzeczy, które pozyskaliśmy, tylko z tych wszystkich rzeczy, które rozdaliśmy potrzebujący.

Tu jest chyba sens tych słów „mieć czy być”. Otóż być. Sorry za banał – być dobrym człowiekiem.

W Wielkim Poście tak naprawdę chodzi o to, żeby pozbywać się rzeczy.

Ktoś pozbywa się na ten czas telefonu, ktoś wyłącza Facebooka, ktoś przestaje jeść mięso, ktoś rzuca palenie.

Fajne to jest. Straszne fajne. Pozbywamy się rzeczy, wygody, komfortu, żeby złapać dystans i stać się – znów sorry – dobrym człowiekiem.

Tylko mam jedną, fundamentalną wątpliwość. Jedno kluczowe zastrzeżenie.

Czy to jest rzeczywiście wyrzeczenie? „Wyrzeczenie” nacechowane negatywnie? Otóż polecam poczytać Franciszka:

„Wstrzemięźliwość przeżywana świadomie i w wolności wyzwala nas. Nie jest gorszym życiem, nie jest mniejszą intensywnością, ale całkiem odwrotnie. W istocie tymi, którzy się bardziej rozkoszują i lepiej przeżywają każdą chwilę, są ci, którzy nie chcą wybierać tu i tam, nieustannie poszukując tego, czego nie mają, lecz doświadczają, co oznacza docenienie każdej osoby i każdej rzeczy, uczą się nawiązywać kontakt i potrafią się cieszyć z najprostszych rzeczy. (…) Można żyjąc mieć niewiele, a żyć intensywnie” (LS 223).

Z tymi myślami wchodzę w Wielki Post. Który – jak się może okazać – nie jest czasem męki, cierpienia, wyrzeczenia i utraty. Porzucenie mięsa, telefonu, facebooka itd., nie wiąże się z utratą. Wręcz przeciwnie. Im mniej rzeczy tym lepiej.

Plan na Wielki Post biorę więc od papieża: „Żyj mając niewiele, żyj intensywnie”.

1394094109post06032014-

Warto też skorzystać z innych rad Franciszka. Przeczytajcie tę encyklikę, bo ona serio wgniata w fotel. Oprócz kilku prywatnych wyrzeczeń, o których pewnie napiszę w najbliższych dniach, chciałbym też podjąć próbę „ekologicznego nawrócenia”, które sugeruje papież.

„Wychowanie do odpowiedzialności za środowisko naturalne może zachęcać do różnych zachowań, które mają bezpośredni i znaczący wpływ na troskę o środowisko, takich jak:

  • unikanie stosowania tworzyw sztucznych i papieru,
  • zmniejszenie zużycia wody,
  • segregowanie odpadów,
  • gotowanie tylko wówczas, gdy będzie można zjeść to, co ugotowano,
  • ostrożne podejście do innych istot żywych,
  • korzystanie z transportu publicznego lub wspólne korzystanie z samochodu przez kilka osób,
  • sadzenie drzew,
  • wyłączanie niepotrzebnego światła.”

 

Nie drukować maili, stać pod prysznicem połowę krócej niż dotychczas, wstawić pod zlew trzy kubły i segregować śmieci, jeść mniej, dorzucać do karmnika, nie zamawiać taksówki, posadzić kilka drzew, wykręcić połowę żarówek w mieszkaniu. – Oto plan na Wielki Post.

Wiara i polityka

Gdybyście, drodzy księża występujący w mediach, stojąc przy ołtarzach, różnili się doświadczeniem duchowym, wrażliwością religijną, sposobem przezywania wiary, interpretacją Pisma Świętego.
Gdybyście spierali się o świętego Pawła. Zastanawiali się, jak tłumaczyć powrót Szymona Piotra do Kafarnaum.
Gdybyście skupili się na różnicach między charyzmatykami a liturgistami. Neokatechumenatem a Oazą.
Gdybyście ścigali się w analizie czytań z dnia – to wszystko można by wziąć za dobrą monetę i uznać, że pięknie różnimy się w Kościele.
Problem w tym, że wy, drodzy księża występujący w mediach, od doświadczenia wiary wolicie doświadczenie polityki.
Wolicie naparzać się na partie. Ścigać się na lepszego prezydenta. Itd.
My, wierni, chcemy od Was, w gruncie rzeczy tylko, żebyście dali nam rozgrzeszenie, udzielili komunii i sprawowali Eucharystię.
Tymczasem część mediów i cześć wiernych „ostatnimi sprawiedliwymi w Kościele” nie nazywa tych z księży, którzy zostali powołani do głoszenia Słowa Bożego, ale tych księży, którzy „zostali powołani” do wspierania jeden albo drugiej partii.

1006176_10201012024737252_1684803821_n

Kościół Komorowskiego i Kościół Dudy

Mszy Świętej nie odmawiam nikomu. Dobrze, że odbyła się ta „witająca” prezydenta Andrzeja Dudę i ta „żegnająca” prezydenta Bronisława Komorowskiego. Problem w tym, że Kościół Katolicki zmienił się w lustro, które odbija podzieloną Polskę. Gdyby księżom i hierarchom chodziło o coś więcej niż tylko zapisywanie Jezusa do partii politycznych, to msza była by jedna. Przy jednym, wspólnym, eucharystycznym stole.

1006176_10201012024737252_1684803821_n

Od czwartkowego wieczoru wśród części sympatyków „Kościoła Otwartego” panuje euforia. Mszę świętą w intencji Bronisława Komorowskiego, odprawioną w czwartek, w kościele sióstr wizytek, komentują wcale nie zwykli internauci, ale publicyści, analitycy życia Kościoła i społeczeństwa, dziękując księdzu Andrzejowi Lutrowi i księdzu Kazimierzowi Sowie za odwagę.

W Mszy nie byłoby może nic złego, gdyby do mediów znów nie przebiła się jedna myśl, podtrzymywana z zadowoleniem przez część księży i wiernych: „Oto grupa duchownych stanowczo odcięła się od Episkopatu. Przeprosili Bronisława Komorowskiego za biskupów. Odprawili prawdziwie godną mszę, za prawdziwie godnego prezydenta”.

W większości zachwycają się tym ci, dla których polityczne zaangażowanie biskupów stanowi duży problem. Ci, którzy oburzali się politycznymi marszami duchownych broniących Telewizji Trwam. Ci wreszcie, którzy z pasją wypisują artykuły piętnujące duchownych głoszących polityczne kazania.

Można było żyć w naiwnym przekonaniu, że ta krytyka politycznych aktywności duchownych wynika z jakiegoś głębszego namysłu. Z rzeczywistej troski nie tylko o wizerunek Kościoła, ale też o budowanie spokoju w społeczeństwie. Złudna to jednak nadzieja, o czym świadczą wydarzenia z czwartkowego wieczoru. Nadarzyła się pierwsza okazja do zamanifestowania odrębności i od razu z tej okazji skorzystano. Nie w imię jedności, tolerancji, szacunku i zgody, ale w imię tych samych niskich pobudek, dla których przez ostatnie pięć lat wielu księży i wiernych śpiewało „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

Związanie Ołtarza z Bronisławem Komorowskim jest ta samo niebezpieczne jak związanie Ołtarza z Andrzejem Dudą. Jesteśmy więc świadkami dość selektywnej interpretacji politycznego zaangażowania się duchownych. Bo gdy jakiś ksiądz, używając Ołtarza, wspiera „Prawo i Sprawiedliwość”, to mówimy, że „miesza się do polityki”, gdy jednak jakiś ksiądz, używając Ołtarza, wspiera „Platformę Obywatelską”, to mówimy, że „przywraca właściwe proporcje”.

Módlmy się za prezydentów, polityków, dobre wybory i przyszłość Polski. Ale skoro zależy nam na interesie ogółu i rzeczywiście o trosce o jedność, może skorzystajmy z rady o. Kramera, który dziś rano postulował, by odbyła się jedna Msza święta. Przy jednym, wspólnym stole Eucharystycznym. Wówczas głosy o wprowadzanie podziałów i dzielenie się na Kościół Dudy i Kościół Komorowskiego pewnie by się nie pojawiły.

Ekskluzywny Kościół ks. Gancarczyka

Redakcja Gościa Niedzielnego na jedenastu stronach swojego działu „Fakty i opinie” cztery razy zajmuje stanowisko w sprawie listu Adama Michnika i Jarosława Mikołajewskiego do papieża Franciszka.

11149348_10205730352492497_4632326677602768705_n

O sprawie pisze w edytorialu redaktor naczelny pisma, ks. Marek Gancarczyk. Opisuje najpierw liturgię Wigilii Paschalnej w rodzinnej parafii Paniówki na Górnym Śląsku. A następnie wyznaje, że poczuł irytację po lekturze listu redaktorów „Gazety Wyborczej” do Franciszka.

Pomieszanie irytacji – z jednej strony, ze wzruszeniem po liturgii – z drugiej strony – zmusiło autora do napisania kilku myśli podsumowujących zamieszanie wywołane przez Michnika i Mikołajewskiego.

Twierdzi zatem redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, że autorzy listu nie mają wystarczających kompetencji do zajmowania się Kościołem. Konstatuje ks. Gancarczyk: „Nie mają zielonego pojęcia o Kościele, ale mają odwagę – by nie użyć mocniejszego słowa – pisać do papieża”.

Argumentów przeciwko podejmowaniu prób kontaktu z Franciszkiem, ks. Gancarczyk wymienia kilka.

– Niewiedza o sprawach Kościoła

– Nieobecność na Wigilii Paschalnej

– nieuczestniczenie w budowie Bożego grobu w swojej parafii

– brak swojej parafii

– brak chrztu i praktyk religijnych

– nieprzystępowanie do spowiedzi i Komunii św. wielkanocnej

– niezapisanie się do parafialnego koła Caritas

– nieregularne chodzenie na Msze św. niedzielne.

Ten spis postaw redaktorów „Gazety Wyborczej” ks. Gancarczyk podsumowuje propozycją, by zanim autorzy napiszą list do Franciszka najpierw zapisali się do Żywego Różańca, oraz że bardziej rozumiałby list wysłany do Franciszka przez uczestników liturgii paschalnej w Paniówkach niż list dziennikarzy „GW”.

I ja pewnie nie mam odpowiednich kompetencji do zabierania głosu w sprawie. Mimo że – co prawda z trudem, ale jednak – udaje mi się spełniać wymienione w tekście kryteria wiarygodnego katolika.

Tłum

Biskup Grzegorz Ryś opowiadając kiedyś historię Zacheusza zwrócił uwagę na tłum, który skutecznie odgrodził celnika do Jezusa.

Zacheusz się wygłupił i żeby zobaczyć Jezusa – wszedł na Sykomorę. W homiliach, jeśli już księża opowiadają historię Jezusa, słyszymy najczęściej, że Zacheusz wszedł na drzewo bo był niskiego wzrostu. Jednak oprócz tego, w Ewangelii czytamy jeszcze zdanie: „Nie mógł jednak z powodu tłumu – i dopiero później – gdyż był małego wzrostu”.

Łatwo sobie wyobrazić tę scenę. Jezus Chrystus przybył do Jerycha, wokół Niego gromadzili się ludzie, pomiędzy Jezusem a „tłumem” byli uczniowie. Wszyscy tam na ziemi byli wyznawcami Jezusa. Sami Jego uczniowie przecież mieli tę frajdę, że żyli z nim na co dzień. Jedli razem z Nim. Rozmawiali. I nawet teraz, gdy Jezus może spotykać się z innymi potrzebującymi Jego wsparcia, uczniowie nadal chcą być ciągle przy swoim Mistrzu.

Uczniowie ostatecznie stają się tym „tłumem”, który skutecznie odgradza Zacheusza od Jezusa. Mimo to Jezus „spojrzał w górę i powiedział: >Pośpiesz się, bo dziś muszę zatrzymać się w twoim domu<”.

Jak historia potoczyła się dalej – wiemy doskonale.

Zacheusz przecież nie był dotychczas uczniem Jezusa. Wszedł na drzewo raczej z ciekawości. Miał odwagę – by nie użyć mocniejszego słowa – przyjąć Jezusa i jeszcze w ogóle próbować się z nim skontaktować.

Nie był też Zacheusz „człowiekiem z tłumu” – tłumu będącego tak blisko Jezusa. Tłumu posłusznego. Nie był uczniem, który regularnie jadał z Nim posiłki. Lojalny Jezusowi tłum zdziwił się później, mówiąc: „Poszedł w gościnę do grzesznika”.

Jest jeszcze jeden moment, w którym ewangelista Łukasz używa słowa „tłum”. W historii Jezusa pojawiła się kobieta, która od dwunastu lat chorowała na krwotok.

Jezus spotkał ją w Synagodze. Znów ewangelista pisze: „Gdy Jezus wrócił, powitał Go tłum, gdyż wszyscy Go oczekiwali”. I dalej: „Gdy On szedł, tłumy napierały na Niego”.

W tej atmosferze pojawia się kobieta. Czytamy więc dłuższy fragment: „Podeszła z tyłu, dotknęła frędzli Jego płaszcza i natychmiast ustał jej krwotok. Wówczas Jezus zapytał: „Kto Mnie dotknął”.

Tłum. Pewnie też taki sam tłum jaki był na „pięknej liturgii w rodzinnej parafii Paniówki” ks. Gancarczyka. Tłum napiera. Piotr zatem dziwi się absurdalnemu skądinąd pytaniu swojego Mistrza o to, kto Go dotknął i mówi: „Mistrzu, tłumy Cię otaczają i cisną się do Ciebie”.

Najpierw mówimy tak: trzeba wychodzić na peryferie. Trzeba szukać dobra u ludzi spoza Kościoła. Ewangelizować. W Piśmie Świętym jest nadzieja. Kościół szuka zagubionej owcy.
Gdy Michnik i Mikołajewski piszą list do papieża, w Kościele słyszymy: hipokryzja. Naiwni myślą, że Franciszek im odpisze. Kłamią, gdy piszą o swoim doświadczeniu wiary.

To duża pokusa, żeby Kościół traktować jako „ekskluzywny tłum” – owszem, czasem otwarty – ale tylko na siebie nawzajem.

„Kościół jest okrutny”

Historia działacza Polskiego Związku Piłki Nożnej, pana Kazimierza Grenia, uświadomiła mi, że w Kościele jest trochę jak w futbolu.

Michał Olszewski i Bartek Dobroch pisali kiedyś:

„Typowy działacz sportowy? Mężczyzna, emeryt lub w wieku przedemerytalnym, na zabój zakochany w sporcie, z setkami nazwisk i wyników, którymi sypie jak z rękawa, przeważnie były sportowiec, trener. O zarządzaniu czy marketingu często nie wie nic”.

Działacze sportowi jeżdżą na mecze. Coś tam mówią. Wybierają swojego szefa. Popełniają gafy. Wpadki. Organizują konferencje prasowe. Pokazują na nich swoje spodnie. Mówią o interesach. Oskarżają.

Niewielu jest zadowolonych z ich obecności.

Gdyby działacze sportowi byli najważniejsi, gdyby ich słowa były kluczowe, gdybyśmy wszyscy skupiali się na ich działalności, to stawiam dolary, że nigdy nie powstałyby eseje Bieńczyka, felietony Pilcha, teksty Steca itd.

Bo kto zachwycałby się finezją dośrodkowań? Kto analizowałby taktyki trenerskie? Kto rozmyślałby nad piłkarską tiki-taką? Kto dostrzegłby tyle szczegółów w konfrontacji Zidane–Materazzi? Kto skupiałby się na szaleńczych wyjściach z bramki Neuera? Komu chciałoby się kibicować drużynom piłkarskim? Dla kogo poezją stawałyby się dryblingi Messiego?

Nikt by przecież nie zwracał na to uwagi, bo wszystkie siły wkładałby w analizowanie kolejnych udziwnień starszych panów z Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Nikt się zatem działaczami nie przejmuje. Bo frustracja i załamywanie rąk. A futbol leży w innym miejscu.

I w Kościele są działacze. Podczas ostatnich świąt mówili dziwne rzeczy. Oskarżali. Obrażali. Grozili palcem. Gender. In-vitro. Zgniły zachód. Deprawacja.

A Kościół i tak fascynuje. Na przykład na spotkaniu wspólnoty Głos na pustyni. Tę mam frajdę, że oni modlą się w piętnaście kroków od mojego domu.

Mają zamknięte oczy. Podnoszą ręce w górę. Śpiewają. W powietrzu tam unosi się jakiś dziwny duch wspólnoty. Uśmiechają się. Jedni siedzą. Inni stoją. Nikt im w metrykę nie patrzy. Nikt nie pyta czy ochrzczeni. Czy mieszkają razem przed ślubem. Modlą się. Przepraszają. Proszą i dziękują.

Niech to będzie niespokojny rok

Krzysztof Krauze w jednym z wywiadów powiedział, że przeprowadzka, zmiana miejsca zamieszkana, przemieszczanie się, osiadania w nowej rzeczywistości, jest zmianą przeznaczenia.

bs

W Kościele z przeznaczeniem mamy słuszny problem. Natomiast od rozpoczęcia pontyfikatu Franciszka nie mamy w Kościele problemów z wychodzeniem ze starej rzeczywistości i szukaniem nowych przestrzeni w których chcemy działać.
Na koniec roku, razem z przyjaciółmi z Tygodnika Powszechnego serwujemy czytelnikom nową jakość. Stworzyliśmy nowy serwis internetowy. Wraz z tą zmianą, zmienia się również blog.

Byliście tu – drodzy czytelnicy – aktywni od samego początku. Zebraliśmy wspólnie w ubiegającym roku ponad 400 złotych na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Wymienialiśmy się komentarzami. Wysyłaliśmy do siebie maile. Poprawialiśmy się, gdy zauważaliśmy błędy. Stworzyliśmy ciekawą przestrzeń w internecie. Świat w którym wskazywaliśmy dobre i złe strony Kościoła i wiary. To pozostanie. Zmienia się tylko materia, która w mojej ocenie jest przyjaźniejsza i ułatwia lekturę.

Na podsumowania i składanie sobie życzeń pewnie przyjdzie jeszcze czas. Tymczasem proszę Was – rozgośćcie się na tym blogu. Zwróćcie uwagi na niedociągnięcia, dajcie mi o nich znać. I bawcie się dziś wieczorem szampańsko.
Jedno życzenie, które chciałbym żeby zrealizowało się w moim życiu. A jeśli macie na to ochotę, to niech spełni się również w Waszym nadchodzącym roku.
W noworocznym numerze Tygodnika Powszechnego rozmawiam z Konradem Kruczkowskim o ojcostwie.

Są takie rozmowy, które wywierają duży wpływ na pytającego, odpowiadającego i czytającego. Ja po rozmowie z Konradem wyszedłem w jakimś tam stopniu odmieniony. Nie była to rewolucja, nie był to zwrot, ale był to wyjątkowy materiał do zweryfikowania swoich planów, swojego życia, siebie jako mężczyzny, ojca, przyszłego ojca…
Życzę wam, żeby ten rok był niespokojny. Pełen zawirowań. Żeby się coś wywracało. Żeby była w nim dynamika. Żebyście wychodzi poza swój komfort.

 

Biskupi jednak nie wycofują się z poparcia dla marszu PiS

Wykreślenie nazwisk pięciu biskupów z komitetu organizującego sobotni marsz PiS nie jest zamknięciem dyskusji o zaangażowaniu się duchownych w bieżącą politykę. Wręcz przeciwnie. Abp Wacław Depo wycofuje się z komitetu, bo – jak argumentuje –  to inni upolitycznili jego udział w marszu, a nie on sam. Jak rozumiem, biskup, który otwarcie wspiera partię dążącą do władzy, nadal nie widzi w swoim zachowaniu niczego złego.

Podobnie swoją decyzję o rezygnacji ze wsparcia dla demonstracji argumentuje bp Wiesław Mering. Z opublikowanego przez niego oświadczenia wynika, że bardziej niż na podzielonych jego decyzją wiernych, zależy mu na „lojalności wobec Nuncjusza” i jedności. Ale nie wspólnoty Kościoła, którego jest pasterzem, tylko jedności Episkopatu.

Zatem, biskupi wcale nie wycofują się ze swojego wsparcia dla demonstracji politycznej. Dostali reprymendę od Nuncjusza, której się podporządkują, ale robią to z „przykrością” i zapewniają, że nadal wspierają idee, którymi kierują się organizatorzy demonstracji.

Owszem, przerwanie przez Nuncjusza milczenia części Kościoła hierarchicznego, czego byliśmy świadkami w ostatnich dnia, dobrze wróży. Nie jest też wykluczone, że głos Nuncjusza podyktowany jest pytaniami formułowanymi przez wiernych. Mimo to, biskupi zaangażowani politycznie, korzystając z okazji, w swoich oświadczeniach dali do zrozumienia, że ciągle nie widzą problemu we wspieraniu przez duchownych politycznych inicjatyw. To każe z niepokojem myśleć o przyszłości, zawłaszcza gdy się ma świadomość, że Nuncjusz Apostolski kiedyś może się zmienić.

Nikt, kto krytykował udział biskupów w komitecie organizującym partyjny marsz PiS, nie odbiera hierarchom prawa do posiadania poglądów politycznych. Jednocześnie zdaniem wielu katolików, tak stanowcze branie udziału w politycznych inicjatywach, jest – delikatnie mówiąc – nieroztropne. Nie chodzi też o plemienną krytykę. Tak jak niepokoi popieranie przez duchownych Prawa i Sprawiedliwości, tak samo niepokoi zachowanie tych duchownych, którzy wspierają Platformę Obywatelską. Imanie się polityki przez biskupów to spacer po kruchym lodzie. Łatwo wpaść w politykę, która jest zdobywaniem władzy i przepychanką.

W 2012 r. Marek Zając pisał na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że polityczność duchownych to podejmowanie próby zapisania Jezusa do partii. Jezus sobie z tym oczywiście poradzi. Nie poradzi sobie wspólnota Kościoła. Podczas chrztu nie otrzymujemy w pakiecie instrukcji obsługi polskiej polityki. Gdyby biskupi, zamiast głosić swoje polityczne poglądy, skupili się na głoszeniu Ewangelii, pewnie my – wierni – poradzilibyśmy sobie w politycznym świecie bez ich wsparcia.

I jeszcze jedno: teatr ulicy w którym główną rolę odgrywają politycy z hasłami obalenia rządu, to niebezpieczne dla biskupów miejsce. Pokojowa demonstracja, o czym się regularnie przekonujemy, łatwo może się przerodzić w bijatykę i podpalanie samochodów. Przerażająca jest wizja, w której duchowny Kościoła Katolickiego błogosławiłby swoim wsparciem taki proceder.

Jacek Karnowski na Sądzie Ostatecznym

Podobnie jak Pan Jacek Karnowski, ja również cieszę się, że kard. Stanisław Dziwisz celebrował Mszę Świętą z Rodziną Radia Maryja. Nie rozumiem jednak całego zamieszania, które wywołała wizyta krakowskiego metropolity w Toruniu. Msza Święta to nie dyplomacja. Podczas niej nie opowiadamy się za prawicą, lewicą, Łagiewnikami czy Toruniem – podczas niej opowiadamy się za Jezusem Chrystusem. I już sam ten fakt poddaje pod wątpliwość cały artykuł redaktora portalu wpolityce.pl.

Reaguję na niego mimo wszystko, gdyż Pan Jacek Karnowski puentuje garść refleksji po Mszy w intencji Radia Maryja popularnym na jego portalu postulatem, by odebrać „Tygodnikowi Powszechnemu” przymiotnik „katolicki”. Trudno mi znaleźć sensowne połączenie pierwszej części artykułu z jego postscriptum. Można byłoby próbować obrócić je w żart, ale w związku z tym, że Pan Karnowski pisze ze śmiertelną powagą, ja również tę powagę podtrzymam.

Otóż postulat odebrania współbraciom w wierze przywileju nazywania się katolikami jest ryzykowny – zwłaszcza, że Pan Jacek Karnowski pisze, iż „udajemy, że jesteśmy po stronie Kościoła”. Wielu katolików ulega pokusie przeprowadzenia Sądu Ostatecznego, zanim zabierze się za to Pan Bóg. 23 listopada słuchaliśmy podczas niedzielnych Mszy Świętych fragment Ewangelii Mateusza, w którym Jezus opisuje przyjście Syna Człowieczego. Sąd Ostateczny będzie wyglądał tak: „On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie” (Mt 25, 32-33). Stwierdzenie przez Pana Karnowskiego, że ktoś jest „po stronie Kościoła”, a ktoś inny nie, interpretuję jako odebranie Jezusowi Chrystusowi przywileju decydowania o sprawiedliwości swojego ludu. To, niestety, częsta postawa: „Wiem najlepiej, wiem lepiej niż Bóg. Ja decyduję, kto zasługuje na bycie prawdziwym katolikiem”.

Gdy jeden wierzący mówi, że drugi wierzący nie jest katolikiem, ma na myśli, że jego wiara jest niewłaściwa. Że w gruncie rzeczy jest człowiekiem niewierzącym. Niewyznającym wiary Chrystusowej. To kolejne ryzykowne stwierdzenie Pana Karnowskiego. Również w Ewangelii Mateusza czytamy odpowiedź Jezusa na tego typu postawę: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: Bezbożniku, podlega karze piekła ognistego” (Mt 5, 22). Nikomu, kto ocenia czyjąś wiarę, nie życzę, żeby ten fragment Ewangelii zrealizował się w jego przypadku.

Jeden z kapłanów często goszczących na łamach portalu braci Karnowskich, ks. Dariusz Oko, również widzi w swoich współbraciach w wierze wrogów. Przypominam, że po tym, jak odpisałem na list biskupów dotyczący „gender”, duchowny powiedział, że działania „Tygodnika Powszechnego” są „kainowo-judaszowe”. Ile mieć trzeba w sobie wrogości, albo ile niewiedzy, żeby używać tego typu metafor?

Jasne, to jest publicystyka, ona rządzi się swoimi prawami, z których naczelną jest ta, by być do bólu kontrowersyjnym – wówczas jest się zauważonym. Ale czy naprawdę kapłan Kościoła katolickiego, który dostał od tego Kościoła dar odpuszczania grzechów i sprawowania Eucharystii; kapłan, za którego każdy z nas modli się na codziennej Mszy Świętej, chce porównywać część wiernych swojego Kościoła do Kaina i Judasza? Przypominam, że Kain zabił swojego brata z zazdrości (Rdz 4, 10). Czy rzeczywiście postawą kapłańskiego miłosierdzia wobec współbrata w wierze jest życzenie mu, by Bóg „przeklął go i skazał na wieczną tułaczkę”? (por. Rdz 4, 12-15). Czy rzeczywiście miłosierdzie kapłańskie wyraża się w porównaniu współbrata w wierze do Judasza, który zdradził Jezusa za garść srebrników? Czy naprawdę ks. Oko sądzi, że w jego współbrata wstąpił szatan? (Łk 22, 3-6).

Ks. Oko, który również zwraca uwagę na niezręczność nazywania „Tygodnika Powszechnego” pismem katolickim, często powołuje się na swoją znajomość z ks. Józefem Tischnerem. Przypominam więc, że ks. Tischner powiedział kiedyś, iż „w kapłaństwie nie chodzi o to, ile ognia kapłan potrafi ściągnąć z nieba na głowy grzeszników, ale o to, za ilu potrafi <nadstawić karku>”.

Nie musimy się we wszystkim zgadzać z Panem Karnowskim i ks. Oko. Zwłaszcza, że zwykle nie spieramy się o podstawowe kwestie wiary i moralności, tylko o „gender” albo „satanistę” z reklamy Empiku. „Tygodnik” nikogo nie wyklucza z Kościoła, a w spory wchodzi wtedy, kiedy ma wrażenie, że piękno Dobrej Nowiny szpecą debaty wokół tematów zastępczych. Naprawdę niebezpieczny jest szatan – tu się zgadzamy. Czy niebezpieczny jest Nergal i czy nadmierne skupianie się na nim nie odwraca uwagi od prawdziwego zła – o tym możemy przecież dyskutować. Kwestionowanie przy tym nie naszych poglądów, a naszej wiary jest niebezpieczne.

Pan Karnowski pisze o „Tygodniku”: „W ramach powrotu do realności Kościół w Polsce czeka jeszcze jeden, moim zdaniem nieunikniony ruch: odebranie przymiotnika „katolicki” Tygodnikowi Powszechnemu. Niech dalej piszą o ojcu Rydzyku w urbanowym stylu per „Rydzyk”, niech dalej bronią satanistów, niech dalej zarabiają na rządowych wkładkach, ale niech nie udają, że są po stronie Kościoła. Przyjdzie nam na to zapewne poczekać, ale, wierzę, doczekamy”. Pewnie każdy z nas popełnia grzechy i błędy. W tej nadziei na „powrót do realności” niech swoim życzliwym okiem Pan Karnowski spojrzy na słowa biskupa Grzegorza Rysia: „Nikt nie jest stracony, bo Bóg nie rozdaje cukierków grzecznym dzieciom, ale podnosi w górę tych, którzy dotknęli dna”.

Na koniec więc prośba: jeśli jeszcze raz Pan Karnowski zauważy mój grzech, to zanim wypisze mnie z Kościoła, niech weźmie przykład z Ojca Pustyni Abby Pojmena: „Jeżeli jakiś człowiek zgrzeszył, a wypiera się tego i mówi: „Nie zgrzeszyłem” – nie karać go, bo przygasisz w nim dobrą wolę; ale jeśli mu powiesz: „Odwagi, bracie, pilnuj się na przyszłość” – to pobudzisz jego ducha do nawrócenia”.

Bożego Narodzenia nie obronimy przed komercją

Empik zaprosił do swojej kampanii reklamowej kontrowersyjnych celebrytów: Marię Czubaszek i Adama Darskiego, lidera deathmetalowego zespołu Behemoth. Ten drugi mówi w spocie do kamery: „Dusza ma szamotała się niczym płomień na wietrze… nim okazało się, że zakochani żyli długo i szczęśliwie”. Część mediów katolickich ostrzega przed „świętami z satanistą” i nawołuje do bojkotu salonów Empiku.

Można powiedzieć, że to niesmaczne. Że jest ryzykowne. Że ktoś się zagalopował. Ale wyciągać wobec tego armaty, organizować protesty, wałkować temat przez tyle dni?
Tegoroczny protest nie jest pierwszym, który katolicy wymierzają w komercjalizację świąt.
Grudzień 1998 r. Kilkunastu intelektualistów (m.in. Jarosław Gowin, Ryszard Legutko i Stefan Wilkanowicz) podpisuje list otwarty w sprawie kampanii reklamowej sieci Plus, która swoją świąteczną ofertę promuje hasłem „Dobra Nowina”. „Porównywanie treści, które niesie Ewangelia, z informacją o atrakcyjnej cenie telefonów komórkowych, budzi niesmak i zażenowanie” – piszą.
Grudzień 2000 r. Serwis aukcja.com tak oto reklamuje się na billboardach: starszy pan w czerwonym stroju, łudząco podobny do św. Mikołaja, goni z rubasznym uśmiechem ubraną w bikini dziewczynę. „Święty jest zajęty. Sam kup prezenty” – głosi podpis. Jeden z mieszkańców Warszawy składa doniesienie do prokuratury, twierdząc, że „święci nie ganiają za panienkami” (sprawa zostaje umorzona).
Listopad 2006 r. W Austrii i Niemczech powstaje „Ruch przeciwników św. Mikołaja”. Kampania „Pro Christkind” walczy z popkulturowym wizerunkiem Mikołaja stworzonym przez koncern Coca-Cola. Do akcji dołączają również polskie media. W „Gościu Niedzielnym” Maciej Sablik pisze: „Najgorsi są jednak inspiratorzy największego kiczu molestującego dzieci: corocznej inwazji zmutowanych krasnali zwanych »mikołajami«. Nie dajmy się, bojkotujmy i tępmy tę czerwoną szarańczę. Mamy miesiąc na przygotowanie obrony, od Mikołaja wara! Niech sobie komercja wymyśli nowe imię dla gnomów”.

Protesty przeciwko wykorzystywaniu przez marketingowców świąt Bożego Narodzenia, to wynik niezrozumienia logiki świata konsumpcyjnego, i przekonanie, że kieruje się on tą samą logiką co świat religijny.
Kto zaś te dwa światy rozróżnia, ten nie będzie wymagał od mechanizmów handlu „refleksji nad wrażliwością wobec Wcielenia”.

1. Nie kontestuję protestów Frondy, bo pewnie z badań klikalności im wychodzi, że wśród czytelników hasła „bojkot” i „protest” dobrze się sprzedają.

2. To nie katolicy protestują! Proszę nie pisać, że to Kościół bojkotuje. To wyłącznie wymysł Frondy. Fronda to nie (cały) Kościół.

3. Boję się, że ta garstka ludzi lada moment nie będzie miała gdzie robić zakupów.

4. Skoro już widzimy naszą wiarę wyłącznie w perspektywie kontestacji, to czekam również na bojkot wszystkich sklepów w których ekspedientki nie mówią „Szczęść Boże”. I tych, w których w piątki sprzedaje się mięso.

5. W ubiegłym roku przy okazji Halloween pisałem, że popularne jest szantażowanie na wiarę. Że jak jest się „prawdziwym katolikiem”, to zabroniona jest zabawa w Halloween, nie robi się zakupów w Empiku itd. O takim szantażu marzą marketingowcy. Bo historia z ostatnich lat pokazuje, że dla marki i sprzedaży produktu nic nie robi tak dobrze jak grupa oburzonych katolików.

6. W tym bojkotowaniu bardzo łatwo samemu stracić właściwą perspektywę świętowania. Łatwo jest pokazywać palcem cudze grzechy, znacznie trudniej pokazywać odpuszczenie tych grzechów. Zamiast więc skupiać się na porządkowaniu wiary lepiej jest tę wiarę przekazywać.

——————————————————————————————————————–

O tym, że Bożego Narodzenia nie obronimy przed komercją. I że energię, którą pożytkujemy na bojkoty i protesty, lepiej przeznaczyć na wsparcie dzieł charytatywnych, więcej piszę w środowym numerze Tygodnika Powszechnego.