Archiwa tagu: Jezus

Wiara na Woodstocku

ksiadz(1)

– Tak patrzę i patrzę, powiem ci Błażeju, żadnego szatana tu nie widzę – mówi mi ksiądz Jan Kaczkowski podczas obiadu w kultowej na Przystanku Woodstock wiosce Hare Kryszny.

janje
Najpierw pojechaliśmy z Janem na Przystanek Jezus. W środę. Wieczorem. Spotkaliśmy się z biskupem Rysiem. Jan mówił mi w wywiadzie kilka miesięcy temu, że Msza jest dla niego czymś szalenie ważnym. Powtarza to wielokrotnie. Zapewnia, że wszystko robi z pełnym zaangażowaniem. Nie oszukuje.
I rzeczywiście Msza Święta w której uczestniczyliśmy ja, ksiądz Jan i pomagający nam zakonnik, zapadnie w pamięci pewnie do końca życia. Trzech facetów. Prowizoryczny ołtarz. Namiot. I Jan. Zaangażowany. Przejęty. Akceptujący swoją niepełnosprawność. Oddany sprawie. I ta intymność. Intymność w którą Jan wchodzi z Bogiem podczas mszy. Dotyka ołtarza z pełnym oddaniem. Delikatnie. Zmysłowo.

janrys
Powie później, podczas naszego spotkania w Akademii Sztuk Przepięknych słowa, które do tego miejsca nie pasują. Będzie mówił tu, w miejscu wyklętym przez wielu katolików, słowa z modlitwy eucharystycznej, tezy teologiczne, dowody na istnienie Boga, obnaży swoją intymność relacji z Bogiem. Powie: „Ołtarz jest symbolem Chrystusa. Ksiądz, gdy idzie do ołtarza, powinien dokonać trzech czynności. Trzech ważnych punktów. Tak jak w zwykłej miłości. Jak się kogoś kocha, to trzeba go najpierw zauważyć, potem dochodzi do dotyku. Ja to wszystko robię z ołtarzem. Widzę go, intymnie dotykam. I wreszcie dokonuję trzeciego, najpiękniejszego gestu – całuję ołtarz.
I ja, taki wkurzony i wściekły, całuję kiedyś ten ołtarz i mówię sobie: Ty masz czelność codziennie przychodzić do ołtarza i sprawować Najświętszą Ofiarę? Współoperować z Nim, z Chrystusem, i masz czelność się nie spalać?! Powiedziałem sobie wtedy, że nie chcę być plastykowym księdzem. Nie chcę być pluszowym księdzem. To, co postanowiłem ofiarować Panu Bogu i innym, to jest mój prywatny czas. I to jest ta moja przyzwoitość, mam nadzieję że na plus. Postanowiłem sobie, że nigdy nikomu nie odmówię spowiedzi, rozmowy, bliskości”’.
Jeśli jest jakiś dobry sposób na obecność wiary na Przystanku Woodstock, to najlepszy pokazał ksiądz Jan. Nie agitował. Owszem, krytykował. Ale jednocześnie – wierzę w to bardzo mocno – pokazał co to znaczy wiara. Wiara w Boga. Pełna miłości. Bliskości. Obecności. Bycia ze sobą. Nie zakazy. Nie nakazy. Propozycje. Traktowanie się poważnie. Z szacunkiem.
Jan, ludzi, których spotkał w namiocie ASP szanował. Znał ich mądrość. Wiedział, że nie trafi do nich grożenie palcem. Więc opowiedział o sobie. Bez pogardy. Bez wyrzutów. Rzucił ziarno. Zrobił to, co do niego należy. Nie ważne, czy ziarno spadło na asfalt czy drogę żyzną. Jestem pewien, że to ziarno wyda gdzieś, kiedyś piękny i dorodny owoc.
Całą rozmowę z Janem Wydrukujemy w następnym numerze „TP”.

 

Bóg gender. „Biskupi na Boże Ciało”

Spacerując po ulicach Betlejem nie sposób myśleć o in-vitro. Patrząc na wędkarzy łowiących ryby przy brzegu Jeziora Galilejskiego na myśl nie przychodzą spory o gender. W Kafarnaum, dotykając niemal ścian domu Szymona Piotra, trudno zastanawiać się czy polskie sklepy powinny być otwarte w niedzielę.

Prze ostatni tydzień podróżowałem autostopem po Izraelu. Kraj, który można zwiedzać na kilka sposobów. Z jeden – strony politycznie. Z drugiej – społecznie. Z trzeciej – religijnie. I ja właśnie starałem się podróżować na ten trzeci sposób: chciałem w miejscach istotnych dla duchowego doświadczenia czytać fragmenty Pisma Świętego a podczas modlitwy wspomagać się rozważaniami spisanymi przez mądrzejszym ode mnie.

Niestety, w drodze z Jerozolimy do Betlejem zgubiłem gdzieś swoje „duchowe podręczniki”: Kilka luźnych kartek z osobistymi przemyśleniami, do tego Pismo Święte, notatki Karola de Foucauld, Oscara Romero i biskupa Rysia.

Musiałem więc ratować się telefonem i Internetem. Łapiąc przed betlejemską świątynią Wi-Fi pomyślałem, że skoro już korzystam z Internetu – poszerzę grono duchowych kierowników. Wpisałem więc w wyszukiwarkę (raczej z ciekawości i trochę z przekorą) hasło – biskupi na Boże Narodzenie. Klikając „szukaj” – wiedziałem już, że to był błąd.

Do prawdy trudno jest tam – siedząc w miejscach dla wiary szalenie istotnych – korzystać z propozycji jakie dają polscy biskupi. Wszyscy wokół przekonując, że w kazaniach o in-vitro, gender, konwencjach politycznych nie ma nic złego. Bo przecież duchowni muszą głosić prawdy moralne. Ale naprawdę trudny to wysiłek, gdy chodząc po ulicach Betlejem szuka się logiki w powiązaniu narodzin Jezusa Chrystusa z krytyką metody in-vitro.

Trudno myśleć o gender, gdy stoi się na brzegu Jeziora Galilejskiego. Trudno myśleć o „deprawacji młodzieży” stojąc w synagodze w Kafarnaum, w którym Jezus dokonał tylu cudów.

Trudno myśleć o tym tam, w Izraelu – trudno też myśleć o tym tu, w Polsce.

Czwartkowe procesje Bożego Ciała dowiodły, że w kraju ciągle bez zmian.

Duchowo w Polsce jesteśmy więc sierotami. Przypuszczam, że niewielu jest wiernych, którzy wracając po procesji Bożego Ciała – gdzie usłyszeli znów krytykę konwencji o przemocy – na własną rękę szukają wyjaśnienia czym jest Eucharystia.

Słysząc ciągle o tym, czego boją się biskupi, nie mamy doświadczenia wiary. Gdyby porównać częstotliwość z jaką biskupi opowiadają o swoim strachu przed światem z momentami, gdy mówią o istocie wiary, to można mieć wrażenie, że Zbawienie, historia Jezusa, modlitwa – nie mają żadnego znaczenia.

Ale też wcale nie chodzi o to, że nie wyjaśniają nam o co chodzi w wierze. To już czasem trzeba robić na własną rękę – szukać tych, którzy to robią. Słuchać tych, dla których gender – wobec mocy i dobroci Boga – jest niczym.

Problemy są więc dwa. Po pierwsze – pewnie nie wielu jest wśród nas tych, którzy szukają na własną rękę. Po drugie – wierni nie są traktowani przez swoich pasterzy poważnie.

Do czego to prowadzi? O. Tomasz Grabowskiego OP napisał kiedyś na blogu „List na Wielki Post. Do kapłanów”. Tekst jest listem od jego znajomej i brzmi tak: „Poszłam na naukę przed Sakramentem Chrztu. Trwała godzinę. Prowadzący ją ksiądz ani razu nie spojrzał na obecnych. Nie zadał nam żadnego pytania. Podstawowe informacje o historii tego sakramentu, nie o jego istocie, czy momencie, w którym został ustanowiony, przeczytał z kartki. Zajęło to 7 minut. Czytał, że dawniej chrzczono dorosłych, dopiero później zaczęto chrzcić dzieci. I że chrzest >wypędza z nas szatana<, ale >to nie znaczy, że te małe aniołki są opętane<, ze względu na grzech pierworodny, gdy rodzimy się, więcej w nas zła niż dobra i bardziej należymy do sił złych… W pozostałym czasie dowiedziałam się też, że w kościele nie należy żuć gumy, nie należy rozmawiać, czym jest zakrystia (to miejsce, gdzie ksiądz się przebiera), że dziecko nad chrzcielnicą należy trzymać główką w dół, to znaczy nóżkami do góry, po to by woda spłynęła (inaczej nie spłynie). Co jeszcze? Wyjaśnił znaczenie słowa >chełpić się< i że Kościół to nie tylko >papież nasi biskupi i księża… no i jeszcze jacyś zakonnicy<. Czy mam pisać dalej, czy już jest Ci przykro? (…) To nie skarga. Bardziej wyraz złości. Ze mną jest trochę tak, jak w wierszu Różewicza:  >Życie bez Boga jest możliwe / Życie bez Boga jest niemożliwe<. Ale taki dzień jak dziś zmusza do odejścia. Do zamknięcia się na kolejne kilka lat. To nie jest tylko moje odczucie. To samo mówiła bratowa, mój brat nie mówił nic. Przeprosili mnie za >wczorajszą traumę<, było im wstyd. Bo ile my mamy lat, żeby mówić nam o gumie do żucia… I tu nie chodzi o to, że niczego nas nie nauczyli, nie dali szansy, by coś przeżyć, ale w sumie w jakiś sposób nas obrazili – naszą godność i inteligencję”.

Pasterze, z dnia na dzień, z roku na rok, wyrzekają się roli bycia przewodnikami po wierze, a stają się przewodnikami po swoim strachu.

Ekskluzywny Kościół ks. Gancarczyka

Redakcja Gościa Niedzielnego na jedenastu stronach swojego działu „Fakty i opinie” cztery razy zajmuje stanowisko w sprawie listu Adama Michnika i Jarosława Mikołajewskiego do papieża Franciszka.

11149348_10205730352492497_4632326677602768705_n

O sprawie pisze w edytorialu redaktor naczelny pisma, ks. Marek Gancarczyk. Opisuje najpierw liturgię Wigilii Paschalnej w rodzinnej parafii Paniówki na Górnym Śląsku. A następnie wyznaje, że poczuł irytację po lekturze listu redaktorów „Gazety Wyborczej” do Franciszka.

Pomieszanie irytacji – z jednej strony, ze wzruszeniem po liturgii – z drugiej strony – zmusiło autora do napisania kilku myśli podsumowujących zamieszanie wywołane przez Michnika i Mikołajewskiego.

Twierdzi zatem redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, że autorzy listu nie mają wystarczających kompetencji do zajmowania się Kościołem. Konstatuje ks. Gancarczyk: „Nie mają zielonego pojęcia o Kościele, ale mają odwagę – by nie użyć mocniejszego słowa – pisać do papieża”.

Argumentów przeciwko podejmowaniu prób kontaktu z Franciszkiem, ks. Gancarczyk wymienia kilka.

– Niewiedza o sprawach Kościoła

– Nieobecność na Wigilii Paschalnej

– nieuczestniczenie w budowie Bożego grobu w swojej parafii

– brak swojej parafii

– brak chrztu i praktyk religijnych

– nieprzystępowanie do spowiedzi i Komunii św. wielkanocnej

– niezapisanie się do parafialnego koła Caritas

– nieregularne chodzenie na Msze św. niedzielne.

Ten spis postaw redaktorów „Gazety Wyborczej” ks. Gancarczyk podsumowuje propozycją, by zanim autorzy napiszą list do Franciszka najpierw zapisali się do Żywego Różańca, oraz że bardziej rozumiałby list wysłany do Franciszka przez uczestników liturgii paschalnej w Paniówkach niż list dziennikarzy „GW”.

I ja pewnie nie mam odpowiednich kompetencji do zabierania głosu w sprawie. Mimo że – co prawda z trudem, ale jednak – udaje mi się spełniać wymienione w tekście kryteria wiarygodnego katolika.

Tłum

Biskup Grzegorz Ryś opowiadając kiedyś historię Zacheusza zwrócił uwagę na tłum, który skutecznie odgrodził celnika do Jezusa.

Zacheusz się wygłupił i żeby zobaczyć Jezusa – wszedł na Sykomorę. W homiliach, jeśli już księża opowiadają historię Jezusa, słyszymy najczęściej, że Zacheusz wszedł na drzewo bo był niskiego wzrostu. Jednak oprócz tego, w Ewangelii czytamy jeszcze zdanie: „Nie mógł jednak z powodu tłumu – i dopiero później – gdyż był małego wzrostu”.

Łatwo sobie wyobrazić tę scenę. Jezus Chrystus przybył do Jerycha, wokół Niego gromadzili się ludzie, pomiędzy Jezusem a „tłumem” byli uczniowie. Wszyscy tam na ziemi byli wyznawcami Jezusa. Sami Jego uczniowie przecież mieli tę frajdę, że żyli z nim na co dzień. Jedli razem z Nim. Rozmawiali. I nawet teraz, gdy Jezus może spotykać się z innymi potrzebującymi Jego wsparcia, uczniowie nadal chcą być ciągle przy swoim Mistrzu.

Uczniowie ostatecznie stają się tym „tłumem”, który skutecznie odgradza Zacheusza od Jezusa. Mimo to Jezus „spojrzał w górę i powiedział: >Pośpiesz się, bo dziś muszę zatrzymać się w twoim domu<”.

Jak historia potoczyła się dalej – wiemy doskonale.

Zacheusz przecież nie był dotychczas uczniem Jezusa. Wszedł na drzewo raczej z ciekawości. Miał odwagę – by nie użyć mocniejszego słowa – przyjąć Jezusa i jeszcze w ogóle próbować się z nim skontaktować.

Nie był też Zacheusz „człowiekiem z tłumu” – tłumu będącego tak blisko Jezusa. Tłumu posłusznego. Nie był uczniem, który regularnie jadał z Nim posiłki. Lojalny Jezusowi tłum zdziwił się później, mówiąc: „Poszedł w gościnę do grzesznika”.

Jest jeszcze jeden moment, w którym ewangelista Łukasz używa słowa „tłum”. W historii Jezusa pojawiła się kobieta, która od dwunastu lat chorowała na krwotok.

Jezus spotkał ją w Synagodze. Znów ewangelista pisze: „Gdy Jezus wrócił, powitał Go tłum, gdyż wszyscy Go oczekiwali”. I dalej: „Gdy On szedł, tłumy napierały na Niego”.

W tej atmosferze pojawia się kobieta. Czytamy więc dłuższy fragment: „Podeszła z tyłu, dotknęła frędzli Jego płaszcza i natychmiast ustał jej krwotok. Wówczas Jezus zapytał: „Kto Mnie dotknął”.

Tłum. Pewnie też taki sam tłum jaki był na „pięknej liturgii w rodzinnej parafii Paniówki” ks. Gancarczyka. Tłum napiera. Piotr zatem dziwi się absurdalnemu skądinąd pytaniu swojego Mistrza o to, kto Go dotknął i mówi: „Mistrzu, tłumy Cię otaczają i cisną się do Ciebie”.

Najpierw mówimy tak: trzeba wychodzić na peryferie. Trzeba szukać dobra u ludzi spoza Kościoła. Ewangelizować. W Piśmie Świętym jest nadzieja. Kościół szuka zagubionej owcy.
Gdy Michnik i Mikołajewski piszą list do papieża, w Kościele słyszymy: hipokryzja. Naiwni myślą, że Franciszek im odpisze. Kłamią, gdy piszą o swoim doświadczeniu wiary.

To duża pokusa, żeby Kościół traktować jako „ekskluzywny tłum” – owszem, czasem otwarty – ale tylko na siebie nawzajem.

Spowiedź jest najważniejsza

W Wielką Sobotę w południe, napisałem na Facebooku, że jeśli mówimy o spowiedzi, to nie istnieje jakieś „za późno”.

Przytoczyłem też kilka myśli z rozmowy ze znajomym księdzem, który żalił mi się, że ludzie przychodzą do spowiedzi w dni Triduum Paschalnego: „Co za brak przyzwoitości, żeby na sobotę to odkładać?!”. „Mieszkają w dużych miastach i nie mają czasu na spowiedź!?”. „Ja już nie mam siły z tymi ludźmi. I tak teraz siedź człowieku w konfesjonale”.

W internecie krąży również bijący rekordy popularności mem wyśmiewający osoby, które do spowiedzi chcą przystąpić nawet na kilka minut przed Rezurekcją

Mem przesyłają sobie z uśmiechem księża.

11009983_395963720575793_5389903951552467743_n

Skomentowałem więc całe to zamieszanie wokół spowiedzi kilkoma myślami, z których naczelna brzmi: „Czy poważnie istnieje jakieś „za późno” na spowiedź? Czy jest jakiś niewłaściwy czas na pojednanie się z Bogiem?”.

Nie chciałem przez to powiedzieć, że księża są nierobami, którzy narzekają na swoje obowiązki. Modliliśmy się o siłę dla księży podczas wielkoczwartkowych liturgii. Nie chcę również pouczać księży i wskazywać im właściwe obszary zainteresowania. Nie chcę sądzić, że Wielki Post i czas Triduum to dla nich sielanka, bo przecież w rzeczywistości to moment największej pracy, którą nie dość, że doceniam, to jeszcze podziwiam.

Chodzi przede wszystkim o to, że dla nas – wierzących – spowiedź to przeżycie intymne i bardzo wyjątkowe.

Jako częsty penitent wiem, z jakimi trudnościami może przychodzić ludziom stawanie w kolejce do konfesjonału. Z jakimi wewnętrznymi dylematami trzeba się uporać, by przełamać strach, czasem wstyd.

To jasne, że jest na to czas w Wielki Post. To jasne, że są rekolekcje. Że księża siedzą w konfesjonałach całymi dniami. I to jasne, że spowiedź też musi męczyć – tak po ludzku – również księży.

Czy to jednak tłumaczy historię, którą w komentarzu przytoczyła Ewelina? „Przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat. Pierwszy piątek. Dziewczynka stoi w kolejce do spowiedzi. Ksiądz wychyla się z konfesjonału i mówi, że nie wyspowiada jej, bo spowiedź dla dzieci była w środę. Przykre”.

Chcę wiedzieć, że większa radość jest z tego, który do Kościoła ma daleko, a jednak się przełamuje i wchodzi do niego w ostatniej chwili. Większa jest radość z tego, który przełamuje strach i decyduje się na pojednanie z Bogiem – choćby w najbardziej niedogodnej chwili.

A jeśli to zwykły krętacz, który specjalnie migał się przez cały czas od spowiedzi? Jezus wisząc na krzyżu mówi coś ważnego do Łotra. Zdaje się, że nawet gwarantuje mu miejsce w niebie. A przecież chwila jest tak bardzo niedogodna, tak niewłaściwa. Miał czas na pojednanie zły Łotr. Teraz Jezus powinien być skupiony na sobie. A jednak daje inny przykład. A Łotra nazywamy jednak „Dobrym”.

W takich chwilach potrzebujemy raczej wsparcia, a nie nagany.

Wczoraj w internecie krążył też inny obrazek.

1958447_800803383329878_64946575319910552_n

Księża tłumaczą, że na spowiedź w trakcie Triduum nie ma czasu, bo zmęczenie i inne obowiązki. Jeśli tymi obowiązkami jest dbanie o „piękno liturgii”, albo uczenie ministrantów właściwego klękania na jedno kolano, to może lepiej odwrócić hierarchę ważności?

Osobiście wolę, gdy ksiądz jest w konfesjonale i mogę liczyć na jego wsparcie. Nawet jeśli to miałoby się odbywać kosztem równego śpiewu scholi.

Oburzeni promują spektakl Golgota Picnic

0f358906-f70e-11e3-8431-0025b511226e

Mamy w Kościele świetnych speców od promocji. Nieświadomych. Obserwując świat reklamy, mediów i społeczności internetowych stawiam tezę, że gdyby nie Kościół, to – tak jak kiedyś „ideologia gender” – tak dziś Golgota Picnic nie osiągnęłaby spektakularnego sukcesu medialnego.

Czytaj dalej

O. Tadeusz Rydzyk nie istnieje

Tadeusz Rydzyk

Dawno nie odnotowaliśmy tak drastycznego spadku popularności redemptorysty z Torunia. Pewne jest jedno: o. Tadeusz Rydzyk nie jest już liderem – i w kościelnej nomenklaturze, i na prawym skrzydle sceny politycznych – czyli w dwóch, wydawałoby się, kluczowych dla niego środowiskach.

Czytaj dalej

Fronda.pl musi nawrócić Jezusa

wood

Fronda wypaliła – jak przystało na te rejony Kościoła – krytykę Woodstocku. Taka tradycja, choć przyznać trzeba, że w tym roku święte oburzenie wybuchło zdecydowanie przedwcześnie. Do „ogólnopolskiej degrengolady” jeszcze dwa miesiące: trudno będzie Frondzie ciągnąć wzburzenie przez tyle dni.

Czytaj dalej

Jezus na mieście

10171668_10203139810530567_1944924439786730395_n

Kard. Stanisław Dziwisz podczas wielkanocnego kazania wyraził szczere zaniepokojenie stanem Kościoła w Krakowie. – W Wielki Piątek ze smutkiem zauważyłem, że wiele lokali było otwartych i bynajmniej nie świeciło pustkami. Kusiły także czerwone światła w oknach – mówił. 28 kwietnia, gdyby znów pojawił się w okolicach Rynku, zauważyłby coś zupełnie innego.

Czytaj dalej

Dwa pytania o Kościół Otwarty. Czyli jak widzę Wspólnotę [#ktobeef część III]

Mateuszu,

W ostatnim odcinku naszej wymiany zdań zaproponowałem, byśmy zastanowili się nad pojęciem „Kościoła otwartego”. Poniżej niestety nie zaprezentuję Ci Jego gruntownej wizji. Przez miniony weekend brałem bowiem udział w rekolekcjach w Laskach, prowadzonych przez biskupa Grzegorza Rysia, stąd moje słowa będą – ciągle niestety – chaotyczną refleksją po tych rekolekcjach. Zdaję sobie sprawę, że dwa problemy interpretacji Kościoła, którymi się z Tobą dzielę, nie wyczerpują moich pytań o nasze, chyba rozbieżne, wizje wspólnoty. Jednocześnie zdaje się, że pozostają one kluczowe w naszej wymianie poglądów. Oto myśli, które zapisywałem podczas rekolekcji. Nie jest to zatem definicja Kościoła Otwartego, a raczej narzucające mi się pytania. Chciałbym, żebyś się odniósł z szacunkiem. Proszę o to, bo – idąc za przykładem przyjaciół z Więzi – potrzebujemy dziś Kościoła „otwartej ortodoksji”. Kogo mam pytać o „ortodoksję”, jeśli nie Ciebie?

Czytaj dalej

Lud Boży: Chcemy pasterzy, nie funkcjonariuszy!

Można było dotychczas twierdzić, że zaangażowanie polityczne duchowny i świeckich członków Kościoła Katolickiego w Polsce – nie jest niczym złym. Jesteśmy w końcu „strefą światowych wpływów” i „lobbowanie państwowych ustaw zgodnych z Ewangelią powinno być nie tylko naszym prawem ale i obowiązkiem”. Tymczasem uważna lektura wywiadu z papieżem Franciszkiem takie przekonanie z precyzją obala. Papież – może i nie mówi o tym wprost – ale zwraca uwagę, że „Lud Boży chce pasterzy, a nie funkcjonariuszy i urzędników”.

 Historyczna sprawiedliwość

Weźmy pierwszy przykład z brzegu: lekcje religii w polskich szkołach. Na korzystnych dla Kościoła (niekonieczne dla Ewangelii) zasadach, religia w szkołach jest już ponad 20 lat. Po takim czasie można stanowczo stwierdzić, że walki o utrzymanie religii w szkole wynikają raczej z potrzeby historycznej sprawiedliwości, a nie troski o religijny rozwój uczniów. Podczas gdy borykamy się z dużym problemem i dyskusje o obecności religii w szkole rozgrzewają nie tylko uczniów, ale i katechetów, dziennikarzy, rodziców i nauczycieli, to Episkopat wpadł już na nowy pomysł, by religia była przedmiotem maturalnym.

I znów dziejowa sprawiedliwość jest dla nas bardziej fundamentalna niż rzeczywiste potrzeby głoszenia Ewangelii i doprowadzanie innych do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem.

Episkopat ustami abp. Józefa Michalika – proponując religię na maturze – nie mówi o Ewangelii, o Jezusie Chrystusie i Nowej Ewangelizacji. Jak bowiem inaczej odczytywać słowa abp. Michalika o tym, że „na maturze można zdawać przedmioty uważane często za drugorzędne, chociaż wszystkie są ważne i wpływają na całościową ocenę uczniów. To dlaczego nie można zdawać religii?”. Chodzi Arcybiskupowi nie mnie, nie więcej tylko o to, że inne przedmioty traktowane są z większą estymą niż religia.

Owszem Episkopat mówi też o potrzebie moralnego wychowywania, ale tylko ktoś bardzo naiwny, albo ten, kto dawno już skończył się uczyć w polskiej szkole, będzie twierdził, że „moralność” i rozróżnienie „dobra od zła” da się wypracować przez zdawania tych zasad na maturze.

 Ewangelia wystarczy

Starania o prawo państwowe zgodne z zasadami Ewangelii, jest oznaką braku wiary w Ewangelię. Pisze o tym Jarek Makowskich we wczorajszej Gazecie Wyborczej „Kościół w Polsce wciąż bardziej wierzy w siłę przychylnej dla siebie władzy politycznej niż moc Ewangelii”.

Głoszenie Ewangelii powinno się więc odbywać poza establishmentem i z dala od ministerialnych gabinetów. Nie bez znaczenia są tu słowa papieża Franciszka o wyjściu na peryferie i głoszeniu Ewangelii na ulicy. Tam nie mam politycznych przepychanek i dyplomatycznych krzyków.

 Pasterz nie funkcjonariusz

Co mówi papież w wywiadzie, którego udzielił o. Antonio Spadaro SJ?

– „Kapłani Kościoła muszą być miłosierni, brać odpowiedzialność za osoby, towarzyszyć im jak dobry Samarytanin, który obmywa, czyści i podnosi z ziemi bliźniego. To jest czysta Ewangelia. Bóg jest większy od grzechu. Reformy organizacyjne i strukturalne są wtórne , to znaczy idą w drugiej kolejności. Pierwsza reforma musi odnosić się do postawy. Ci, którzy głoszą Ewangelię, muszą być zdolni rozgrzewać serca ludzi, kroczyć wraz z nimi przez noc, umieć prowadzić dialog, a nawet zstąpić w ich noc, w ich mrok i nie zbłądzić”

Przerażające słowa. „Zstąpić w mrok ludzi i nie zbłądzić!”. Potrzebujemy więc bezpośredniej relacji. Prywatnej korespondencji między duszpasterzem a wiernym. Sama Ewangelia jest już wystarczającym do tego narzędziem. Nie potrzebujemy zmiany prawa, bo nie jesteśmy do tego powołani. Jesteśmy powołani do kontaktu jeden do jednego.

Ale jednocześnie Kościół jest miejscem dla wszystkich. Nie przez przymus, nakaz i obowiązek, ale przez Ewangelię i jej głoszenie. Pisze papież: „Kościół to dom wszystkich, a nie jakaś niewielka kapliczka, która może pomieścić jedynie pewną grupę ludzi wyselekcjonowanych. Nie możemy zredukować Kościoła do ochronnego parasola dla naszej małostkowości”.

Przerażające słowa, bo Ewangelia nie uczy potępienia, a my nierzadko wyłącznie na osądzaniu budujemy swoją tożsamość. Patrzymy na kogoś poza Kościołem i nie widzimy w nim człowieka, tylko jego grzech i odejście od Jezusa. Nie wchodzimy w nim rozmowę, nie interesujemy się nim, jesteśmy egoistyczni, bo dbamy wyłącznie o swoje zbawienie. Mówimy „albo bierzesz nasze zasady i jesteś członkiem naszego klubu (Kościoła), albo idź stąd i nie zawracaj nam głowy”. Bo – „Figa!”, „Poza Kościołem nie ma zbawienia”.

 Pielgrzymować z, a nie do

Papież proponuje nam pielgrzymkę. Musimy wyjść na peryferie. Dotychczas żyliśmy w przekonaniu, że naszym zadaniem jest pielgrzymować do świata. Tymczasem papież mówi: „Zamiast być tylko Kościołem, który zaprasza i przyjmuje w swoje otwarte drzwi, starajmy się być Kościołem znajdującym nowe drogi, zdolnym wyjść z siebie ku tym, którzy go nie nawiedzają, odeszli, albo są obojętni. Niekiedy ludzie odchodzą z powodów, które jeśli je dobrze pojąć i oszacować, mogą doprowadzić do powrotu. Ale potrzebna jest śmiałość i odwaga”.

Mamy więc przestać pielgrzymować do świata, ale zacząć pielgrzymować ze światem.

 Medycyna zbawcza

I już ostatnie, tym razem o medycynie zbawczej, o której w swoim komentarzu do wywiadu z Franciszkiem mówi biskup Grzegorz Ryś. Papież wraca do starej sprawdzonej zasady według której Kościół jest szpitalem, a nie trybunałem. Kościół jest lekarzem a nie sędzią. Nie da się uleczyć ran współczesnego człowieka ustalając prawo i zasady.

Szpital to jest miejsce w którym nikt nikogo nie pyta skąd pochodzi i jakie ma poglądy. Szpital to jest miejsce w którym są ludzie którzy śmierdzą, są brudni i zniszczeni. Lekarz na to nie patrzy. Lekarz bierze narzędzia i pomaga.

Kościół więc nie może być trybunałem i sądem, ale szpitalem, w którym jest miejsce dla wszystkich. Nie będziemy szpitalem i nie będziemy leczyć, jeśli za jedyny i główny cel postawimy sobie polityczne przepychanki i ustalanie prawa. Ewangelia nam wystarczy, tylko musimy w nią uwierzyć.