Archiwa tagu: Ewangelia

Samarytanka, która rozlała wodę [#pierwszeczytanie, część I]

Też tak macie? Wydawało się wam, że Biblię znacie jak własną kieszeń? Że nic was nie zaskoczy? I niespodziewanie nadchodzi taki moment, gdy czytasz, albo słyszysz na mszy fragment (który, gdyby Cię obudzili w środku nocy i kazali recytować, zrobiłbyś to bez zająknięcia) i nagle trach: jedno słowo, jedno zdanie, jedna wrzutka Jezusa do uczniów, i oczom i uszom nie wierzysz. To tu jest takie zdanie? Jakim sposobem, podczas wcześniejszych lektur tego nie zauważyłem?

Czytaj dalej

Mój wymarzony przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

To tylko przypadek, że polscy biskupi zaplanowali wybory swojego przewodniczącego dokładnie dwanaście miesięcy po tym, jak kardynałowie wybrali podczas zeszłorocznego konklawe Jorge Bergoglia na nowego papieża. Prawie każdy, kto ma do czynienia z Kościołem, powie jednak, że w takich sprawach nie ma przypadków.

Czytaj dalej

„Teologia zapachu”. Co czuje papież Franciszek?

Nie pierwszy raz Franciszek odwołuje się do zapachu. Tym razem mówi, że Kościół, który jest zamknięty, śmierdzi stęchlizną. Wcześniej przekonywał, że pasterz musi pachnieć swoimi owcami. Jeszcze wcześniej zwrócił uwagę na dobry węch owczarni, dzięki któremu to stado czasem może pokierować pasterzem.

Lud Boży: Chcemy pasterzy, nie funkcjonariuszy!

Można było dotychczas twierdzić, że zaangażowanie polityczne duchowny i świeckich członków Kościoła Katolickiego w Polsce – nie jest niczym złym. Jesteśmy w końcu „strefą światowych wpływów” i „lobbowanie państwowych ustaw zgodnych z Ewangelią powinno być nie tylko naszym prawem ale i obowiązkiem”. Tymczasem uważna lektura wywiadu z papieżem Franciszkiem takie przekonanie z precyzją obala. Papież – może i nie mówi o tym wprost – ale zwraca uwagę, że „Lud Boży chce pasterzy, a nie funkcjonariuszy i urzędników”.

 Historyczna sprawiedliwość

Weźmy pierwszy przykład z brzegu: lekcje religii w polskich szkołach. Na korzystnych dla Kościoła (niekonieczne dla Ewangelii) zasadach, religia w szkołach jest już ponad 20 lat. Po takim czasie można stanowczo stwierdzić, że walki o utrzymanie religii w szkole wynikają raczej z potrzeby historycznej sprawiedliwości, a nie troski o religijny rozwój uczniów. Podczas gdy borykamy się z dużym problemem i dyskusje o obecności religii w szkole rozgrzewają nie tylko uczniów, ale i katechetów, dziennikarzy, rodziców i nauczycieli, to Episkopat wpadł już na nowy pomysł, by religia była przedmiotem maturalnym.

I znów dziejowa sprawiedliwość jest dla nas bardziej fundamentalna niż rzeczywiste potrzeby głoszenia Ewangelii i doprowadzanie innych do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem.

Episkopat ustami abp. Józefa Michalika – proponując religię na maturze – nie mówi o Ewangelii, o Jezusie Chrystusie i Nowej Ewangelizacji. Jak bowiem inaczej odczytywać słowa abp. Michalika o tym, że „na maturze można zdawać przedmioty uważane często za drugorzędne, chociaż wszystkie są ważne i wpływają na całościową ocenę uczniów. To dlaczego nie można zdawać religii?”. Chodzi Arcybiskupowi nie mnie, nie więcej tylko o to, że inne przedmioty traktowane są z większą estymą niż religia.

Owszem Episkopat mówi też o potrzebie moralnego wychowywania, ale tylko ktoś bardzo naiwny, albo ten, kto dawno już skończył się uczyć w polskiej szkole, będzie twierdził, że „moralność” i rozróżnienie „dobra od zła” da się wypracować przez zdawania tych zasad na maturze.

 Ewangelia wystarczy

Starania o prawo państwowe zgodne z zasadami Ewangelii, jest oznaką braku wiary w Ewangelię. Pisze o tym Jarek Makowskich we wczorajszej Gazecie Wyborczej „Kościół w Polsce wciąż bardziej wierzy w siłę przychylnej dla siebie władzy politycznej niż moc Ewangelii”.

Głoszenie Ewangelii powinno się więc odbywać poza establishmentem i z dala od ministerialnych gabinetów. Nie bez znaczenia są tu słowa papieża Franciszka o wyjściu na peryferie i głoszeniu Ewangelii na ulicy. Tam nie mam politycznych przepychanek i dyplomatycznych krzyków.

 Pasterz nie funkcjonariusz

Co mówi papież w wywiadzie, którego udzielił o. Antonio Spadaro SJ?

– „Kapłani Kościoła muszą być miłosierni, brać odpowiedzialność za osoby, towarzyszyć im jak dobry Samarytanin, który obmywa, czyści i podnosi z ziemi bliźniego. To jest czysta Ewangelia. Bóg jest większy od grzechu. Reformy organizacyjne i strukturalne są wtórne , to znaczy idą w drugiej kolejności. Pierwsza reforma musi odnosić się do postawy. Ci, którzy głoszą Ewangelię, muszą być zdolni rozgrzewać serca ludzi, kroczyć wraz z nimi przez noc, umieć prowadzić dialog, a nawet zstąpić w ich noc, w ich mrok i nie zbłądzić”

Przerażające słowa. „Zstąpić w mrok ludzi i nie zbłądzić!”. Potrzebujemy więc bezpośredniej relacji. Prywatnej korespondencji między duszpasterzem a wiernym. Sama Ewangelia jest już wystarczającym do tego narzędziem. Nie potrzebujemy zmiany prawa, bo nie jesteśmy do tego powołani. Jesteśmy powołani do kontaktu jeden do jednego.

Ale jednocześnie Kościół jest miejscem dla wszystkich. Nie przez przymus, nakaz i obowiązek, ale przez Ewangelię i jej głoszenie. Pisze papież: „Kościół to dom wszystkich, a nie jakaś niewielka kapliczka, która może pomieścić jedynie pewną grupę ludzi wyselekcjonowanych. Nie możemy zredukować Kościoła do ochronnego parasola dla naszej małostkowości”.

Przerażające słowa, bo Ewangelia nie uczy potępienia, a my nierzadko wyłącznie na osądzaniu budujemy swoją tożsamość. Patrzymy na kogoś poza Kościołem i nie widzimy w nim człowieka, tylko jego grzech i odejście od Jezusa. Nie wchodzimy w nim rozmowę, nie interesujemy się nim, jesteśmy egoistyczni, bo dbamy wyłącznie o swoje zbawienie. Mówimy „albo bierzesz nasze zasady i jesteś członkiem naszego klubu (Kościoła), albo idź stąd i nie zawracaj nam głowy”. Bo – „Figa!”, „Poza Kościołem nie ma zbawienia”.

 Pielgrzymować z, a nie do

Papież proponuje nam pielgrzymkę. Musimy wyjść na peryferie. Dotychczas żyliśmy w przekonaniu, że naszym zadaniem jest pielgrzymować do świata. Tymczasem papież mówi: „Zamiast być tylko Kościołem, który zaprasza i przyjmuje w swoje otwarte drzwi, starajmy się być Kościołem znajdującym nowe drogi, zdolnym wyjść z siebie ku tym, którzy go nie nawiedzają, odeszli, albo są obojętni. Niekiedy ludzie odchodzą z powodów, które jeśli je dobrze pojąć i oszacować, mogą doprowadzić do powrotu. Ale potrzebna jest śmiałość i odwaga”.

Mamy więc przestać pielgrzymować do świata, ale zacząć pielgrzymować ze światem.

 Medycyna zbawcza

I już ostatnie, tym razem o medycynie zbawczej, o której w swoim komentarzu do wywiadu z Franciszkiem mówi biskup Grzegorz Ryś. Papież wraca do starej sprawdzonej zasady według której Kościół jest szpitalem, a nie trybunałem. Kościół jest lekarzem a nie sędzią. Nie da się uleczyć ran współczesnego człowieka ustalając prawo i zasady.

Szpital to jest miejsce w którym nikt nikogo nie pyta skąd pochodzi i jakie ma poglądy. Szpital to jest miejsce w którym są ludzie którzy śmierdzą, są brudni i zniszczeni. Lekarz na to nie patrzy. Lekarz bierze narzędzia i pomaga.

Kościół więc nie może być trybunałem i sądem, ale szpitalem, w którym jest miejsce dla wszystkich. Nie będziemy szpitalem i nie będziemy leczyć, jeśli za jedyny i główny cel postawimy sobie polityczne przepychanki i ustalanie prawa. Ewangelia nam wystarczy, tylko musimy w nią uwierzyć.

„Budzenie Olbrzyma”, czyli świeckie zaangażowanie.

Podczas gdy warszawski kongres Nowej Ewangelizacji trwa pod hasłem „Obudź olbrzyma”, w jednej z krakowskich parafii kościół ciągle jest dla księży, a my wierni chyba wyłącznie ich dodatkiem.

Ewa Kiedio słusznie zwróciła uwagę na nietypowe ogłoszenie wywieszone na drzwiach zakrystii Kościoła w Nowym Sączu. Na białej kartce, ktoś napisał: „Zakrystia – wstęp tylko dla księży i służby liturgicznej”.

Ewa nie wdała się w długie wywody na temat niezręczności tego rozporządzenia. -„Jako materiał ilustrujący życie parafialne, obecność w nim osób świeckich i przenikanie się ich świata ze świtem duchownych załączam zdjęcie z jednej z parafii w Nowym Sączu. Za budzenie olbrzyma tym bardziej trzymam kciuki” – pisała Ewa na Dywizie.

Oczywiście Jezuita Grzesiek Kramer od razu sprawę sprostował, wyjaśniając okoliczności pojawienia się ogłoszenia. I pisze Grzesiek: – Nie wiem, jak jest dziś, ale wtedy do kościoła chodziło 110% ludzi! Stali wszędzie na dworze, w środku, i w zakrystii właśnie, która jest maciupeńka. Nie muszę mówić, jak wygląda uczestnictwo w Eucharystii w takim miejscu. Jeden z proboszczów w końcu sprawę uporządkował. I tyle. Parafia ma się dobrze, żyje, jest w niej mnóstwo grup, od dzieci do ludzi starszych i średnie pokolenie(…). Więc proszę nie wyciągać z tej tabliczki pochopnych wniosków”.

Konfesjonał miasta

I to cudowne, że narzędzie do zwracania uwagi na obecność świeckich w Kościele, ma szansę przerodzić się we wzór do naśladowania. Bo w końcu rzadko która parafia ma szansę poszczycić się frekwencją porównywalną z nowosądecką. Skądinąd o wspominanej parafii krążą legendy, że to „konfesjonał miasta”, podobno ludzie tam jeżdżą na mszę nawet z Krakowa.

To dobry wzór. Ale też nie ma się co dziwić, skoro w parafii pracują Jezuici to zainteresowanie tym miejscem nie powinno zastanawiać. Od kogo jak od kogo, ale od Jezuitów i Dominikanów, księża diecezjalni powinni uczyć się najwięcej.

Ja jednak chciałem dziś o czymś innym, ale ciągle pozostając wokół „budzenia olbrzyma” i – jak pisała Ewa – przenikania się świata świeckich ze światem duchownych.

Proszę wrócić do ławki!

W sobotę o godzinie 17.30 modliłem się podczas mszy w jednej z mniejszych krakowskich parafii. Staram się robić tak, by co sobota wybierać inny kościół – przede wszystkim taki w którym pracują księża diecezjalni. Coniedzielna msza u Dominikanów może uśpić czujność i sprawić, że myślenie o Kościele w Polsce będzie wyidealizowane.

Więc proszę sobie wyobrazić sobotnią mszę o godzinie 17.30. Jak to w sobotę ruch w kościele mniejszy. W ławkach większość pań. W sumie było nas – wiernych – ze 20 osób.

Mszę celebrował młody chłopaka. Gdy punktualnie stanął przed ołtarzem, okazało się, że jest sam. Nie towarzyszył mu żaden ministrant, nie było chyba nawet kościelnego i organisty.

Gdy nadszedł czas czytań, wszedłem do prezbiterium i stojąc przy ambonie szepnąłem księdzu, że przeczytam czytanie.

– Proszę wrócić do ławki, albo wyjść z Kościoła – odparował stanowczo ksiądz. Dodał po chwili, że czytanie, to nie jest moje zadania.

Pokornie wróciłem więc do ławki. Ksiądz sam przeczytał czytanie. Również sam odczytał psalm, sam przeczytał modlitwę powszechną, sam przyniósł sobie do ołtarza ampułki z wodą i winem. Pewnie gdyby miał więcej rąk również sam uderzył by w gong podczas podniesienia.

Rozumiem jego obawy. Nie miałem zamiaru – ani go rozdrażnić, ani sprowokować. Pewnie – gdybym wiedział, że będzie sam celebrował mszę – wszedłbym wcześniej do zakrystii (oczywiście, gdyby nie było informacji, że wstęp do niej jest wyłącznie dla księży) – zapytałbym, czy nie potrzebuje pomocy.

Czy jesteśmy gorsi?

Budzenie olbrzyma może być więc przede wszystkim zacieraniem się różnicy między prezbiterium a miejscem dla ludu wiernych. Rozumiem, że mogą mnie tu zganić tradycjonaliści liturgiczni.

Nie chcę myśleć, że w Kościele najważniejsi są księża. Skąd się bierze przekonanie w Polsce o klerykalizmie? Ano stąd, że my – świeccy – się nie angażujemy. Nie chodzi o zaangażowanie w pisanie ciekawych religijnych tekstów. Nie chodzi o pisanie przez świeckich katolickich książek. Uważam, że my – świeccy – jesteśmy członkami Kościoła. Mamy prawo do stawania blisko ołtarza.

Czy ksiądz, który odmówił mi przeczytania Biblii podczas mszy, mi nie ufa? Sądzi, że nie potrafię tego zrobić?! O co chodzi?

Jak przypuszczam w „budzeniu olbrzyma” czyli „rozruszaniu parafii” chodzi głównie o to, by zatrzeć różnicę między świeckim a księdzem. My – świeccy – chceby być uczestnikami Kościoła, chcemy brać za Kościół odpowiedzialność i modlić się za głoszenie Ewangelii.