Archiwa tagu: bieda

Bezinteresowność

Jest taka jedna krakowska biedaczka. Mała kobieta. Niskiego wzrostu. Spotkacie ją albo przy jezuitach na Małym Rynku, albo w okolicach Bagateli. Zagai do was cichutko. Szeptem. Jestem niemal pewien, że każdy, kto przechodzi codziennie w tych okolicach, był przez nią zaczepiony.
Dotychczas przechodziłem obok niej obojętnie.
Bo ona taka cicha, taka nieporadna, tak zagaja od niechcenia – myślałem – to niech się przynajmniej postara. Niech się odważy głośniej zagadać.
Niedawno, wracając wieczorem z redakcji znów się nawinęła. Już wchodziłem do tramwaju, gdy patrzę nagle, idzie.
Cofam się. Podchodzi. „Czy pan nie miałby dwa złote?”.
Poszliśmy na pierogi do „Bar smak” na Karmelickiej.

No więc niepokojąca biedaczka to Krystyna. Właśnie niedawno zmarł jej bliski mężczyzna. Ma mieszkanie. Ma się gdzie kąpać. I ona te pierogi tak grzecznie je. Tak z pełną kurtuazją. Jakby jadła łososia z guacamole.
I się okazuje, że Krystyna była skrzypaczką. Podobno dobrze się zapowiadającą. Odmroziła palce gdzieś w górach. Kariera jebnęła o ziemię.
I jadała te łososie z guacamole. I nagle jeść je przestała. Je pierogi co łaska. Żebrze.

520d24e33f3b5569d559a5b779ed8ac1,640,0,0,0

Myślę sobie, bezinteresowność to polega nie tylko na tym, że nie oczekujemy kasy za to, że komuś pomożemy.
Bezinteresowność polega przede wszystkim na tym, że nie programujemy ludzi, którym pomagamy.
Bezinteresowność w pewnym sensie zwalnia nas z myślenia o zbawianiu całego świata.
Pomagam, daję biedakowi pieniądze, idziemy coś zjeść – a co się później stanie, to już przyszłość.
Całe ryzyko polega na tym, że nie uzależniamy ich od siebie. Nie mówimy: „dam ci, ale ty teraz masz żyć tak jak ja, lubić tych co ja, i w ogóle to całować mnie za to po rękach”.
To raczej niewolnictwo a nie charytatywność.

Dawaj, a nie oczekuj wdzięczność.

Współczuć

Owszem, idąc na pierogi ruskie z biedakiem poznanym na ulicy Grodzkiej w Krakowie, nie zmieniamy całego systemu pomocy. Nie pozbędziemy się biedy. Zaspokoimy głód jednej osoby. I to chyba ma już sens.

Fot. Ariff Tajuddin / flickr.com

Fot. Ariff Tajuddin / flickr.com

Napisałem niedawno na swoim Facebooku, że dostałem całkiem drogą miejscówkę na bal charytatywny, „z którego cały dochód zostanie przeznaczony na..” itd., itd.
A że rozkminiam w tematyce od kilku lat, to jak przystało na prawdziwego Polaka Katolika zacząłem się zastanawiać czy mi wypada.
I po lekturze Ewangelii i kilku innych jeszcze mądrych książek doszedłem do wniosku, że jednak mi nie wypada. Ale nie wypada mi, a nie, że każdemu nie wypada.
No więc nie chcę być dobroczynny. Bo widzę różnicę między dobroczynnością i solidarnością.
Dobroczynni są bogaci ludzie pijący drogie drinki i licytujący drogie obrazy na balach charytatywnych. I chwała im za to, i spoko.
Ale są też ludzie biedni, którzy z biedakami piją herbatę. I oni są solidarni. Dobroczynni chodzą na bale charytatywne dla bogatych. Solidarni natomiast organizują takie bale razem z biedakami i dla biedaków. I wszyscy pewnie się dobrze bawią.
Dobroczynność może być jednak trochę niebezpieczna, bo można patrzeć z wyższością, a solidarność jest bezpieczna, bo jest schodzeniem na dół. Uczę się więc raczej solidarności niż dobroczynności.

Weryfikuję niemal codziennie swoje poglądy na temat niesienia ludziom pomocy. Za każdym razem, gdy mijam na krakowskich ulicach biedaków, zagadujemy, czasem coś razem zjemy, a czasem tylko pogadamy, że generalnie jest źle, a żyć trzeba.
Wiem doskonale, że różnie ludzie patrzą na niesienie innym pomocy. Jedni w kategoriach dobroczynności, inni w kategoriach solidarności. Nie chcę przez to powiedzieć, że jedno pomaganie ma sens, a drugie nie.

To się jednak wiąże z kolejnymi wątpliwościami, które pojawiają się z biegiem czasu.

Piotrek Żyłka zapytał mnie dziś podczas obiadu, czy żyjąc z biedakami, pamiętając o ich radzeniu sobie z życiem, jesteśmy tak naprawdę wiarygodni. Bo przecież mieszkamy w całkiem dobrych lokalizacjach, na 50 metrach kwadratowych, i jemy czasem drogie jedzenie. Wiemy, po mieszkaniu przez kilka tygodni u s. Chmielewskiej, że solidarność w biedzie musi polegać przede wszystkim na współodczuwaniu.
Współczucie – którym staramy się kierować – jest tak naprawdę wspólnym czuciem. A wspólnie czuć można tylko wtedy, gdy doświadcza się tego samego. Czy zatem w życiu chodzi o to, żeby samemu nie mieć? Bo przecież nie mając, doskonalimy się we współczuciu, czyli wspólnym odczuwaniu problemów.

Nie mam odpowiedzi na to pytanie.

Jest jeszcze jeden szalenie ważny moment w całej tej układance pomocowej.
Janka Ochojska, której Polska Akcja Humanitarna buduje studnie, na przykład w Sudanie, nie patrzy na problemy ludzi w sposób indywidualny. Widzi jakby całą wioskę, która nie ma wody. Problemy tych ludzi rozwiązuje więc globalnie. Nie skupia się na indywidualnym człowieku, który akurat nie ma co jeść. Skupia się na zwalczeniu problemu (wybudowaniu studni dla całej wsi), a nie zaspokojeniu potrzeb konkretnej osoby. To pomaganie ma taki sam sens jak nasze codziennie gesty pomocy indywidualnym osobom.
Owszem, idąc na pierogi ruskie z biedakiem poznanym na ulicy Grodzkiej w Krakowie, nie zmieniamy całego systemu pomocy. Nie pozbędziemy się biedy. Ale zaspokoimy głód jednej osoby. I dzięki temu będziemy mogli spać spokojniej, wiedząc, że przynajmniej ta jedna osoba nie pójdzie dziś spać głodna.

Biedak kopie w drzwi bogacza

Wybieramy sobie biednych, którym niesiemy pomoc. Stawiamy biedakom wymagania, ale nie takie, które stwarzają im szansę na lepsze życie, stawiamy im wymagania, bo sami chcemy się poczuć lepsi od nich.

Faithfuls prays on their knees at St Peter's square ahead of a conclave on March 12, 2013 at the Vatican. Cardinals moved into the Vatican today as the suspense mounted ahead of a secret papal election with no clear frontrunner to steer the Catholic world through troubled waters after Benedict XVI's historic resignation. The 115 cardinal electors who pick the next leader of 1.2 billion Catholics in a conclave in the Sistine Chapel will live inside the Vatican walls completely cut off from the outside world until they have made their choice. AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

„Dobra bieda” ma się uniżać, błagać, płakać. „Dobra bieda” ma się wstydzić. „Dobra bieda” to pojęcie wykreowane przez bogatych i zadowolonych. Łatwo nasiąkamy tym myśleniem. Także w Kościele. Myli nam się dobroczynność z solidarnością. Ks. Marek Gancarczyk, redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego” pisał kiedyś o przyjmowaniu uchodźców z Syrii tak: „Biedni nie powinni wymuszać pomocy siłą, a tak się dzieje, gdy na przykład nielegalne forsują taką czy inną granicę. Mamy tu do czynienia z pytaniem, czy biedny ma prawo kopać w drzwi bogatego, gdy ten nie chce ich otworzyć?”.

To poczucie wyższości nad biedakiem jest zgubne. Zastanawiam się czy „kopanie w drzwi bogatego” powinno rzeczywiście budzić w nas – chrześcijanach – oburzenie i niesmak. Może lepiej to „kopanie biedaków w drzwi bogatych” uznać za potrząsanie naszym sumieniem? Może dźwięk tych uderzeń biedaka w nasze drzwi powinien nas poruszać do działania, wybijać z poczucia wygody, i prowokować do podjęcia decyzji o wyjściu z komfortu.

Bogaci ludzie myślą, że im się powiodło. Że zdobyli swoje skarby ciężką pracą.

Skoro mi się powiodło – myśli taki bogaty – mogę wymagać. Od kogo jednak wymaga? Nie, nie od siebie. Wymaga od biednych.

Mówią sobie pewnie: „My jesteśmy bogaci, możemy wam coś skapnąć z naszego bogactwa, ale tylko wtedy, gdy będziecie pokorni, uniżycie się, przeprosicie, że istniejecie – wtedy my, dobroczynni, zapracowani, pewni siebie – damy wam jeść i otworzymy wam nasze domy – gdybyście przypadkiem uciekali przed prześladowaniem”.

„Zła bieda” jest „biedą Muzułmanina”. „Zła bieda” jest roszczeniowa. Niezadowolona. Ta bieda ma pretensje. „Zły biedny” ma w kieszeni telefon komórkowy. („Mają telefony komórkowe a kobiety mają pomalowane paznokcie – to co to za bieda!”). Myślę – za Janką Ochojską – że ta bieda przede wszystkim potrzebuje godności. Zrozumienia i wyrozumiałości.

Szymon Hołownia pisał w „Tygodniku Powszechnym”: „Nic z tego, co dostaliśmy i zrobiliśmy, nie jest nasza zasługą. Czy naszą zasługą jest to, że urodziliśmy się w miejscu, gdzie mogliśmy wszystko osiągnąć?”

S. Małgorzata Chmielewska​ mówi: „Pan zaciągnął dług. Z punku widzenia chrześcijańskiego ma pan jakieś zadanie do wykonania. Dług, który trzeba spłacić. Bo to nie pan o tym decydował. Pan to dostał. Więc jeśli ktoś dostał więcej, to znaczy, że od niego trzeba wymagać więcej.”

A Łukasz Ewangelista dodaje: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą.” (Łk 12,48)

Dlatego trzeba pomagać. Właśnie dlatego. Nawet tym, którzy są brudni, leniwi i śmierdzą.

Pamiętasz, kiedy ostatni raz byłeś głodny?

Po mieście trzeba chodzi z uwagą. Miasto ma swoich właścicieli – biedaków.

12592470_10207648970816756_8946098979031016965_n

Artur, syn s. Chmielewskiej, wprowadził się właśnie do nowego domu. Dużego. Kilka razy większego niż ten, w który mieszkali wcześniej. Chodzi po tym domu trochę zagubiony. Bada teren. Odkrywa zakamarki z przygodą w oczach. Z pokoi zabiera fanty. Książki. Zapalniczki.

Zawłaszcza rzeczy i je chowa. Potrzebuje mieć coś swojego. Bo zasadniczo, gdy się spojrzy na Artura, to okaże się, że On nie ma nic. Nic swojego.

Artur, gdy zabierze coś do kieszeni, jeszcze długo będzie przychodził, pokazywał tę rzecz, i upewniając samego siebie mówił głośno: „To Artura”.

Siadając do kolacji, wszystko, co zebrał w ciągu dnia, wykłada na stół. Poruszając nad tymi rzeczami ręką w geście uspokojenia powtarza: „To Artura”. I, mimo że w nowym domu mieszka już ponad dwa tygodnie, mówi do swojej mamy: „To Artura. Zabierzemy do domu”.

Nie wie jeszcze, że to miejsce, w którym się budzi, jest jego nowym domem.

***

Wydaje nam się, że każdy z nas coś ma.

Ja mam rzeczy. Wydaje mi się, że je mam. Telefon. Komputer. Kilka książek.

Gdy kupuję rzeczy, wydaje mi się, że stają się moje. Kupuję je za pieniądze. Nie moje.

Pieniądze, które mam na koncie, zanim na nie wpłyną, nie są moimi pieniędzmi. Ktoś mi je dał.

Człowiek, który dzwoni do mnie z banku oferując pożyczkę, po kilku kliknięciach myszką może wejść na moje konto. Ma czasem do tego konta lepszy dostęp niż ja.

Ma dostęp do (nie)mojego konta z (nie)moimi pieniędzmi, za które mogę kupić (nie)moje rzeczy.

Przede wszystkim natomiast wydaje mi się, że mam mieszkanie. Nie jest oczywiście moje. Rynek i kapitalizm nazwał to „wynajmowaniem”. Wynajmuję mieszkanie. Wracam do niego. Urządzam się w nim. Ale jestem tu tylko na chwilę. Na moment. Zagospodarowuję przestrzeń. Decyduję, co gdzie będzie stało. Zapamiętuję, co gdzie położyłem. Oswoiłem mieszkanie tylko na moment. Wynająłem. Tak zresztą jak „wynajmuję” wszystko, co dla oszukania samego siebie nazywam „moim”. Religijne sprawę ujmując, „wynajmuję” też życie. I chyba o to chodzi, gdy w Kościele mówią nam, że na ziemi jesteśmy tylko na chwilę. Że po życiu coś jeszcze jest. Jak w Psalmie 49:

„Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim”.

***

Uświadamiam sobie ostatnio sprawy oczywiste. Uczę się tych prostych rzeczy od biedaków.

Andrzej jest bezdomny. Poznałem go w drugim, albo trzecim dniu tego roku. Kiedy jeszcze parował we mnie pity w sylwestra alkohol. Andrzej grzał się w przejściu podziemnym obok dworca.
Dałem mu czapkę.
W niedzielę poszliśmy razem zjeść obiad.
I Andrzej, jedząc pierogi ruskie, postawił proste w sumie pytanie, które jednak wgniotło mnie w krzesło:

– Pamiętasz kiedy ostatni raz byłeś głodny?

I uświadomiłem sobie, że ja, cholera jasna, tak naprawdę to nigdy nie byłem głodny.
Nigdy nie byłem głodny.

Andrzej nauczył mnie też, że jestem w mieście gościem. Jego gościem.

Tak jak mi się wydaje, że mieszkanie, w którym się budzę, jest moje, tak też Andrzejowi – bezdomnemu biedakowi – wydaje się, że miasto, w którym się budzi, jest jego.

Andrzej traktuje miasto jak dom. Wie, o której godzinie dostanie jedzenie od Kapucynów na ul. Smoleńsk. Wie, o której godzinie i gdzie najlepiej położyć się spać – gdzie będzie ciepło i nikt go nie przegoni. Wie, gdzie może się umyć za darmo. Wie, gdzie sprzedadzą mu wódkę za półdarmo.

***

Po mieście trzeba więc chodzić czujnie. Żeby nie nadepnąć na miejsca ważne dla biedaków. Zostawić im tę przestrzeń. Pozwolić na zagospodarowanie.

I trzeba się też dzielić. Bo w sumie nic nie jest nasze. A skoro nie jest nasze, dostaliśmy, wynajmujemy, to nie możemy stawać się więźniami tych rzeczy.

Rzeczy, które wydaje się nam, że mamy, są tak samo nasze, jak każdego biedaka, którego spotykamy na ulicy.

 

Psalm 49.:

Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim.
I chociaż w życiu sobie pochlebia:
„Będą cię sławić, że dobrześ się urządził”,
musi iść do pokolenia swych przodków,
Do tych, co na wieki nie zobaczą światła.
Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia,
przyrównany jest do bydląt, które giną.

fot: Piotrek Żyłka.

Nie upupiajmy miłosierdzia

Nie chodzi o lewicę, prawicę, komunizm, socjalizm czy nacjonalizm. Każda systemowa legitymacja chrześcijaństwa jest zacieraniem tego, co w tej wierze jest najważniejsze. A najważniejszy jest Jezus Chrystus schowany gdzieś w każdym człowieku.

12637358_10207654380952006_2045713411_o
Organizatorzy Światowych Dni Młodzieży nie mają łatwego zadania. Zrobić z archaicznego, niemodnego słowa „miłosierdzie” oryginalną propozycję dla młodzieży z całego świata, to nie jest prosta sprawa.

Zwłaszcza że w Kościele w Polsce nic tak nie zagrzewa publicystów i części katolików do walki, jak spór między sprawiedliwością a miłosierdziem. Nic tak nie pasjonuje, jak zastanawianie się, czy Bóg jest „sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, czy raczej jest „Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata”.

Siostra Chmielewska, u której właśnie mieszkam, i od której uczę się niesienia pomocy, o Zochcinie, Nagorzycach, Jankowicach mówi: biedaholding.

Rozsypane po świętokrzyskich wioskach domy dla biedaków to małe przedsiębiorstwa, w których – rzecz jasna – nie chodzi o zarabianie pieniędzy, tylko o niesienie ludziom pomocy.

W tej republice biedaków nic by się nie udało, nie wyciągnięto by nikogo z biedy, nie dodano by nikomu godności, gdyby nie dawało się ludziom szansy. Drugiej szansy. Piątej szansy. Każdej kolejnej szansy.

Gdyby patrzeć na każdego biedaka wyłącznie z perspektywy grzechów które popełnia, odbierając mu jednocześnie możliwość udowodnienia zmiany w życiu, wszyscy by przepadli.

Do biedaholdingu wrócił niedawno tutejszy włóczęga. Facet trafił tu pierwszy raz kilka lat temu. W Zochcinie stanął na nogi. Pomieszkał chwilę, po czym zniknął. Historia pojawiania się i znikania powtarzała się wielokrotnie.

Ostatnio wrócił przemoknięty, zmarznięty, po kolejnym ciągu alkoholowym. Tak po ludzku może człowieka szlag trafić. Na usta od razu cisną się słowa: „a nie mówiłem!”. Albo: „skoro jesteś taki mądry, wydaje ci się, że dasz sobie radę sam, to my cię tu nie trzymamy”.

I można tak oczywiście powiedzieć. I są tacy, którzy tak mówią. Tylko że tu się tak nie mówi. Tu się wie, że jak za oknem pizga i jest minus 10 stopni, to nawet najbardziej irytujący biedak musi znaleźć dla siebie miejsce. Dostać kawę i papierosy.

Najbardziej pokiereszowany, zniszczony grzechem człowiek w republice biedaków znajdzie swoje miejsce.

Po pierwsze dlatego, że wierzymy tu, że w każdym z tych biedaków siedzi Jezus Chrystus.

Po drugie dlatego, że zwykła ludzka przyzwoitość nie pozwala na zamknięcie drzwi przed takim biedakiem.

Po trzecie dlatego, że chrześcijaństwo którym się kierujemy, tym się różni od wymienionych na początku systemów, że ono właśnie nie jest systemem.

Każdy system – prędzej czy później – wykluczy. Każdy system wyrzuca kogoś na margines. A chrześcijaństwo – to fundamentalne – samo w sobie jest marginesem. Chrześcijaństwo jest marginesem dla marginesu. Nie wyklucza.

Dlatego ci wszyscy ludzie, którzy w niesieniu pomocy kierują się przyzwoitością i chrześcijaństwem mogą przypominać trochę frajerów.

Frajerstwem jest niezamykanie klatek schodowych, w których grzejniki mogą dać chwilę wytchnienia bezdomnym. Takim samym frajerem jest ksiądz, który włącza na noc ogrzewanie w kościele i otwiera jego drzwi. Frajerstwem jest – o czym pisał niedawno w świetnym wpisie Konrad Kruczkowski – zostawianie w biletomatach reszty – 20 groszy, które nam się mogą nie przydać, a dla biedaka mogą zamienić się w bułkę na śniadanie.

Frajerstwem jest też zostawianie jedzenia w galeriach handlowych na stole. Nie, nie po to, żeby zmęczone sprzątaczki same je sprzątnęły.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile osób może najeść się resztkami po was. Nie widzicie biedaków w galeriach handlowych tylko dlatego, że doszli już do perfekcji w unikaniu konfrontacji z tamtejszymi ochroniarzami. Ale oni tam są i modlą się, żebyście nie zjedli wszystkiego i nie wyrzucili tych resztek do śmietnika.

Pisałem niedawno w „Tygodniku Powszechnym”, że przed Światowymi Dniami Młodzieży mamy szansę na „ekologiczne nawrócenie”, o które apeluje Franciszek. Ale mamy też szansę stać się frajerami, którzy niosą drugiemu człowiekowi pomoc.

Stąd – z biedaholdingu – można dojść do prostego wniosku.

Spór o sprawiedliwość i miłosierdzie, który toczy się gdzieś w katolickich internetach nie dociera do istoty sprawy.

Sprawiedliwość w miłosierdziu polega tylko na tym, żeby równo dzielić po ludziach miłosierdzie.
A to jest cholernie trudne. Zapomnieć o sobie i dać komuś innemu. Sprawiedliwie – dla wszystkich i po równo – dzielić się miłosierdziem.

To jest ten radykalizm miłosierdzia, którego często nie dostrzegają fani Bożej Sprawiedliwości.

Problemy księdza Jacka Stryczka

Pomaganie nie musi polegać na pouczaniu. Nie każdy jest tak zaradny jak ksiądz Stryczek, nie każdy jest tak przedsiębiorczy. Zmiana myślenia ludzi, którzy potrzebują pomocy, to tylko jeden z etapów wyciągania ich z biedy.

stryczek
Ks. Stryczek w energicznym i emocjonalnym filmiku zamieszczonym w serwisie YouTube opowiada dlaczego pomaga. W swojej książce, w cotygodniowych felietonach w Gościu Niedzielnym albo wywiadzie z Tomaszem Kwaśniewskim w Dużym Formacie często używa słów takich jak „zaradność”, „pracowitość”, „inicjatywa”, „potencjał” „przedsiębiorczość”, „branie spraw w swoje ręce”. W tego typu „słowach kluczach” szuka recepty na zaradzenie problemom ludzi ubogich, bezdomnych, bezrobotnych. Przekaz ks. Stryczka brzmi tak: „bieda jest w głowie. Zdarza się, że są dobrzy i źli biedni. Tym drugim nie należy pomagać. Każdy może wyjść z biedy, wystarczy być pracowitym i wyjść z inicjatywą”.


Z samego wywiadu dla Dużego Formatu można wypisać kilka diagnoz ks. Stryczka. W mojej ocenie cokolwiek powierzchownych i krzywdzących:

„Nie mam pojęcia, dlaczego dzielenie się miałoby być właściwe. Przecież każdy podpisuje umowę o pracę i w tym momencie ustala warunki wynagrodzenia. A jak mu to nie odpowiada, to zawsze może odejść”.

„Dla mnie to wcale nie jest takie oczywiste, że dawanie, rozdawanie, jest najlepszym sposobem na zagospodarowanie nadwyżki. No bo kiedy nasz świat jest lepszy? Wtedy, kiedy wszyscy mają tyle samo, czy też kiedy wszyscy są zaradni? Uważam, że nasz kraj byłby dużo lepszy, gdyby wszyscy byli zaradni i potrafili zarabiać. To jest dla mnie idea lepszego świata”.

W jaki sposób ks. Stryczek radzi sobie z biedą? Niech odpowiedzią będzie przytoczona przez niego historia:

„Pamiętam spotkanie z pewną kobietą, która pracowała w ten sposób, że żebrała. Dzwoniła po wszystkich domofonach na plebanii, akurat ja wyszedłem, i ona mówi, że potrzebuje pieniędzy. Bo jest głodna, i ona, i dzieci. A ja mówię, że nie daję.

„Jak to?”.

„Po prostu”.

„Ale ty przecież jesteś księdzem!”.

„No właśnie dlatego, że jestem księdzem, to nie daję. Bo wiem, jak to działa. Dlaczego ja mam panią utrzymywać?

Pani jest młoda, powinna iść do pracy i pracować. Ja mam pracować, żeby pani nie musiała pracować? Dlaczego pani mnie szantażuje?”.

Trudno co prawda wskazać klarowną wizję prezentowaną przez ks. Stryczka. Bo – choćby w samym filmie – pojawia się szereg przekonujących argumentów („bieda wynika z barier społecznych i braku równowagi”), to jednak przemieszane są one z tezami, które ciężko zrozumieć.

1.
Zanim znajdzie się receptę na eliminację biedy, trzeba postawić pytanie o jej źródła. Niewiele osób stawia sobie to pytanie. Oscar Romero miał powiedzieć kiedyś: „gdy daję ubogim chleb, nazywają mnie świętym, gdy pytam dlaczego tego chleba nie mają, nazywają mnie komunistą”. Ks. Stryczek, gdy kończą mu się argumenty, odnosi się do „katomarksizmu” – podkreślając, że interpretacja świata przedstawiona przez Marksa i lewicujących teologów jest z gruntu niewłaściwa. Czasem można mieć nawet wrażenie, że w tezach głoszonych przez ks. Stryczka wcale nie chodzi o zrozumienie istoty biedy, ale o samą walkę z marksizmem.
Ks. Stryczek o źródła biedy pyta. Znalazł na to pytanie odpowiedź. Problem w tym, że to odpowiedź niewystarczająca, krzywdząca, nieprawdziwa.

Źródła biedy mogą leżeć w konkretnym biedaku, który jest niezaradny, leniwy, pozbawiony ambicji i chęci walki o sukces. Tak chce na to patrzeć ks. Stryczek.

Z drugiej strony jest system – zatrudnienia, edukacji, relacji międzyludzkich – który tworzymy jako społeczeństwo. Zatem bieda może również wynikać z wykluczenia, braku równości, źle działającego systemu, który eliminuje tych, którzy nie żyją zgodnie z wartościami jakie ten system ceni. Nie jest więc tylko – jak to sugeruje ks. Stryczek – że za ubóstwo odpowiada niezaradności biednych.

Dla ks. Stryczka ważny są podział na biednych i bogatych, silnych i słabych. Wymiana między światem biednych i bogatych biegnie – w wizji ks. Stryczka – tylko w jedną stronę. Biedny ma uczyć się od bogatego – pracowitości, zaradności, innowacyjności – wartości cenionych przez system – system, dodajmy, stworzony raczej przez silnych niż słabych. Zatem – bogaty ks. Stryczek mówi: Gdy biedny będzie taki sam jak ja, to świat będzie piękniejszy.

Zasada wymiany skierowana w drugą stronę w wizji ks. Stryczka nie istnieje. Świadczyć o tym może choćby żartobliwe i powiedziane z przekąsem zdanie w filmie: „Gdy już stanę na tej górze – mogę powiedzieć do każdego – Ty też możesz się podnieść”.

Po pierwsze więc założenie jest błędne. Bo wymiana powinna działać w dwie strony. I bogaty może uczyć się od biednego. I biedny od bogatego. Tego chce świadoma i ideowa lewica postulując np. przestrzeń wspólną w miastach. Im więcej miejsc, gdzie przenikają się różne grupy społeczne, tym większe zrozumienie siebie nawzajem. Im łatwiej tworzyć nam getta bogatych (osiedla strzeżona) i getta ubóstwa (blokowiska, bloki socjalne) – tym trudniej o wspólnotę i współpracę – choćby na rzecz tworzenia lepszego systemu.

Po drugie różnica polega na tym, że silni – tacy jak ks. Stryczek – potrafią wpływać na system, modernizować go, naprawiać i tworzyć. To silni i bogaci podporządkowują sobie system. Od silnych i bogatych zależy jak ten system wygląda. Słabi – biedni – takich możliwości nie mają.
Propozycja ks. Stryczka do biednych – stańcie się tacy jak bogaci, znaczy tyle co: stworzyliśmy system. System działa na naszych zasadach. Przyjmijcie nasze zasady, wejdźcie w obieg systemu. W którym liczy się zysk, konkurencyjność i produkcja, a miej liczy się solidarność, równowaga i twórczość.

2.
W wywiadzie w Dużym Formacie ks. Stryczek sam zwraca uwagę, że należy pamiętać iż każdy z ludzi jest inny. „Mamy nawet inne żołądki” – mówi ks. Stryczek. Niestety z tej przesłanki nie wyciąga oczywistego wniosku, że skoro każdy z nas jest różny, to też nie każdy może być pracowity, zaradny, konkurencyjny.

Na jednym z obrazków krążących w internecie widziałem taką scenę. Trwa egzamin w dżungli. Za stołem siedzi zwierzę-egzaminator. Przed stołem zwierzęta-uczniowie – wśród nich: słoń, małpa, sowa, wąż itd. Dołem zdjęcia podpis: „w związku z tym, że nasza szkoła jest sprawiedliwa i stawia na równość, każde ze zwierząt będzie musiało zaliczyć jedno i to samo zadanie egzaminacyjne. – Waszym zadaniem jest wspiąć się na drzewo”.

Takiego rodzaju „równości” i „sprawiedliwości” – zdaje się – oczekuje ks. Stryczek.
Dlaczego to nie może działać i dlaczego to nie jest sprawiedliwe? Bo – przepraszam – słoń nie da rady wspiąć się na drzewo, na które z powodzeniem wspina się małpa.

Rodzimy się w różnych domach. W różnych środowiskach. Z różnymi cechami i umiejętnościami. Nie można więc nakładać na każdego takich samych zadań i mieć takie same oczekiwania. Teza że każdy może być zaradny jest powierzchowna, bo nie pamięta o biedzie dziedziczonej z pokolenia na pokolenie, o biedzie strukturalnej, kulturze biedy itd.

Zapytałem kiedyś siostrę Chmielewską, dlaczego ja w zasadzie mam pomagać innym. Odpowiedź jest oczywista. I jest doskonałą odpowiedzią na tezy głoszone przez ks. Stryczka: – Nikt panu tego nie każe – mówi s. Chmielewska. – Przede wszystkim to naprawdę nie jest pana zasługą, że siedzi przede mną młody facet, któremu się w życiu powiodło, ma zdrową główkę, dwie rączki i nóżki. Teraz niech się pan porówna do faceta, który siedzi tu, obok, mieszka ze mną od lat. Nazywa się Artur. Jest niepełnosprawnym autystykiem z ciężką padaczką. Urodził się w nieodpowiednim miejscu. To nie jest pana zasługa, że widać między wami różnice. Pan zaciągnął dług. Z punku widzenia chrześcijańskiego ma pan jakieś zadanie do wykonania. Dług, który trzeba spłacić. Bo to nie pan o tym decydował. Pan to dostał. Więc jeśli ktoś dostał więcej, to znaczy, że od niego trzeba wymagać więcej.

3.
Zauważalny jest dysonans pomiędzy tym, co głosi, a tym, co robi ks. Stryczek. Szlachetna Paczka to cały szereg cennych rozwiązań przydatnych w organizowaniu pomocy. Kluczowe jest pytanie kierowane do potrzebujących o to, czego rzeczywiście potrzebują. Wielu z nas, niosąc pomoc, traci z perspektywy osoby potrzebujące skupiając się na samym geście pomocy. Jeden z moich przyjaciół chciał pomóc kiedyś kobiecie proszącej o „coś” do jedzenia. Weszli więc razem do sklepu, kobieta wybrała masło, wędlinę, kilka warzyw. Kiedy poszli do jej domu okazało się, że kobieta ma tam kilka bochenków chleba. – Skąd to – zapytał kolega. – Ludzie, gdy słyszeli moją prośbę o pomoc, od razu kupowali chleb. Zdarzało się więc, że miałam kilka bochenków chleba, ale nie miałam z czym go zjeść.

Szlachetna Paczka pyta o potrzeby. Jednocześnie lansuje tezę, że w pomaganiu chodzi o – przepraszam za powtórzenie utartej teorii – dawanie potrzebującym wędki a nie ryby. Przeprowadziłem kilka tygodni temu wywiad z Miszą Tomaszewskim, który zasygnalizował jednak pułapkę tej teorii. „Nie można dawać komuś wędki, podczas gdy nie ma gdzie łowić ryb”. Tu ważny jest pierwiastek społeczny i polityczny. Jeśli mamy bezrobocie i zakłady pracy upadają, nie możemy za to obwiniać bezrobotnych. Żeby teoria z wędką się sprawdziła musimy dołożyć starań by w okolicy funkcjonował zakład pracy.

Ks. Stryczek ma wątpliwości co do sensowności dzielenia się. Deficytem naszych czasów jest słabnąca wola do solidarności międzyludzkiej. Stygmatyzujące przekonanie, że bieda wynika z nieporadności biednych, może być szkodliwa gdy na słowa ks. Stryczka spojrzymy przez pryzmat edukacyjny. Zwłaszcza gdy sensu w dzieleniu się nie widzi ksiądz. Nie chcę uderzać w duchownego oderwanymi z kontekstu fragmentami Pisma Świętego. Warto jednak pamiętać o tym, co czytamy w Dziejach Apostolskich: „Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeb”.
/Dz 2,44-45/.