Archiwa tagu: bieda

Za tych, którzy głosu nie mają

Zupa na Plantach nie jest zakąską do wódki. Chociaż tak się zdarza. Moglibyśmy oczywiście postawić na Plantach tablicę ze zdjęciami i napisem: „tych klientów nie obsługujemy”. Moglibyśmy też pewnie ustawić stoisko z alkomatem. Chłopaki wydmuchiwaliby pewnie po kilka procent, a my moglibyśmy im mówić: „zasady są, tu się nie pije, pan wydmuchał 1.4 proc., więc zupy my tu dla pana nie mamy, wypad”.

I pewnie rzeczywiście jest tak, że my na tych Plantach grzeszymy. Przesadną naiwnością, dobroczynnością, może nawet pobłażliwością. Nasi ludzie – wolontariuszki i wolontariusze – być może przesadzają z zaufaniem i pokładaniem w bezdomnych zbyt dużych nadziei.

Renia, przepiękna kobieta, kierowniczka Domu Wspólnoty Chleb Życia na Potrzebnej w Warszawie (100 bezdomnych-chorych) powiedziała mi niedawno, że przez całe swoje życie z bezdomnymi uczy się jednej rzeczy: znaleźć środek między wrażliwością i asertywnością.

Wypośrodkowania między wrażliwością a asertywnością Renia uczy się od 15 lat. I non stop to powtarza. My uczymy się do kilku miesięcy. I pewnie będziemy uczyć się do końca życia, jeśli będziemy mieli siłę, żeby do końca życia żyć z bezdomnymi.

Możemy mieć zasadę, że nie obsługujemy alkoholików. Tylko pokażcie mi bezdomnych, którzy nie są alkoholikami. Może jakiś promil. Możemy mieć zasadę, że zupę dostają tylko czyści i odwszeni ludzie. Tylko pokażcie mi absolutnie czystych i odwszonych bezdomnych. Może jakiś promil.

Jeśli już mamy grzeszyć czymkolwiek, to myślę sobie, że lepiej grzeszyć tą naiwnością i jednak nieść pomoc, niż grzeszyć przesadną kalkulacją, decydowaniem (w poczuciu wszechwiedzy) komu nieść pomoc, a komu jej nie nieść, i przez to siedzieć z założonymi rękami.

Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci niż nadmiarem kalkulacji.

Xxx

Odgórne zasady nie działają. Powiedzenie stu pokopanym przez życie facetom, żeby nagle przestali pić, dbali o siebie, poszli do pracy itd. – to naiwność. To, że odgórne zasady nie działają, nie znaczy, że zasad nie ma.

Przemek i Grzesiek. Mocują się, żeby pójść na detoksykację. Nawet udało się załatwić skierowanie. Jesteśmy do ich dyspozycji. Przygotowujemy wyprawkę szpitalną, zatankowany samochód czeka na możliwość dowiezienia ich do szpitala Babińskiego.

Ale co z tego, jeśli chłopaki nie są w stanie wyzerować swojego licznika. Za każdym razem wydmuchują po kilka procent. I my się wkurzamy, denerwujemy, krzyczymy, złościmy – przecież zasady są jasne, musicie być na zero, żeby wziąć się w garść. I moglibyśmy odpuścić, za piątym, szóstym, dziesiątym razem. Tylko jest jakaś niesamowita siła w tych ludziach (wolontariuszach Zupy na Plantach), która nie pozwala im odpuścić. Wiemy, że nie wyjdziemy za Grześka i Przemka z ulicy. Że oni muszą zrobić to sami. I mimo, że za każdym razem dotychczas się nie udawało, to nie odpuszczamy. Wiemy, że uda się za 15 razem. A jeśli ma się udać dopiero za 20 razem, to też będziemy do dyspozycji.

Xxx

Po wczorajszej Zupie z Olą Wilczewską, lekarką, próbowaliśmy ogarnąć gdzieś spanie Rafałowi. Przyszedł na Zupę. Wydmuchał nam 2,4. Telepało go. I jasne było, że po odstawieniu dostanie ataku padaczki. Jadąc z nami samochodem, szukając gdzieś miejsca do snu, Rafał trzeźwiał.

– Gdzie jedziemy? – pytał Rafał.

– Do szpitala – odpowiada Ola.

Rafał: – Przyjmą nas?

Ola: – Załatwimy, nie stresuj się.

Rafał: – Pewnie nas nie przyjmą, znów będę spał na ulicy.

Ola: – Nie, dziś nie będziesz spał na ulicy.

W szpitalu się nie udało. Udało się dopiero w ogrzewalni. I telefoniczna rozmowa Oli z kierownikiem Ogrzewalni, w której prosiła go o przyjęcie Rafała, to była prawdziwa rozmowa kogoś, kto ma głos i może mówić w imieniu tych, którzy tego głosu nie mają i mówić nie potrafią.

Dzięki tym prostym zasadom, po pierwsze, że system i zasady można naginać, żeby nieść pomoc, a po drugie, że mamy ręce, nogi, głowę, umiemy coś załatwiać, mamy samochód i czas – i wykorzystujemy to dla innych, słabszych – dzięki temu Rafał wytrzeźwiał, spał w ciepłym i rano spokojnie napił się kawy i zapalił papierosa, a teraz możemy walczyć o jego życie jeszcze raz.

Xxx

W ogrzewalni mają jakieś siedemdziesiąt bezdomnych. Ale nie mają dla nich ubrań. Trójka wspaniałych pracowników socjalnych całą noc czuwa nad bezdomnymi. I to jest kolejna prośba. W ogrzewalni potrzebują męskich spodni, koszulek, bluz i bielizny. Nie dawajcie z tego, co wam zbywa. Ostatnio przyjechał do nas transport z… używanymi butami narciarskimi. No serio, nie mamy co z tym zrobić. Gdybyście mieli męskie spodnie, koszulki, bluzy i bieliznę – i tylko to – dajcie znać.

strzelczyk@tygodnik.com.pl, FB: Błażej Strzelczyk.

Majtki, skarpety, kalesony

15622638_598920736961065_2681439896059194306_n

Wokół mojego biurka w redakcji leżą cztery reklamówki. Zaglądam do środka. W pierwszej ryż, konserwy, puszki z pomidorami, kukurydzą, groszkiem. W pozostałych: paczki z podpaskami (przy dziesiątej straciłem rachubę), nawilżone chusteczki, szczoteczki i pasty do zębów, mydła – w kostkach i w płynie.

– Iwonka – krzyczę do koleżanki dbającej w redakcji o to wszystko, o co państwo redaktorstwo dbać podczas codziennej pracy zapomina – Iwonka, co to za reklamówki?

– Ktoś przyniósł, mówił, że dla ciebie – słyszę.

– Podpaski, dla mnie?

– Nie zaglądałam.

– Aha.

– I był jeszcze ten Marek, zabrał swoje walizki, mówił, że ma schronisko.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że na facebooku napisałem kiedyś taką historię:

Padła mi bateria w telefonie. Wiadomości, jak się okazuje – niestety – odsłuchałem dużo późnej. Było ich sześć. Coś tam o pracy. Coś o jakimś piciu. Odsłuchuję zapisuję co trzeba, resztę usuwam. Nagle słyszę w słuchawce przepity lekko, chropowaty kobiecy głos:
– Dobry wieczór, Anna xxx, bezdomna, dzwonię w sprawie tych ubrań.
Oddzawniam od razu. Odbiera Marek.
– cześć Marek. Ania do mnie dzwoniła, co tam?
– już Ci ją daję.

Trzeszczy chwilę w słuchawce, telefon przejmuje Ania:

– cześć Błażej.
– cześć, cześć, jak tam?
– wiesz, bo my te wszystkie całe nasze worki z ubraniami i rzeczami, jak jest dzień, to chowamy w krzakach.
– no wiem. Szukam tego większego plecaka dla was. Jest ciężko.
– plecaka już nie potrzeba.
– co się stało?
– dziś przed nocą ktoś nam te worki zajebał. Wszystko tam było.
– kurwa.
– trudno. Przyjął nas znajomy. Jest ciepło. Dajemy radę, tylko jest mały problem.
– no, mów.
– głupio mówić. Dostałam na Smoleńsku ostatnio dwie podpaski. Obie w tych workach miałam. Muszę podpaski. Może wasze dziewczyny mają? Sorry, że z tym do ciebie. Bo bielizny żadnej też już nie mam.

No więc, jak się okazuje, ktoś ten post przeczytał i dostarczył do redakcji trzy reklamówki podpasek.

Nie wiem kto te reklamówki do redakcji przyniósł. Ale temu, który to zrobił, muszę powiedzieć, że Ania i Marek są właśnie w domku w Zochcinie, u siostry Chmielewskiej.

Stają na nogi. Także dzięki Tobie. Dzięki temu, że w trakcie szukania dla Ani i Marka miejsca na ziemi, Ona mogła czuć się przez chwilę bezpiecznie i komfortowo.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że życie na ulicy wcale nie jest takie łatwe, jakby się nam, tym z lepszej strony życia, mogło wydawać.

Pisałem już o tym wielokrotnie, że fraza: „biedni, bezdomni, sami wybrali sobie taki sposób życia na ulicy. Dlaczego mamy im pomagać?”, jest, cokolwiek błędna.

Tak serio, od ponad roku wychodzę na tę ulicę, i tam naprawdę trudno spotkać ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali, że codziennie będą musieli prosić o jedzenie, że nie będą mogli się myć w ciepłej wodzie, że nie będą mogli zasypiać na miękkim materacu.

Bieda na ulicy to też brak czystej bielizny. Bieda na ulicy to niezmienianie skarpet od miesiąca. Jeden Pan na przykład, gdy zapytałem go, kiedy ostatnio mył zęby, odpowiedział, że nie pamięta. Inny, jeśli o zęby chodzi, chyba każdy z nich ma zepsuty, a – musicie mi uwierzyć – umówienie go do lekarza, żeby zajrzał mu w te zęby, nawet za największe pieniądze, wcale takie proste nie jest.

Bieda na ulicy to jest intymność. Te wszystkie rzeczy, które dla nas są takie naturalne i oczywiste, dla innych, żyjących kilka metrów od nas, są nieosiągalne.

Pamiętajcie o tej intymności. O kobietach żyjących na ulicy, które nigdy nie były badane ginekologicznie. O mężczyznach, przecież takich samych jak my, którzy czasem przez swoje głupie decyzje, a później przez wady w systemie pomocy, nigdy nie zostali przebadani, żeby się wykąpać muszą iść na dworzec, a żeby zmienić bieliznę, muszą się kogoś o to prosić.

Pamiętajcie o tym, gdy ich mijacie na ulicy. Nie musicie dawać im pieniędzy. Kiedy mijacie ich na ulicy, zatrzymajcie się na chwilę, spytajcie, czego potrzebują, porozmawiajcie z nimi, powiedziecie (jeśli mieszkają w Krakowie), żeby w środę i niedzielę, około godziny 18.30 wpadli na Planty, obok teatru Słowackiego. Tam czeka na nich ciepła zupa i rzeczy, których naprawdę potrzebują.

A jeśli was na to stać, nie dawajcie już podpasek, ich mamy pod dostatkiem. Dajcie nam, proszę o to w Ich imieniu: majtki, bokserki, skarpetki, kalesony.

Jestem w redakcji Tygodnika Powszechnego, Wiślna 12, Kraków, codziennie, od poniedziałku do piątku od 9 do 16. A jeśli macie bliżej, jesteśmy też na Celnej 5 w Żywej Pracowni. Odzywajcie się na priv, na Facebooku.

dzięki.

 

Szczur, więzienie, paczka fajek

15078809_1496924713657713_7298808790827846747_n

Podobno w tym wszystkim chodzi o zanurzenie się w syfie. Zobaczenie w nędzy „twarzy Chrystusa”. Gdy na kilka minut siadasz na zimnym i mokrym murku posadzki pod Bramą Floriańską, upokorzenie i wkurwienie czujesz już po kilku sekundach. Spodnie nasiąkają moczem, deszczem, śliną. Ile tam siedzisz? Dziesięć minut? Nawet nie. Tyle, ile spalasz papierosa. Maksymalnie, jeśli zaciągasz się swobodnie, od czterech do sześciu minut. Ale akurat zaciągasz się nieswobodnie. Czujesz przecież smród: moczu, stęchlizny gnijących stóp, dymu szluga, zaschniętego potu. Palisz cztery minuty. Szybko palisz.

Emil siedzi od rana. O piątej rano budzi go policjant. Bo Emil śpi akurat na zimnej ławce pod Sukiennicami. Emil wstaje o szóstej i idzie.

– Przyszli najpierw około trzeciej.

– No i?

– I mówią, kurwa, po prostu, że chrapię.

– Że chrapiesz?

– Że, chrapię, mówią. Że to głośne jest. Mieszkańcy dzwonili, mówili, chrapie ktoś, że rzekomo to ja.

– Mieszkańcy? Na Rynku?

– Oni tam mieszkają przecież. Kamienice są na Rynku. Dzwonić musieli, nie ma chuja, policjant debil, ale kłamać to nie mogę powiedzieć.

– I?

– Mandat mi chciał dać. Weź się, rozumiesz, mandat.

– Za chrapanie.

– No, mówię mu: panie, lipy tu nie róbmy, już się zbieram, nie ma mnie, uznajmy, że mnie tu nie ma.

– A on?

– Żebym spierdalał, bo jak nie, to on ma możliwości.

Emil o szóstej rano ma kaca. Emil albo ma kaca, albo jest pijany. Jest w ciągu od sierpnia. Sierpień był trzy miesiące temu, ale Emil nie wrócił jeszcze z Woodstocku. Miał wrócić, oczywiście, ale mu się przedłużyło. Śpi teraz pod Sukiennicami, ewentualnie, jak go natychmiastowo zmorzy, wprost pod Bramą Floriańską. Bo tu siedzi. Obok Kapliczki Matki Boskiej. W takiej z murku wnęce.

– Żebrzesz?

– Ja się brzydzę. Jak sami podchodzą, to gadam.

– O czym?

– A dlaczego pan na zimnie siedzi? – Tak pytają. Wiesz, na pan do mnie.

– A ty, co na to?

– Opowiadam.

– Co?

– Ściemę walę. Jak czuję, że wrażliwie ma być, żeby kasą ktoś sypnął, to mówię, że mnie żona z domu wyjebała, kurwa jedna, puszczała się to na lewo, to na prawo.

– A niewrażliwie?

– To że we więźniu przesiedziałem, osiem lat.

– A prawda o tym, że na zimnie siedzisz, to jaka jest?

– Że dwadzieścia dwa lata w tym więźniu siedziałem.

– Za co?

– Daj fajkę.

Emil dawno temu miał sprzeczkę z bratem.

– Sprzeczkę?

– No. Zajebałem go. – Wstań z tego murku, bo wilka złapiesz.

 

Po poważnym załamaniu się nerwów Waldek wrócił na ulicę. W tej obok dworca kamienicy z numerem 3, drzwi od klatki się nie domykają. – Dwanaście schodków jest – mówi szeptem, prowadząc do piwnicy – nie ma żarówki, musiałem obliczyć, bo bym się wyjebywał za każdym razem. W piwnicy drzwi z wybrakowanych desek zamykają się na kłódkę. Kłódka jest przepiłowana. Nora, w której Waldek zasypia ma jakieś dwa metry na metr. Śpi na wersalce. Siedzimy w tej klitce. Palimy.

– W Wałbrzychu, skąd pochodzę, spałem na śmietniku. Ale to był, jak na nasze warunku, bo z kolegą tam spałem, duży komfort. Mieliśmy ogrzewany śmietnik.

– Ogrzewany?

– Dwie rury grzewcze szły zaraz obok śmietnika. Luksus, panie, luksus.

Waldek wstaje nagle, powoli, z dużą uwagą, mówi, żebym się nie ruszał, peta rzuca na ziemię. Zbliża się do mnie powoli, z pięścią zaciśniętą i śmiercią w oczach. Bierze zamach i wymierza kopa tuż obok mnie. – Szczur. Zabiłem dziada. W nocy dziś nie dawał mi spokoju, chodź, musimy go wyjebać.

 

Zapomnijmy o sentymentach. Chrystusie w ciele wykluczonego. Możemy oczywiście snuć rzewne opowieści, że przez rozdawane bezdomnym kanapki doprowadzamy ich do „osobistego spotkania z Chrystusem”.  Nawet jeśli pokonamy tę żmudną drogą do zrozumienia, że ostatecznie my, lepiej urodzeni, nie mamy pojęcia po co wychodzimy na ulicę i jaki jest cel naszych rozmów z bezdomnymi, to i tak nagle zapala się nam lampka, że przecież jednak wiemy lepiej. A to w zasadzie takie podbudowujące nasz narcyzm, że spędziliśmy czas z wykluczonym, dotknęliśmy jego historii. Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie – pisze Artur Domosławski – sentymentalizm przerabia w obiekty westchnień. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzi w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet.

Pułapki są więc dwie. Jedna z nich to nasz wzruszający sentymentalizm. Druga, to nasze przekonanie, że wiemy najlepiej co należy zrobić, żeby wyciągnąć kogoś z biedy.

Złotówka dziennie dzieli nas od rozwiązania problemu niedożywienia dzieci w Polsce

Czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

1.

Jem w takich barach z jedzeniem na wagę. Trochę ponad 3 złote za 100 gramów. Jestem dumny, gdy uda mi się włożyć na talerz jedzenia za 10 złotych. To wypada zazwyczaj duża garść ryżu, dwa kawałki ryby, pół garści surówki. Jem zazwyczaj z Mikołajem albo Kamilem, chłopakami z ulicy. Dziś ich nie było. W okolicy galerii kręciła się natomiast kobieta. Poszliśmy razem. Sympatyczna rozmowa, stajemy w kolejce.
– proszę sobie nałożyć, na co ma pani ochotę.

Sam wziąłem talerz i cyrkluję te gramy.
Ona nakłada ziemniak za ziemniakiem, dużą łyche surówek, dwa kotlety.
Myślę sobie: ładnie się załadowałem.
Ważymy.
Moje: 11,49. Jej: 42,70.
Płacę i słyszę w uszach głos Chmielewskiej, którą pytaliśmy z Piotrkiem o złość na biednych: – czasem biedak może wyprowadzić z równowagi, gdy dostaje palca, może ciągnąć całą rękę, ale myślę sobie wtedy: dobry jest, załadował mnie, będę ostrożniejsza.

Siadamy do jedzenia. Ona ledwo ten talerz niesie.
– pomogę.
– dziękuję.
– smacznego.
– smacznego.
– Monika. 36 lat. Śpi gdzieś pod halą targową.

Wyciąga po chwili telefon.
Pisze smsa.

Po pięciu minutach podchodzi do nas dwójka dzieciaków. Lat 6 i 12. Siadają obok. Każde dostaje po kotlecie. Ona zostawia sobie kilka ziemniaków.

2.

Co trzeci Polak wyrzuca jedzenie. Banki Żywności przeprowadziły ostatnio badania, z których wynika, że średnio jeden Polak wyrzuca na śmieci 50 kg jedzenia. Pomijam w tych obliczeniach jedzenie wyrzucane przez restauracje, sklepy, sieci supermarketów (to jakieś 7 milionów ton!). Skupiam się wyłącznie na każdym z nas. Pojedynczych Polakach. Indywidualnych decyzjach. Bo to przecież my wszyscy, którzy wyrzucamy jedzenie, jednocześnie jesteśmy przekonani, że nie od nas zależą światowe problemy z głodem i niedożywieniem.

Każdy z nas wyrzucił kiedyś jedzenie. Wędlina się przeterminowała. Pomidor zaczął pleśnieć. Ugotowaliśmy za dużo makaronu. Millward Brown przebadał, co wyrzucamy najczęściej: wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.). Powody? Wymieniamy m.in.: przegapienie terminu przydatności do spożycia, zrobienie zbyt dużych zakupów, zbyt duże porcje posiłków i niewłaściwe przechowywanie żywności.

Z tych wszystkich badań wynika, że czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

Jednocześnie 200 tysięcy dzieci w Polsce cierpi z powodu tzw. cichego głodu. Pisał o tym kiedyś Szymon Hołownia, obalając argument przeciwników przyjmowania uchodźców, którzy mówią, że skoro mamy jakieś pieniądze, to powinniśmy przeznaczyć je przede wszystkim na wsparcie dla Polaków.

Państwo znacie tę argumentację? Ile razy już słyszeliśmy zdanie internetowych erudytów, którzy „zaorali kogoś”, pisząc: „chcemy przyjmować uchodźców? Przecież polskie dzieci głodują!”, albo „co mnie obchodzi głód w Afryce, gdy mnie samemu nie starcza pieniędzy do pierwszego?”. Szymon Hołownia znalazł badania, z których wnika, że ludzi myślących w taki sposób w Polsce jest 53 proc. Pisze Hołownia: „Załóżmy roboczo, że liczba Polaków dysponujących jakimikolwiek pieniędzmi to jakieś 30 mln obywateli. 53 proc. z 30 mln to 16 mln”.

Co by było, gdyby zamiast wyrzucać jedzenie warte 2 tysiące złotych, przeznaczyć te pieniądze na walkę z głodem? Sumy jakimi możemy dysponować są zawrotne. Nie przesadzajmy. Załóżmy, przywołując raz jeszcze tekst Hołowni, że każdy z tych 16 milionów ludzi wyda chociaż złotówkę dziennie (!) na owo dożywianie najuboższych małych Polaków. Uzyskujemy na ten cel 348 mln zł miesięcznie. Podzielone przez 200 tys. dzieci, daje nam ok. 1900 zł na dziecko na miesiąc. Jest to kwota, z którą naprawdę można już coś sensownego zrobić. – A co by było, gdybyśmy opodatkowali się na ten cel wszyscy? – pyta Szymon Hołownia. Złotówka dziennie dzieli nas od sytuacji, w której hańbiący problem niedożywienia dzieci zostaje w Polsce rozwiązany.

Naprawdę wierzę głęboko, że wszystko zależy od nas. Nie kupuję tej naiwnej ostatecznie pragmatycznej wizji, że jeśli natychmiast nie widać skutków naszego zrównoważonego życia – bez wyrzucania jedzenia, oszczędzania, jeżdżenia komunikacją miejską, a nie samochodem – to należy z tego zrezygnować.

Kiedy napisałem na facebooku przywołaną na początku historię z Moniką i kotletami dla jej dzieci, przeczytałem w jednym z komentarzy, że zgodnie z Ewangelią nie powinienem się chwalić, że komuś pomagam. Przecież zasada ewangeliczna brzmi: niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa.

Bardziej się jednak boję, że moja lewa ręka wyrzuca rocznie kilogramy jedzenia, a prawa ręka w tym czasie podpiera argumenty, że „przecież głodu na całym świecie nie da się zlikwidować”.

Kto będzie krzyczał: „Franciszku, zostań z nami!”?

Słowa Franciszka wypowiedziane w samolocie wywołały kolejną burzę w polskich mediach. Z wypowiedzi papieża nie wynika jednak nic ponad to, że ludziom o różnych skłonnościach seksualnych, a także wyzyskiwanym kobietom i ubogim, należy się szacunek.

– Można potępić, nie z powodów ideologicznych, ale z racji postępowania politycznego, pewne manifestacje zbyt obraźliwe dla innych. Ale to nie ma nic do rzeczy – mówił papież. Chodzi o to – wskazał – że jest osoba z takimi skłonnościami, która ma dobrą wolę i szuka Boga. – Kim jesteśmy, by osądzać? – zapytał papież trzy lata po tym, gdy po raz pierwszy zadał w tym kontekście takie pytanie. Franciszek zaznaczył, że chrześcijanie powinni prosić nie tylko o wybaczenie osoby homoseksualne, „tak jak mówił kardynał «marksista», ale również ubogich, kobiety wyzyskiwane, muszą przeprosić za to, że błogosławili wiele broni, że nie towarzyszyli wielu rodzinom”.

Dlaczego przeprosić? Papież apeluje o społeczną wrażliwość, a jest sprawą oczywistą, że zawsze, gdy ktoś milczy widząc niesprawiedliwość, pogardę i prześladowanie, to do tego zła przykłada rękę.

To dziwne, że apel o szacunek odbija się w Polsce aż tak szerokim echem. Tomasz Terlikowski z okazji słów Franciszka przypomniał nawet nauczanie Kościoła w sprawie osób homoseksualnych, przekonując, że należy „bronić małżeństw i rodziny”. Trudno zrozumieć, dlaczego niby szacunek do osób homoseksualnych miałby w jakimkolwiek stopniu zagrażać małżeństwu i rodzinie. Tak samo jak trudno zrozumieć, dlaczego troska o ludzi wykluczonych, zwłaszcza troska o ludzi uciekających przed wojnami, miałaby zagrażać katolickiej Polsce.

W kolejnych wypowiedziach Franciszka, które w Polsce wywołują fale spekulacji i szereg wątpliwości, nie ma nic innego, jak tylko apele o zwykłą przyzwoitość.

Najdziwniejsze natomiast jest to, że wszystkie słowa papieża dotyczące społecznej sprawiedliwości, niezgody na wykluczenie, troski o ubogich, słabych, ofiary wojny, prześladowanych itd., kwitowane są w Polsce zdaniem: „Papież jest lewicowy”.

W Polsce „Papież jest lewakiem”, tylko dlatego, że mówi o biedzie, wykluczeniu, umowach śmieciowych, ekologii, przyjmowaniu uchodźców, wyzysku w pracy, zarobkach, nierównościach społecznych itd.

Jeśli to wszystko jest „kosmicznym lewactwem”, to ja tylko chciałem zapytać, czym w takim razie jest chrześcijaństwo?

Stawianiem murów? Sojuszem duchownych z biznesem? Paleniem kubeczkami po jogurtach w piecach? Wycinaniem lasów? Zatrudnianiem ludzi na śmieciówkach? Dokładaniem ręki do nierówności społecznych?

Coś nam się tu chyba zdrowo popieprzyło, jeśli wrażliwość społeczną nazywamy lewactwem, a za chrześcijaństwo uważamy „obronę cywilizacji przez arabami” i „obronę rodziny przed gejami”.

Z niecierpliwością czekam na wizytę Franciszka w Polsce. Wcale nie dlatego, że będzie kontrowersyjnie i śmiesznie. Przede wszystkim dlatego, że papież potrząsa sumieniami. Chrześcijaństwo to nie jest wygodna religia, w której docenia się swoich.

Pewne i jednocześnie smutne natomiast jest jedno: to będzie papieska pielgrzymka do Polski, podczas której możemy nie usłyszeć gromkiego okrzyku: „Zostań z nami!”.

Bezinteresowność

Jest taka jedna krakowska biedaczka. Mała kobieta. Niskiego wzrostu. Spotkacie ją albo przy jezuitach na Małym Rynku, albo w okolicach Bagateli. Zagai do was cichutko. Szeptem. Jestem niemal pewien, że każdy, kto przechodzi codziennie w tych okolicach, był przez nią zaczepiony.
Dotychczas przechodziłem obok niej obojętnie.
Bo ona taka cicha, taka nieporadna, tak zagaja od niechcenia – myślałem – to niech się przynajmniej postara. Niech się odważy głośniej zagadać.
Niedawno, wracając wieczorem z redakcji znów się nawinęła. Już wchodziłem do tramwaju, gdy patrzę nagle, idzie.
Cofam się. Podchodzi. „Czy pan nie miałby dwa złote?”.
Poszliśmy na pierogi do „Bar smak” na Karmelickiej.

No więc niepokojąca biedaczka to Krystyna. Właśnie niedawno zmarł jej bliski mężczyzna. Ma mieszkanie. Ma się gdzie kąpać. I ona te pierogi tak grzecznie je. Tak z pełną kurtuazją. Jakby jadła łososia z guacamole.
I się okazuje, że Krystyna była skrzypaczką. Podobno dobrze się zapowiadającą. Odmroziła palce gdzieś w górach. Kariera jebnęła o ziemię.
I jadała te łososie z guacamole. I nagle jeść je przestała. Je pierogi co łaska. Żebrze.

520d24e33f3b5569d559a5b779ed8ac1,640,0,0,0

Myślę sobie, bezinteresowność to polega nie tylko na tym, że nie oczekujemy kasy za to, że komuś pomożemy.
Bezinteresowność polega przede wszystkim na tym, że nie programujemy ludzi, którym pomagamy.
Bezinteresowność w pewnym sensie zwalnia nas z myślenia o zbawianiu całego świata.
Pomagam, daję biedakowi pieniądze, idziemy coś zjeść – a co się później stanie, to już przyszłość.
Całe ryzyko polega na tym, że nie uzależniamy ich od siebie. Nie mówimy: „dam ci, ale ty teraz masz żyć tak jak ja, lubić tych co ja, i w ogóle to całować mnie za to po rękach”.
To raczej niewolnictwo a nie charytatywność.

Dawaj, a nie oczekuj wdzięczność.

Współczuć

Owszem, idąc na pierogi ruskie z biedakiem poznanym na ulicy Grodzkiej w Krakowie, nie zmieniamy całego systemu pomocy. Nie pozbędziemy się biedy. Zaspokoimy głód jednej osoby. I to chyba ma już sens.

Fot. Ariff Tajuddin / flickr.com

Fot. Ariff Tajuddin / flickr.com

Napisałem niedawno na swoim Facebooku, że dostałem całkiem drogą miejscówkę na bal charytatywny, „z którego cały dochód zostanie przeznaczony na..” itd., itd.
A że rozkminiam w tematyce od kilku lat, to jak przystało na prawdziwego Polaka Katolika zacząłem się zastanawiać czy mi wypada.
I po lekturze Ewangelii i kilku innych jeszcze mądrych książek doszedłem do wniosku, że jednak mi nie wypada. Ale nie wypada mi, a nie, że każdemu nie wypada.
No więc nie chcę być dobroczynny. Bo widzę różnicę między dobroczynnością i solidarnością.
Dobroczynni są bogaci ludzie pijący drogie drinki i licytujący drogie obrazy na balach charytatywnych. I chwała im za to, i spoko.
Ale są też ludzie biedni, którzy z biedakami piją herbatę. I oni są solidarni. Dobroczynni chodzą na bale charytatywne dla bogatych. Solidarni natomiast organizują takie bale razem z biedakami i dla biedaków. I wszyscy pewnie się dobrze bawią.
Dobroczynność może być jednak trochę niebezpieczna, bo można patrzeć z wyższością, a solidarność jest bezpieczna, bo jest schodzeniem na dół. Uczę się więc raczej solidarności niż dobroczynności.

Weryfikuję niemal codziennie swoje poglądy na temat niesienia ludziom pomocy. Za każdym razem, gdy mijam na krakowskich ulicach biedaków, zagadujemy, czasem coś razem zjemy, a czasem tylko pogadamy, że generalnie jest źle, a żyć trzeba.
Wiem doskonale, że różnie ludzie patrzą na niesienie innym pomocy. Jedni w kategoriach dobroczynności, inni w kategoriach solidarności. Nie chcę przez to powiedzieć, że jedno pomaganie ma sens, a drugie nie.

To się jednak wiąże z kolejnymi wątpliwościami, które pojawiają się z biegiem czasu.

Piotrek Żyłka zapytał mnie dziś podczas obiadu, czy żyjąc z biedakami, pamiętając o ich radzeniu sobie z życiem, jesteśmy tak naprawdę wiarygodni. Bo przecież mieszkamy w całkiem dobrych lokalizacjach, na 50 metrach kwadratowych, i jemy czasem drogie jedzenie. Wiemy, po mieszkaniu przez kilka tygodni u s. Chmielewskiej, że solidarność w biedzie musi polegać przede wszystkim na współodczuwaniu.
Współczucie – którym staramy się kierować – jest tak naprawdę wspólnym czuciem. A wspólnie czuć można tylko wtedy, gdy doświadcza się tego samego. Czy zatem w życiu chodzi o to, żeby samemu nie mieć? Bo przecież nie mając, doskonalimy się we współczuciu, czyli wspólnym odczuwaniu problemów.

Nie mam odpowiedzi na to pytanie.

Jest jeszcze jeden szalenie ważny moment w całej tej układance pomocowej.
Janka Ochojska, której Polska Akcja Humanitarna buduje studnie, na przykład w Sudanie, nie patrzy na problemy ludzi w sposób indywidualny. Widzi jakby całą wioskę, która nie ma wody. Problemy tych ludzi rozwiązuje więc globalnie. Nie skupia się na indywidualnym człowieku, który akurat nie ma co jeść. Skupia się na zwalczeniu problemu (wybudowaniu studni dla całej wsi), a nie zaspokojeniu potrzeb konkretnej osoby. To pomaganie ma taki sam sens jak nasze codziennie gesty pomocy indywidualnym osobom.
Owszem, idąc na pierogi ruskie z biedakiem poznanym na ulicy Grodzkiej w Krakowie, nie zmieniamy całego systemu pomocy. Nie pozbędziemy się biedy. Ale zaspokoimy głód jednej osoby. I dzięki temu będziemy mogli spać spokojniej, wiedząc, że przynajmniej ta jedna osoba nie pójdzie dziś spać głodna.

Biedak kopie w drzwi bogacza

Wybieramy sobie biednych, którym niesiemy pomoc. Stawiamy biedakom wymagania, ale nie takie, które stwarzają im szansę na lepsze życie, stawiamy im wymagania, bo sami chcemy się poczuć lepsi od nich.

Faithfuls prays on their knees at St Peter's square ahead of a conclave on March 12, 2013 at the Vatican. Cardinals moved into the Vatican today as the suspense mounted ahead of a secret papal election with no clear frontrunner to steer the Catholic world through troubled waters after Benedict XVI's historic resignation. The 115 cardinal electors who pick the next leader of 1.2 billion Catholics in a conclave in the Sistine Chapel will live inside the Vatican walls completely cut off from the outside world until they have made their choice. AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

AFP PHOTO / JOHANNES EISELE

„Dobra bieda” ma się uniżać, błagać, płakać. „Dobra bieda” ma się wstydzić. „Dobra bieda” to pojęcie wykreowane przez bogatych i zadowolonych. Łatwo nasiąkamy tym myśleniem. Także w Kościele. Myli nam się dobroczynność z solidarnością. Ks. Marek Gancarczyk, redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego” pisał kiedyś o przyjmowaniu uchodźców z Syrii tak: „Biedni nie powinni wymuszać pomocy siłą, a tak się dzieje, gdy na przykład nielegalne forsują taką czy inną granicę. Mamy tu do czynienia z pytaniem, czy biedny ma prawo kopać w drzwi bogatego, gdy ten nie chce ich otworzyć?”.

To poczucie wyższości nad biedakiem jest zgubne. Zastanawiam się czy „kopanie w drzwi bogatego” powinno rzeczywiście budzić w nas – chrześcijanach – oburzenie i niesmak. Może lepiej to „kopanie biedaków w drzwi bogatych” uznać za potrząsanie naszym sumieniem? Może dźwięk tych uderzeń biedaka w nasze drzwi powinien nas poruszać do działania, wybijać z poczucia wygody, i prowokować do podjęcia decyzji o wyjściu z komfortu.

Bogaci ludzie myślą, że im się powiodło. Że zdobyli swoje skarby ciężką pracą.

Skoro mi się powiodło – myśli taki bogaty – mogę wymagać. Od kogo jednak wymaga? Nie, nie od siebie. Wymaga od biednych.

Mówią sobie pewnie: „My jesteśmy bogaci, możemy wam coś skapnąć z naszego bogactwa, ale tylko wtedy, gdy będziecie pokorni, uniżycie się, przeprosicie, że istniejecie – wtedy my, dobroczynni, zapracowani, pewni siebie – damy wam jeść i otworzymy wam nasze domy – gdybyście przypadkiem uciekali przed prześladowaniem”.

„Zła bieda” jest „biedą Muzułmanina”. „Zła bieda” jest roszczeniowa. Niezadowolona. Ta bieda ma pretensje. „Zły biedny” ma w kieszeni telefon komórkowy. („Mają telefony komórkowe a kobiety mają pomalowane paznokcie – to co to za bieda!”). Myślę – za Janką Ochojską – że ta bieda przede wszystkim potrzebuje godności. Zrozumienia i wyrozumiałości.

Szymon Hołownia pisał w „Tygodniku Powszechnym”: „Nic z tego, co dostaliśmy i zrobiliśmy, nie jest nasza zasługą. Czy naszą zasługą jest to, że urodziliśmy się w miejscu, gdzie mogliśmy wszystko osiągnąć?”

S. Małgorzata Chmielewska​ mówi: „Pan zaciągnął dług. Z punku widzenia chrześcijańskiego ma pan jakieś zadanie do wykonania. Dług, który trzeba spłacić. Bo to nie pan o tym decydował. Pan to dostał. Więc jeśli ktoś dostał więcej, to znaczy, że od niego trzeba wymagać więcej.”

A Łukasz Ewangelista dodaje: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą.” (Łk 12,48)

Dlatego trzeba pomagać. Właśnie dlatego. Nawet tym, którzy są brudni, leniwi i śmierdzą.

Pamiętasz, kiedy ostatni raz byłeś głodny?

Po mieście trzeba chodzi z uwagą. Miasto ma swoich właścicieli – biedaków.

12592470_10207648970816756_8946098979031016965_n

Artur, syn s. Chmielewskiej, wprowadził się właśnie do nowego domu. Dużego. Kilka razy większego niż ten, w który mieszkali wcześniej. Chodzi po tym domu trochę zagubiony. Bada teren. Odkrywa zakamarki z przygodą w oczach. Z pokoi zabiera fanty. Książki. Zapalniczki.

Zawłaszcza rzeczy i je chowa. Potrzebuje mieć coś swojego. Bo zasadniczo, gdy się spojrzy na Artura, to okaże się, że On nie ma nic. Nic swojego.

Artur, gdy zabierze coś do kieszeni, jeszcze długo będzie przychodził, pokazywał tę rzecz, i upewniając samego siebie mówił głośno: „To Artura”.

Siadając do kolacji, wszystko, co zebrał w ciągu dnia, wykłada na stół. Poruszając nad tymi rzeczami ręką w geście uspokojenia powtarza: „To Artura”. I, mimo że w nowym domu mieszka już ponad dwa tygodnie, mówi do swojej mamy: „To Artura. Zabierzemy do domu”.

Nie wie jeszcze, że to miejsce, w którym się budzi, jest jego nowym domem.

***

Wydaje nam się, że każdy z nas coś ma.

Ja mam rzeczy. Wydaje mi się, że je mam. Telefon. Komputer. Kilka książek.

Gdy kupuję rzeczy, wydaje mi się, że stają się moje. Kupuję je za pieniądze. Nie moje.

Pieniądze, które mam na koncie, zanim na nie wpłyną, nie są moimi pieniędzmi. Ktoś mi je dał.

Człowiek, który dzwoni do mnie z banku oferując pożyczkę, po kilku kliknięciach myszką może wejść na moje konto. Ma czasem do tego konta lepszy dostęp niż ja.

Ma dostęp do (nie)mojego konta z (nie)moimi pieniędzmi, za które mogę kupić (nie)moje rzeczy.

Przede wszystkim natomiast wydaje mi się, że mam mieszkanie. Nie jest oczywiście moje. Rynek i kapitalizm nazwał to „wynajmowaniem”. Wynajmuję mieszkanie. Wracam do niego. Urządzam się w nim. Ale jestem tu tylko na chwilę. Na moment. Zagospodarowuję przestrzeń. Decyduję, co gdzie będzie stało. Zapamiętuję, co gdzie położyłem. Oswoiłem mieszkanie tylko na moment. Wynająłem. Tak zresztą jak „wynajmuję” wszystko, co dla oszukania samego siebie nazywam „moim”. Religijne sprawę ujmując, „wynajmuję” też życie. I chyba o to chodzi, gdy w Kościele mówią nam, że na ziemi jesteśmy tylko na chwilę. Że po życiu coś jeszcze jest. Jak w Psalmie 49:

„Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim”.

***

Uświadamiam sobie ostatnio sprawy oczywiste. Uczę się tych prostych rzeczy od biedaków.

Andrzej jest bezdomny. Poznałem go w drugim, albo trzecim dniu tego roku. Kiedy jeszcze parował we mnie pity w sylwestra alkohol. Andrzej grzał się w przejściu podziemnym obok dworca.
Dałem mu czapkę.
W niedzielę poszliśmy razem zjeść obiad.
I Andrzej, jedząc pierogi ruskie, postawił proste w sumie pytanie, które jednak wgniotło mnie w krzesło:

– Pamiętasz kiedy ostatni raz byłeś głodny?

I uświadomiłem sobie, że ja, cholera jasna, tak naprawdę to nigdy nie byłem głodny.
Nigdy nie byłem głodny.

Andrzej nauczył mnie też, że jestem w mieście gościem. Jego gościem.

Tak jak mi się wydaje, że mieszkanie, w którym się budzę, jest moje, tak też Andrzejowi – bezdomnemu biedakowi – wydaje się, że miasto, w którym się budzi, jest jego.

Andrzej traktuje miasto jak dom. Wie, o której godzinie dostanie jedzenie od Kapucynów na ul. Smoleńsk. Wie, o której godzinie i gdzie najlepiej położyć się spać – gdzie będzie ciepło i nikt go nie przegoni. Wie, gdzie może się umyć za darmo. Wie, gdzie sprzedadzą mu wódkę za półdarmo.

***

Po mieście trzeba więc chodzić czujnie. Żeby nie nadepnąć na miejsca ważne dla biedaków. Zostawić im tę przestrzeń. Pozwolić na zagospodarowanie.

I trzeba się też dzielić. Bo w sumie nic nie jest nasze. A skoro nie jest nasze, dostaliśmy, wynajmujemy, to nie możemy stawać się więźniami tych rzeczy.

Rzeczy, które wydaje się nam, że mamy, są tak samo nasze, jak każdego biedaka, którego spotykamy na ulicy.

 

Psalm 49.:

Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim.
I chociaż w życiu sobie pochlebia:
„Będą cię sławić, że dobrześ się urządził”,
musi iść do pokolenia swych przodków,
Do tych, co na wieki nie zobaczą światła.
Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia,
przyrównany jest do bydląt, które giną.

fot: Piotrek Żyłka.

Nie upupiajmy miłosierdzia

Nie chodzi o lewicę, prawicę, komunizm, socjalizm czy nacjonalizm. Każda systemowa legitymacja chrześcijaństwa jest zacieraniem tego, co w tej wierze jest najważniejsze. A najważniejszy jest Jezus Chrystus schowany gdzieś w każdym człowieku.

12637358_10207654380952006_2045713411_o
Organizatorzy Światowych Dni Młodzieży nie mają łatwego zadania. Zrobić z archaicznego, niemodnego słowa „miłosierdzie” oryginalną propozycję dla młodzieży z całego świata, to nie jest prosta sprawa.

Zwłaszcza że w Kościele w Polsce nic tak nie zagrzewa publicystów i części katolików do walki, jak spór między sprawiedliwością a miłosierdziem. Nic tak nie pasjonuje, jak zastanawianie się, czy Bóg jest „sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, czy raczej jest „Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata”.

Siostra Chmielewska, u której właśnie mieszkam, i od której uczę się niesienia pomocy, o Zochcinie, Nagorzycach, Jankowicach mówi: biedaholding.

Rozsypane po świętokrzyskich wioskach domy dla biedaków to małe przedsiębiorstwa, w których – rzecz jasna – nie chodzi o zarabianie pieniędzy, tylko o niesienie ludziom pomocy.

W tej republice biedaków nic by się nie udało, nie wyciągnięto by nikogo z biedy, nie dodano by nikomu godności, gdyby nie dawało się ludziom szansy. Drugiej szansy. Piątej szansy. Każdej kolejnej szansy.

Gdyby patrzeć na każdego biedaka wyłącznie z perspektywy grzechów które popełnia, odbierając mu jednocześnie możliwość udowodnienia zmiany w życiu, wszyscy by przepadli.

Do biedaholdingu wrócił niedawno tutejszy włóczęga. Facet trafił tu pierwszy raz kilka lat temu. W Zochcinie stanął na nogi. Pomieszkał chwilę, po czym zniknął. Historia pojawiania się i znikania powtarzała się wielokrotnie.

Ostatnio wrócił przemoknięty, zmarznięty, po kolejnym ciągu alkoholowym. Tak po ludzku może człowieka szlag trafić. Na usta od razu cisną się słowa: „a nie mówiłem!”. Albo: „skoro jesteś taki mądry, wydaje ci się, że dasz sobie radę sam, to my cię tu nie trzymamy”.

I można tak oczywiście powiedzieć. I są tacy, którzy tak mówią. Tylko że tu się tak nie mówi. Tu się wie, że jak za oknem pizga i jest minus 10 stopni, to nawet najbardziej irytujący biedak musi znaleźć dla siebie miejsce. Dostać kawę i papierosy.

Najbardziej pokiereszowany, zniszczony grzechem człowiek w republice biedaków znajdzie swoje miejsce.

Po pierwsze dlatego, że wierzymy tu, że w każdym z tych biedaków siedzi Jezus Chrystus.

Po drugie dlatego, że zwykła ludzka przyzwoitość nie pozwala na zamknięcie drzwi przed takim biedakiem.

Po trzecie dlatego, że chrześcijaństwo którym się kierujemy, tym się różni od wymienionych na początku systemów, że ono właśnie nie jest systemem.

Każdy system – prędzej czy później – wykluczy. Każdy system wyrzuca kogoś na margines. A chrześcijaństwo – to fundamentalne – samo w sobie jest marginesem. Chrześcijaństwo jest marginesem dla marginesu. Nie wyklucza.

Dlatego ci wszyscy ludzie, którzy w niesieniu pomocy kierują się przyzwoitością i chrześcijaństwem mogą przypominać trochę frajerów.

Frajerstwem jest niezamykanie klatek schodowych, w których grzejniki mogą dać chwilę wytchnienia bezdomnym. Takim samym frajerem jest ksiądz, który włącza na noc ogrzewanie w kościele i otwiera jego drzwi. Frajerstwem jest – o czym pisał niedawno w świetnym wpisie Konrad Kruczkowski – zostawianie w biletomatach reszty – 20 groszy, które nam się mogą nie przydać, a dla biedaka mogą zamienić się w bułkę na śniadanie.

Frajerstwem jest też zostawianie jedzenia w galeriach handlowych na stole. Nie, nie po to, żeby zmęczone sprzątaczki same je sprzątnęły.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile osób może najeść się resztkami po was. Nie widzicie biedaków w galeriach handlowych tylko dlatego, że doszli już do perfekcji w unikaniu konfrontacji z tamtejszymi ochroniarzami. Ale oni tam są i modlą się, żebyście nie zjedli wszystkiego i nie wyrzucili tych resztek do śmietnika.

Pisałem niedawno w „Tygodniku Powszechnym”, że przed Światowymi Dniami Młodzieży mamy szansę na „ekologiczne nawrócenie”, o które apeluje Franciszek. Ale mamy też szansę stać się frajerami, którzy niosą drugiemu człowiekowi pomoc.

Stąd – z biedaholdingu – można dojść do prostego wniosku.

Spór o sprawiedliwość i miłosierdzie, który toczy się gdzieś w katolickich internetach nie dociera do istoty sprawy.

Sprawiedliwość w miłosierdziu polega tylko na tym, żeby równo dzielić po ludziach miłosierdzie.
A to jest cholernie trudne. Zapomnieć o sobie i dać komuś innemu. Sprawiedliwie – dla wszystkich i po równo – dzielić się miłosierdziem.

To jest ten radykalizm miłosierdzia, którego często nie dostrzegają fani Bożej Sprawiedliwości.