Archiwa tagu: bieda

Bukszpan babci Janiny

Babcia Janina mieszka za znakiem „Medynia Głogowska” naprzeciwko drewnianego krzyża, który stoi obok pierwszego we wsi przystanku autobusowego, ale przed znakiem ostrzegającym o wbiegających na asfalt Sarnach, i tuż obok domu rodzinnego księdza Józefa. (Ciekawostka: Babcia Janina chodziła z księdzem Józefem do tej samej klasy w podstawówce! Babcia Janina to jest generalnie kobieta wykształcona. Napisała maturę w Łańcucie, później studiowała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, zrobiła kurs katechetyczny i uczyła religii w szkole, w Medyni).
Idzie od cmentarza w stronę domu i pcha rower. Rower jest czerwony, bo drugi, niebieski, który od nas dostała, ma przebitą dętkę. Do roweru, od bagażnika zaczynając, przez siodełko, aż do prawej rączki kierownicy, bo babcia Janina pcha rower od lewej strony, przywiązane ma sznurkiem (przeciągniętym od łańcucha, później w górę, i tak kilka przełożeń) ze trzydzieści na oko gałązek bukszpanu.
Jurek naprawił jej tę dętkę, kupiliśmy nową opnę i pompkę, i zawiozłem jej ten niebieski rower.

– Oj, to dobrze, dobrze, Bóg niech wam wynagrodzi.
– Byłem u Pani niedawno, przed mszą u nas, zaprosić chciałem, nie było Pani, a to wieczór, ciemno już.
– A, bo ja jeżdżę, do Zalesia, w Zalesiu pięknie choinka rośnie, nazrywam, to na noc zjeżdżam.
– A ten bukszpan?
– A to (ścisza głos, jakby w ramach „konspiracji”), przy cmentarzu ludzie nazrzucali do lasu, bukszpan piękny, bukszpan na wiązanki.
– Wiązanki?
– Pekaesem jadę na targ do Rzeszowa, za osiem nawet sprzedam taką wiązankę, teraz przed świętami to bukszpan jak znalazł.

Pojechaliśmy więc dozbierać resztę tego bukszpanu. Najpierw do Kościoła na mszę o siedemnastej. (- To już na wypominki nie zostaniemy – mówi babcia Janina, i przekłada pas w samochodzie, trzyma ten pas przy zapięciu. – Zapiąć trzeba jednak – mówię. – A na co, kochaniutki, to tu, niedaleko, nie ma czasu na zapinanie pasów. – Zapnę – nie daję za wygraną. – Oj ty, Błażejku (bo ona do mnie Błażejku mówi), zapnij).

Babcia Janina ma długi skórzany płaszcz, trapery, w kościele całą mszę klęczy i mówi szeptem (chyba różaniec), po dzwonkach na zakończenie mszy zrywa się nagle, jakby w połowie, dłonie splata z tyłu, rozgląda się w prawo, w lewo, taka zgarbiona idzie do drzwi, jakby je chciała taranem pokonać, łapie za klamkę, ledwo zdążam za nią, jedziemy.

Pod cmentarzem przedziera się przez las. Jakby sama była z tego lasu. Jest ciemno przecież. Ona ten las dobrze zna „nie pal Błażejku tej latarki, las nie lubi takiego światła”. Idziemy tym lasem, ona czujnie, jak u siebie, ja po omacku, żeby tylko jej nie stracić z oczu, bo zginę tu przecież, „Jest!” – krzyczy. Zbiera na kupkę te gałęzie bukszpanu i mówi: „no pociągnij do auta, przeciągniesz?”.

Ciągniemy ten bukszpan z babcią Janiną przez las.
– Oj, pięknie, dobrze, że ta siostra cię tu przysłała – mówi babcia Janina, a ja ciągnę ten bukszpan tuż za nią.
Pakujemy gałązki bukszpanu po sam sufit samochodu.

– tu, rzuć tu, przy studni, przy studni te gałązki bukszpanu, pięknie bukszpan pachnie, ja jutro sobie przepatrzę, dołożę choinkę, będą wiązanki.

– pokaże mi Pani, jak robi te wiązanki?

– no, chodź, przyjdź, Błażejku, mój Boże, pokaże, może pojechać też chcesz, na handel ze mną?

Babcia Janina ma 83 lata, nie chodzi, biega, nie zatrzymuje się, w ogóle Babica Janina się nie zatrzymuje.

Czekanie

1.
6 rano. Schodzę na dół, bo umówiłem się z Marzenką, że ją przed siódmą zawiozę do pracy w Łańcucie.
Małgorzata Chmielewska kupiła mi do biura (pokoiku z kanapami, dokumentami itd., połączonego z moją sypialnią) ekspres do kawy, więc wstawiam szybko kawę i schodzę, żeby sprawdzić czy Marzenka wstała.
Wstała. Czeka. W butach już, czapce, kurtce, dopala papierosa.
– Już schodzę, mamy jeszcze chwilę czasu przecież, to kawę tylko łyknę, dobrze? – mówię.
– Żaden problem. To ja spalę jeszcze jednego.
– To poczekaj, zejdę z kawą do Ciebie.
Wracam na górę. Biorę kawę. Zaczyna świtać. Reszta śpi. Nie chcę zbudzić. Schodzę cicho. Pod schodami jest fotel. Lubię ten fotel. Jest taki skryty. Trochę jest w salonie, a trochę go nie ma. No więc świta, w Domu półmrok, taki, wiecie, panuje tu koło szóstej nastrój, jak wtedy, gdy przed wyjściem rano do pracy wstaniecie na tyle wcześnie, żeby dopić jeszcze rano kawę.
Na fotelu siedzi Iwonka. Nie śpi, jak mówi, od trzeciej albo czwartej.
Normalnie było tak, że przygotowaniem śniadań i kolacji zajmowały się Ula i Ida. One też gotowały obiady. Zarządziliśmy więc, że „od teraz” zrobimy dyżury śniadaniowe i kolacjowe, tak, żeby każdy miał wkład w tworzenie Domu, a jak przecież inaczej tworzy się Dom, jeśli nie przez stół, wspólnotę stołu, i odpowiedzialność za to, że w Domu nikt nie chodzi głodny?
Iwonka wpisała się na listę na śniadanie.
– nie śpisz?
– bałam się, że zaśpię i nie przygotuję śniadania.
– przecież śniadanie jest o ósmej rano.
– a już jest przecież szósta piętnaście, to najwyższy czas, żeby talerze rozstawić.
– przecież o siódmej trzydzieści też być ze wszystkim zdążyła.
– no nie mogłam spać. Wolałam tu poczekać. Niż na łóżku. Gdybym czekała na łóżku jeszcze mogłabym niechcący zasnąć i zaspać.

2.


Basia śniadanie we wtorek jadła z bezrękawnikiem przewieszonym na krześle. Zbyszek na śniadanie we wtorek zniósł czapkę z daszkiem i położył ją na stół. Wszyscy byli w wysokich, ciepłych butach. Czekali. Wszyscy czekali, bo umówiliśmy się, że we wtorek pojedziemy w Bieszczady. Jednodniowy wypad. Nie wiem czy Oni spali przed tym wyjazdem. Basia nie spała na pewno.
– Coś zmęczona jesteś, Basiu – zapytałem, gdy szliśmy zaporą na Solinie.
– Nie spałam, myślałam, co ubrać. Bo tak: niby jest ciepło, ale przecież mówiłeś, że pojedziemy nad wodę, od wody ciągnie, a ja nie mam kurtki, musimy znaleźć dla mnie kurtkę, więc w nocy myślałam, czy założyć dwie koszulki, czy jedną, na pewno, myślałam sobie, zabiorę ten bezrękawnik, ale skoro bezrękawnik, to muszę jeszcze jakąś bluzkę z długim rękawem.
– i za ciepło się ubrałaś?
– trochę za ciepło. Bo wzięłam jeszcze taką bluzeczkę, w razie czego.

3.
Moi ludzie są jednym wielkim czekaniem. Na wszystko. Na kolację. Na mecz. Na wyjazd do lekarza. Na sen. Na listonosza. Na Dom.
Jednym, wielkim, stęsknionym, niespokojnym czekaniem. Artur, syn siostry Małgorzata Chmielewska też jest jednym wielkim czekaniem. Kto nigdy nie widział czekającego Artura, wychodzącego na ulicę, wyglądającego przez okno, zniecierpliwionego czekaniem, ten nie wie, co to jest czekanie. Czekanie Artura i moich Ludzi ściska za gardło.

Więc gdyby ktoś pytał, czego już się nauczyłem po tych trzech tygodniach bycia w Medyni, to nauczyłem się tego, jak boleśnie można czekać. Jak czeka się z niecierpliwością, ale z nadzieją. Mam taką teorię, że w tym czekaniu jest coś z zawodu. Dlatego pewne jest jedno – nigdy, przenigdy nie można zawieść tego czekania.
Że tak pojadę grafomanią na maxa: serio, nie pozwólcie, żeby ktoś na was musiał czekać, na wasze dobre słowo, wasze odwiedziny, na spełnienie danej obietnicy.
Nie ma nic gorszego jak zawiedzione czekanie.

Ksiądz

Ksiądz mieszka kilka domów dalej. Albo wcześniej. Raczej wcześniej, bo zakładam, że Wieś zaczyna się tam, gdzie pierwszy raz w nią wjechałem. Łańcut – Czarna – Medynia Łańcucka – Medynia Głogowska. Znaki ostrzegające przed wpadającymi na drogę dzikimi zwierzętami, rozstawione wzdłuż drogi, da się zrozumieć dopiero jadąc nocą. Noc się zaczyna wcześnie i jest ciemna. Sarnie oczy świecą w tych ciemnościach z pobocza przez siedem kilometrów, dokładnie tyle, ile jest napisane na znaku ostrzegawczym po wjechaniu do Wsi.
Więc ksiądz mieszka za znakiem ostrzegającym przed Sarnami, ale przed naszym Domem.
Ksiądz, jak przystało na wiejskiego księdza, ma na imię Józef. Stąd pochodzi. Starsi mieszkańcy pamiętają go jeszcze jak biegał po Wsi w krótkich spodenkach. Ale tylko jego rówieśnicy mogą go takiego pamiętać, bo ksiądz Józef ma siedemdziesiąt trzy lata i po maturze pojechał kształcić się do Koszalina.
Był wikarym, proboszczem, aż na koniec życia zjechał w rodzinne strony i zamieszkał w domu rodziców.
Ksiądz Józef pachnie intensywną, słodką wodą kolońską, którą da się za parę złotych kupić u Staśka w sklepie. U Staśka w sklepie jest wszystko, mortadela, baleron, papierosy, wódka, tusz do drukarek, mleko, zegarki i woda kolońska księdza Józefa. Ula mówi, że jak czegoś nie ma w sklepie u Staśka, to znaczy, że to coś jest nieważne, albo w ogóle nie istnieje, a jeśli udowodni się, że to istnieje, to Stasiek to zamówi, i będzie.
Ksiądz Józef co dzień rano wychodzi z domu ogolony, pachnący wodą kolońską, z ostatnimi, pojedynczymi włosami zaczesanymi do tyłu. W sutannie ma obrazki ze świętym Charbelem i cukierki.
Drogę ze swojego domu do kościoła, który jest po drugiej stronie Wsi, pokonuje kilka razy.
Zazwyczaj pieszo. W tej sutannie, w porannym słońcu, chwilę przed 8 rano, wokół rdzawych liści i pustych pól, idzie i mówi różaniec. Zatrzymuje się przy każdej świętej figurce. Przy tych obok naszego domu klęka. Później wchodzi na pole, schodząc z asfaltu na pobocze podnosi sutannę, żeby nie zmoczyć jej w rosie wysokiej trawy. Staje na środku pola, rozkłada ręce, głowę podnosi do góry, stoi tak do sześciu minut, potem wraca na asfalt i dalej w drogę do Kościoła.
Zatrzymuje się przy każdym dziecku idącym do szkoły i daje mu cukierka. Z każdym spotkanym po drodze starszym zamienia kilka zdań i daje obrazek ze św. Charbelem.
Ksiądz Józef przyszedł do nas kilka dni temu na obiad. Pomodlił się w kaplicy. Wychwalił sos grzybowy Uli. Każdemu dał obrazek ze św. Charbelem. Później poszliśmy do mnie, na górę, na zieloną herbatę.
– Pan jest tu nowy, we wsi.
– Zgadza się.
– Proszę klęknąć, pobłogosławię.
Pobłogosławił, wypił i poszedł. Zostawił swój zapach intensywnej wody kolońskiej.
Będzie nam przychodził i odprawiła msze w kaplicy.

Dom Dobry

Około 19, dziesięć minut po modlitwach, po spaleniu ostatniego papierosa, dopiciu herbaty z kolacji, zamknięciu bramy, nakarmieniu i ściągnięciu z podwórka psów, zmyciu naczyń, po zrobieniu tego wszystkiego, jakby za chwilę miał się skończyć świat i trzeba na chwilę przed końcem uprzątnąć po sobie, po tych wszystkich rytualnych niemal czynnościach, podczas których każdy wie, co ma robić, wszyscy idą do swoich pokoi. Drzwi się zamykają.

Na dole zostaje Marzenka. Ogląda jakieś kabarety w telewizji. Ale niezbyt długo. Reszta jest u siebie. Czasem Lodzia wyjrzy jeszcze do przedsionka spalić papierosa. Czasem Ula podskoczy do Idy wymienić się książkami. Ale generalnie po 19, no, powiedzmy, o 19.45, na pewno po 20, życie domu zwalnia, codzienna krzątanina ucicha, kaszlenie Lodzi nie jest tak wyraźne, Jurek przestaje dopytywać, czy Filipiak zwolni Probierza, a Ida, oglądając pewnie u siebie jakiś kryminał, przestaje mnie przekonywać, że wybranie się do kina na „Ptaki śpiewają w Kigali” nie jest dobrym pomysłem, bo przecież polskie kino nie wyprodukowało nigdy niczego dobrego.

Byłem zdziwiony. Przecież jest wieczór. Obejrzyjmy coś razem – myślałem. Pogadajmy, nawet, niech już będzie, o kiepskim rzekomo polskim kinie, Jurek (kibic Górnika Zabrze) niech nawet pośmieje się ze słabszej formy Cracovii. Pobądźmy jeszcze razem. Pouczmy się siebie. Ja tak bardzo tego potrzebuję, znać was, wniknąć, poznać (ja, ja, ja), a przecież w ciągu dnia bywamy zalatani. Owszem, mamy na to cały dzień, robimy to. Ale wieczór ma przecież to coś.

Nie. Wszyscy znikają u siebie.

No więc chodzę sobie jeszcze chwilę wokół domu. Tu noc jest naprawdę nocą. Coś czytam tu i ówdzie. I wchodzę do kaplicy. W środku jest Basia. Maluteńka taka. Siedzi w pierwszym rzędzie. Przestraszyłem ją zapalając światło.

– Już gaszę, przepraszam, nie wiedziałem, że tu jesteś.
– Może być zapalone.
– Nie śpisz? Nie jesteś u siebie?
– Tu jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej.

To jest dom dobry. Jak słusznie śpiewa Pablopavo, dom dobry żywi się tym, czym jesteśmy. W Domu w Medyni jest 11 osób.  Lodzia, Ula, Basia, Grażyna, Ida, Iwona, Marzena, Waldek, Zbyszek, Jurek i ja. I jesteśmy w nim tak bardzo różni i tak bardzo inni. Ze swoimi historiami, przeszłościami, przyzwyczajeniami. Ten czas od dziewiętnastej aż do zaśnięcia jest łaknieniem przez nas intymności, prywatności, swobody bycia u siebie w pokoju. To jest dom-nie-dom. I ta mądra myśl mojego taty, żebym nie zamykał w naszym rodzinnym domu drzwi swojego pokoju, bo w domu nie zamyka się drzwi w swoich pokojach – w tym miejscu nie działa.

Te pokoje są bezpieczne. Nie ma w nich przemocy. Są „nasze”. A w domu, schronisku, ogrzewalni, noclegowni, gdzie żyją bezdomni, pragnienie chwili prywatności, zamknięcia pokoju i BYCIA U SIEBIE, jest ogromne.

Lubię te moje drobne olśnienia, i to, że one nie pasują do mojej wydumanej wizji, a jeszcze bardziej lubię, że one tak doskonale te wizje obalają i modyfikują.

 

Staw

 

Fot: Beata Zawrzel

Fot: Beata Zawrzel

Na niemal każdym spotkaniu o „mądrym pomaganiu”, prędzej czy później zjawia się jakiś odważny, który wyrzuca: „no i pan im rybę daje, pieniądze na ulicy, przecież przepiją!”. Zawsze mnie to dziwi, na szczęście przestało mnie to złościć. Pytanie o to, czy dawać „wędkę czy rybę” nie jest tak naprawdę pytaniem o mądrą pomoc. Tylko pozornie, stawiając to pytanie, mamy przed oczami rzeczywiste potrzeby człowieka, który staje przed nami i prosi. Tak naprawdę, i zupełnie nieświadomie – gdy ktoś uporczywie pyta o sensowność dawania ryby albo wędki – staje nie przed dylematem, jak pomagać mądrze, ale przed tym nieznośnym pytaniem: co ja mam, i co robię z tym, co mam. Pytanie o wędkę i rybę jest ukrytym pytaniem o „swoje posiadanie”!

Gdy kupuję paczkę papierosów, wydając na nią 15 złotych, w ogóle nie zastanawiam się nad tym, czy to ma sens. Czy to jest mi potrzebne? Stają w kolejce do sklepu, machinalnie sięgam po kartę albo gotówkę, wydaję 15 złotych dziennie. I gdyby się tak dobrze nad tym zastanowić, albo wykonać tak intensywny proces myślenia nad tym, co robię, gdy myślę nad dawaniem pieniędzy biedakom na ulicy, to okaże się, że moje wydawanie kasy na fajki jest całkiem bez sensu.

Ale gdy staje przede mną bezdomny i prosi o kilka złotych, nagle włączają mi się wszystkie lampki kontrolne i zaczynam – w paternalistycznym uniesieniu – kalkulować. Wędkę dać? Rybę? Czy to mu pomoże? Może zaszkodzi?

No jasne, że pięć złotych nie zmieni życia tego człowieka. No jasne, że może za to łyknąć ćwiartkę czystej. No jasne – może kupić sobie bułkę i parówkę.

Staszek, bezdomny z plant opowiadał mi niedawno, jak żebrał na dworcu w Krakowie. Podchodzi do eleganckiej pani i mówi swoim soczystym głosem: – kierowniczko, pani poratuje drobnymi. Kierowniczka mierzy go wzrokiem, w jej głowie dokonuje się ten uciążliwy proces racjonalizacji, w końcu się decyduje, sięga po portfel, wygrzebuje z niego dwa złote, wyciąga do Staszka rękę i mówi na cały głos: „Dobrze! Dam panu te pieniądze! Tylko niech pan nie przepije!”. Staszek na to: „Dobrze miła pani. Wezmę te dwa złote i zainwestuję na giełdzie, a później kupię sobie za to domek”.

A już najciekawiej jest, gdy ktoś swoje dzielenie się, a raczej „racjonalnie nie-dzielenie” podbudowuje chrześcijaństwem. Mówimy o miłosierdziu. I o tym, że nie ma w nim żadnych reguł sprawiedliwości. Że miłosierdzie to właśnie dawanie za darmo. Temu, kto nie zasłużył ani nie zapracował. Jak w tej historii z zarządcą winnicy, który tyle samo płaci robotnikom pracującym od rana, i tyle samo robotnikom, którzy przyszli pod wieczór. Co za nieroztropny typ! Co za niesprawiedliwość!

Ale on tam, na zarzuty, że jego „miłosierdzie jest nieroztropne”, odpowiada strasznie mądrą frazą: „Czy nie umówiliśmy się na dniówkę? Weź swoje pieniądze i wracaj do domu! Chcę temu ostatniemu pracownikowi dać tyle samo, co tobie. Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę? Nie podoba ci się, że jestem dobry?”.

„Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę?!”. Och, jakie to jest mądre! Jak bardzo uwalniające i odpowiadające na dylemat o wędkę i rybę.

I jeszcze jedno. Jeśli ktoś ma już ambicję pomóc jakoś Staszkowi, który na dworcu prosi o dwa złote, jeśli ktoś naprawdę chce dać mu wędkę, niech, cholera jasna, nie zapomina, że nic nie będzie ze Staszka-wędkarza, jeśli Staszek-wędkarz nie będzie miał stawu, w którym mógłby łowić swoje ryby.

No więc gdy już myślimy o wędce – to myślmy o niej systemowo. Wędka – czyli możliwości, umiejętności i kwalifikacje do pracy – to mądra pomoc, tylko pod warunkiem, że jest w okolicy zakład pracy, w którym można te umiejętności i kwalifikacje zaprezentować.

W innym wypadku łechcemy tylko nasze ego i paternalizm – że oto „mądrze pomogliśmy”.

Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: „Pozwólcie mi zrobić coś teraz”. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: „Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?”. Odpowiadam im: „Nasili ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę.

Ale ja nadal będę im dawały ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę”.

Uważam, że na tym polega dzielenie się odpowiedzialnością. To tu potrzebujemy siebie nawzajem. Są pewne rzeczy, które możemy zrobić tylko my, i są rzeczy, które możecie zrobić tylko wy. Ale jeżeli połączymy siły, razem możemy zrobić coś pięknego dla Boga.

/Mowa Matki Teresy w Japonii, 24 listopada 1984 r./

Dziękuję Beacie Zawrzel za udostępnienie Zupie na Plantach wielu pięknych zdjęć! Zobaczcie bloga Beaty: zapiski prawego oka.

Za tych, którzy głosu nie mają

Zupa na Plantach nie jest zakąską do wódki. Chociaż tak się zdarza. Moglibyśmy oczywiście postawić na Plantach tablicę ze zdjęciami i napisem: „tych klientów nie obsługujemy”. Moglibyśmy też pewnie ustawić stoisko z alkomatem. Chłopaki wydmuchiwaliby pewnie po kilka procent, a my moglibyśmy im mówić: „zasady są, tu się nie pije, pan wydmuchał 1.4 proc., więc zupy my tu dla pana nie mamy, wypad”.

I pewnie rzeczywiście jest tak, że my na tych Plantach grzeszymy. Przesadną naiwnością, dobroczynnością, może nawet pobłażliwością. Nasi ludzie – wolontariuszki i wolontariusze – być może przesadzają z zaufaniem i pokładaniem w bezdomnych zbyt dużych nadziei.

Renia, przepiękna kobieta, kierowniczka Domu Wspólnoty Chleb Życia na Potrzebnej w Warszawie (100 bezdomnych-chorych) powiedziała mi niedawno, że przez całe swoje życie z bezdomnymi uczy się jednej rzeczy: znaleźć środek między wrażliwością i asertywnością.

Wypośrodkowania między wrażliwością a asertywnością Renia uczy się od 15 lat. I non stop to powtarza. My uczymy się do kilku miesięcy. I pewnie będziemy uczyć się do końca życia, jeśli będziemy mieli siłę, żeby do końca życia żyć z bezdomnymi.

Możemy mieć zasadę, że nie obsługujemy alkoholików. Tylko pokażcie mi bezdomnych, którzy nie są alkoholikami. Może jakiś promil. Możemy mieć zasadę, że zupę dostają tylko czyści i odwszeni ludzie. Tylko pokażcie mi absolutnie czystych i odwszonych bezdomnych. Może jakiś promil.

Jeśli już mamy grzeszyć czymkolwiek, to myślę sobie, że lepiej grzeszyć tą naiwnością i jednak nieść pomoc, niż grzeszyć przesadną kalkulacją, decydowaniem (w poczuciu wszechwiedzy) komu nieść pomoc, a komu jej nie nieść, i przez to siedzieć z założonymi rękami.

Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci niż nadmiarem kalkulacji.

Xxx

Odgórne zasady nie działają. Powiedzenie stu pokopanym przez życie facetom, żeby nagle przestali pić, dbali o siebie, poszli do pracy itd. – to naiwność. To, że odgórne zasady nie działają, nie znaczy, że zasad nie ma.

Przemek i Grzesiek. Mocują się, żeby pójść na detoksykację. Nawet udało się załatwić skierowanie. Jesteśmy do ich dyspozycji. Przygotowujemy wyprawkę szpitalną, zatankowany samochód czeka na możliwość dowiezienia ich do szpitala Babińskiego.

Ale co z tego, jeśli chłopaki nie są w stanie wyzerować swojego licznika. Za każdym razem wydmuchują po kilka procent. I my się wkurzamy, denerwujemy, krzyczymy, złościmy – przecież zasady są jasne, musicie być na zero, żeby wziąć się w garść. I moglibyśmy odpuścić, za piątym, szóstym, dziesiątym razem. Tylko jest jakaś niesamowita siła w tych ludziach (wolontariuszach Zupy na Plantach), która nie pozwala im odpuścić. Wiemy, że nie wyjdziemy za Grześka i Przemka z ulicy. Że oni muszą zrobić to sami. I mimo, że za każdym razem dotychczas się nie udawało, to nie odpuszczamy. Wiemy, że uda się za 15 razem. A jeśli ma się udać dopiero za 20 razem, to też będziemy do dyspozycji.

Xxx

Po wczorajszej Zupie z Olą Wilczewską, lekarką, próbowaliśmy ogarnąć gdzieś spanie Rafałowi. Przyszedł na Zupę. Wydmuchał nam 2,4. Telepało go. I jasne było, że po odstawieniu dostanie ataku padaczki. Jadąc z nami samochodem, szukając gdzieś miejsca do snu, Rafał trzeźwiał.

– Gdzie jedziemy? – pytał Rafał.

– Do szpitala – odpowiada Ola.

Rafał: – Przyjmą nas?

Ola: – Załatwimy, nie stresuj się.

Rafał: – Pewnie nas nie przyjmą, znów będę spał na ulicy.

Ola: – Nie, dziś nie będziesz spał na ulicy.

W szpitalu się nie udało. Udało się dopiero w ogrzewalni. I telefoniczna rozmowa Oli z kierownikiem Ogrzewalni, w której prosiła go o przyjęcie Rafała, to była prawdziwa rozmowa kogoś, kto ma głos i może mówić w imieniu tych, którzy tego głosu nie mają i mówić nie potrafią.

Dzięki tym prostym zasadom, po pierwsze, że system i zasady można naginać, żeby nieść pomoc, a po drugie, że mamy ręce, nogi, głowę, umiemy coś załatwiać, mamy samochód i czas – i wykorzystujemy to dla innych, słabszych – dzięki temu Rafał wytrzeźwiał, spał w ciepłym i rano spokojnie napił się kawy i zapalił papierosa, a teraz możemy walczyć o jego życie jeszcze raz.

Xxx

W ogrzewalni mają jakieś siedemdziesiąt bezdomnych. Ale nie mają dla nich ubrań. Trójka wspaniałych pracowników socjalnych całą noc czuwa nad bezdomnymi. I to jest kolejna prośba. W ogrzewalni potrzebują męskich spodni, koszulek, bluz i bielizny. Nie dawajcie z tego, co wam zbywa. Ostatnio przyjechał do nas transport z… używanymi butami narciarskimi. No serio, nie mamy co z tym zrobić. Gdybyście mieli męskie spodnie, koszulki, bluzy i bieliznę – i tylko to – dajcie znać.

strzelczyk@tygodnik.com.pl, FB: Błażej Strzelczyk.

Majtki, skarpety, kalesony

15622638_598920736961065_2681439896059194306_n

Wokół mojego biurka w redakcji leżą cztery reklamówki. Zaglądam do środka. W pierwszej ryż, konserwy, puszki z pomidorami, kukurydzą, groszkiem. W pozostałych: paczki z podpaskami (przy dziesiątej straciłem rachubę), nawilżone chusteczki, szczoteczki i pasty do zębów, mydła – w kostkach i w płynie.

– Iwonka – krzyczę do koleżanki dbającej w redakcji o to wszystko, o co państwo redaktorstwo dbać podczas codziennej pracy zapomina – Iwonka, co to za reklamówki?

– Ktoś przyniósł, mówił, że dla ciebie – słyszę.

– Podpaski, dla mnie?

– Nie zaglądałam.

– Aha.

– I był jeszcze ten Marek, zabrał swoje walizki, mówił, że ma schronisko.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że na facebooku napisałem kiedyś taką historię:

Padła mi bateria w telefonie. Wiadomości, jak się okazuje – niestety – odsłuchałem dużo późnej. Było ich sześć. Coś tam o pracy. Coś o jakimś piciu. Odsłuchuję zapisuję co trzeba, resztę usuwam. Nagle słyszę w słuchawce przepity lekko, chropowaty kobiecy głos:
– Dobry wieczór, Anna xxx, bezdomna, dzwonię w sprawie tych ubrań.
Oddzawniam od razu. Odbiera Marek.
– cześć Marek. Ania do mnie dzwoniła, co tam?
– już Ci ją daję.

Trzeszczy chwilę w słuchawce, telefon przejmuje Ania:

– cześć Błażej.
– cześć, cześć, jak tam?
– wiesz, bo my te wszystkie całe nasze worki z ubraniami i rzeczami, jak jest dzień, to chowamy w krzakach.
– no wiem. Szukam tego większego plecaka dla was. Jest ciężko.
– plecaka już nie potrzeba.
– co się stało?
– dziś przed nocą ktoś nam te worki zajebał. Wszystko tam było.
– kurwa.
– trudno. Przyjął nas znajomy. Jest ciepło. Dajemy radę, tylko jest mały problem.
– no, mów.
– głupio mówić. Dostałam na Smoleńsku ostatnio dwie podpaski. Obie w tych workach miałam. Muszę podpaski. Może wasze dziewczyny mają? Sorry, że z tym do ciebie. Bo bielizny żadnej też już nie mam.

No więc, jak się okazuje, ktoś ten post przeczytał i dostarczył do redakcji trzy reklamówki podpasek.

Nie wiem kto te reklamówki do redakcji przyniósł. Ale temu, który to zrobił, muszę powiedzieć, że Ania i Marek są właśnie w domku w Zochcinie, u siostry Chmielewskiej.

Stają na nogi. Także dzięki Tobie. Dzięki temu, że w trakcie szukania dla Ani i Marka miejsca na ziemi, Ona mogła czuć się przez chwilę bezpiecznie i komfortowo.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że życie na ulicy wcale nie jest takie łatwe, jakby się nam, tym z lepszej strony życia, mogło wydawać.

Pisałem już o tym wielokrotnie, że fraza: „biedni, bezdomni, sami wybrali sobie taki sposób życia na ulicy. Dlaczego mamy im pomagać?”, jest, cokolwiek błędna.

Tak serio, od ponad roku wychodzę na tę ulicę, i tam naprawdę trudno spotkać ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali, że codziennie będą musieli prosić o jedzenie, że nie będą mogli się myć w ciepłej wodzie, że nie będą mogli zasypiać na miękkim materacu.

Bieda na ulicy to też brak czystej bielizny. Bieda na ulicy to niezmienianie skarpet od miesiąca. Jeden Pan na przykład, gdy zapytałem go, kiedy ostatnio mył zęby, odpowiedział, że nie pamięta. Inny, jeśli o zęby chodzi, chyba każdy z nich ma zepsuty, a – musicie mi uwierzyć – umówienie go do lekarza, żeby zajrzał mu w te zęby, nawet za największe pieniądze, wcale takie proste nie jest.

Bieda na ulicy to jest intymność. Te wszystkie rzeczy, które dla nas są takie naturalne i oczywiste, dla innych, żyjących kilka metrów od nas, są nieosiągalne.

Pamiętajcie o tej intymności. O kobietach żyjących na ulicy, które nigdy nie były badane ginekologicznie. O mężczyznach, przecież takich samych jak my, którzy czasem przez swoje głupie decyzje, a później przez wady w systemie pomocy, nigdy nie zostali przebadani, żeby się wykąpać muszą iść na dworzec, a żeby zmienić bieliznę, muszą się kogoś o to prosić.

Pamiętajcie o tym, gdy ich mijacie na ulicy. Nie musicie dawać im pieniędzy. Kiedy mijacie ich na ulicy, zatrzymajcie się na chwilę, spytajcie, czego potrzebują, porozmawiajcie z nimi, powiedziecie (jeśli mieszkają w Krakowie), żeby w środę i niedzielę, około godziny 18.30 wpadli na Planty, obok teatru Słowackiego. Tam czeka na nich ciepła zupa i rzeczy, których naprawdę potrzebują.

A jeśli was na to stać, nie dawajcie już podpasek, ich mamy pod dostatkiem. Dajcie nam, proszę o to w Ich imieniu: majtki, bokserki, skarpetki, kalesony.

Jestem w redakcji Tygodnika Powszechnego, Wiślna 12, Kraków, codziennie, od poniedziałku do piątku od 9 do 16. A jeśli macie bliżej, jesteśmy też na Celnej 5 w Żywej Pracowni. Odzywajcie się na priv, na Facebooku.

dzięki.

 

Szczur, więzienie, paczka fajek

15078809_1496924713657713_7298808790827846747_n

Podobno w tym wszystkim chodzi o zanurzenie się w syfie. Zobaczenie w nędzy „twarzy Chrystusa”. Gdy na kilka minut siadasz na zimnym i mokrym murku posadzki pod Bramą Floriańską, upokorzenie i wkurwienie czujesz już po kilku sekundach. Spodnie nasiąkają moczem, deszczem, śliną. Ile tam siedzisz? Dziesięć minut? Nawet nie. Tyle, ile spalasz papierosa. Maksymalnie, jeśli zaciągasz się swobodnie, od czterech do sześciu minut. Ale akurat zaciągasz się nieswobodnie. Czujesz przecież smród: moczu, stęchlizny gnijących stóp, dymu szluga, zaschniętego potu. Palisz cztery minuty. Szybko palisz.

Emil siedzi od rana. O piątej rano budzi go policjant. Bo Emil śpi akurat na zimnej ławce pod Sukiennicami. Emil wstaje o szóstej i idzie.

– Przyszli najpierw około trzeciej.

– No i?

– I mówią, kurwa, po prostu, że chrapię.

– Że chrapiesz?

– Że, chrapię, mówią. Że to głośne jest. Mieszkańcy dzwonili, mówili, chrapie ktoś, że rzekomo to ja.

– Mieszkańcy? Na Rynku?

– Oni tam mieszkają przecież. Kamienice są na Rynku. Dzwonić musieli, nie ma chuja, policjant debil, ale kłamać to nie mogę powiedzieć.

– I?

– Mandat mi chciał dać. Weź się, rozumiesz, mandat.

– Za chrapanie.

– No, mówię mu: panie, lipy tu nie róbmy, już się zbieram, nie ma mnie, uznajmy, że mnie tu nie ma.

– A on?

– Żebym spierdalał, bo jak nie, to on ma możliwości.

Emil o szóstej rano ma kaca. Emil albo ma kaca, albo jest pijany. Jest w ciągu od sierpnia. Sierpień był trzy miesiące temu, ale Emil nie wrócił jeszcze z Woodstocku. Miał wrócić, oczywiście, ale mu się przedłużyło. Śpi teraz pod Sukiennicami, ewentualnie, jak go natychmiastowo zmorzy, wprost pod Bramą Floriańską. Bo tu siedzi. Obok Kapliczki Matki Boskiej. W takiej z murku wnęce.

– Żebrzesz?

– Ja się brzydzę. Jak sami podchodzą, to gadam.

– O czym?

– A dlaczego pan na zimnie siedzi? – Tak pytają. Wiesz, na pan do mnie.

– A ty, co na to?

– Opowiadam.

– Co?

– Ściemę walę. Jak czuję, że wrażliwie ma być, żeby kasą ktoś sypnął, to mówię, że mnie żona z domu wyjebała, kurwa jedna, puszczała się to na lewo, to na prawo.

– A niewrażliwie?

– To że we więźniu przesiedziałem, osiem lat.

– A prawda o tym, że na zimnie siedzisz, to jaka jest?

– Że dwadzieścia dwa lata w tym więźniu siedziałem.

– Za co?

– Daj fajkę.

Emil dawno temu miał sprzeczkę z bratem.

– Sprzeczkę?

– No. Zajebałem go. – Wstań z tego murku, bo wilka złapiesz.

 

Po poważnym załamaniu się nerwów Waldek wrócił na ulicę. W tej obok dworca kamienicy z numerem 3, drzwi od klatki się nie domykają. – Dwanaście schodków jest – mówi szeptem, prowadząc do piwnicy – nie ma żarówki, musiałem obliczyć, bo bym się wyjebywał za każdym razem. W piwnicy drzwi z wybrakowanych desek zamykają się na kłódkę. Kłódka jest przepiłowana. Nora, w której Waldek zasypia ma jakieś dwa metry na metr. Śpi na wersalce. Siedzimy w tej klitce. Palimy.

– W Wałbrzychu, skąd pochodzę, spałem na śmietniku. Ale to był, jak na nasze warunku, bo z kolegą tam spałem, duży komfort. Mieliśmy ogrzewany śmietnik.

– Ogrzewany?

– Dwie rury grzewcze szły zaraz obok śmietnika. Luksus, panie, luksus.

Waldek wstaje nagle, powoli, z dużą uwagą, mówi, żebym się nie ruszał, peta rzuca na ziemię. Zbliża się do mnie powoli, z pięścią zaciśniętą i śmiercią w oczach. Bierze zamach i wymierza kopa tuż obok mnie. – Szczur. Zabiłem dziada. W nocy dziś nie dawał mi spokoju, chodź, musimy go wyjebać.

 

Zapomnijmy o sentymentach. Chrystusie w ciele wykluczonego. Możemy oczywiście snuć rzewne opowieści, że przez rozdawane bezdomnym kanapki doprowadzamy ich do „osobistego spotkania z Chrystusem”.  Nawet jeśli pokonamy tę żmudną drogą do zrozumienia, że ostatecznie my, lepiej urodzeni, nie mamy pojęcia po co wychodzimy na ulicę i jaki jest cel naszych rozmów z bezdomnymi, to i tak nagle zapala się nam lampka, że przecież jednak wiemy lepiej. A to w zasadzie takie podbudowujące nasz narcyzm, że spędziliśmy czas z wykluczonym, dotknęliśmy jego historii. Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie – pisze Artur Domosławski – sentymentalizm przerabia w obiekty westchnień. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzi w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet.

Pułapki są więc dwie. Jedna z nich to nasz wzruszający sentymentalizm. Druga, to nasze przekonanie, że wiemy najlepiej co należy zrobić, żeby wyciągnąć kogoś z biedy.

Złotówka dziennie dzieli nas od rozwiązania problemu niedożywienia dzieci w Polsce

Czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

1.

Jem w takich barach z jedzeniem na wagę. Trochę ponad 3 złote za 100 gramów. Jestem dumny, gdy uda mi się włożyć na talerz jedzenia za 10 złotych. To wypada zazwyczaj duża garść ryżu, dwa kawałki ryby, pół garści surówki. Jem zazwyczaj z Mikołajem albo Kamilem, chłopakami z ulicy. Dziś ich nie było. W okolicy galerii kręciła się natomiast kobieta. Poszliśmy razem. Sympatyczna rozmowa, stajemy w kolejce.
– proszę sobie nałożyć, na co ma pani ochotę.

Sam wziąłem talerz i cyrkluję te gramy.
Ona nakłada ziemniak za ziemniakiem, dużą łyche surówek, dwa kotlety.
Myślę sobie: ładnie się załadowałem.
Ważymy.
Moje: 11,49. Jej: 42,70.
Płacę i słyszę w uszach głos Chmielewskiej, którą pytaliśmy z Piotrkiem o złość na biednych: – czasem biedak może wyprowadzić z równowagi, gdy dostaje palca, może ciągnąć całą rękę, ale myślę sobie wtedy: dobry jest, załadował mnie, będę ostrożniejsza.

Siadamy do jedzenia. Ona ledwo ten talerz niesie.
– pomogę.
– dziękuję.
– smacznego.
– smacznego.
– Monika. 36 lat. Śpi gdzieś pod halą targową.

Wyciąga po chwili telefon.
Pisze smsa.

Po pięciu minutach podchodzi do nas dwójka dzieciaków. Lat 6 i 12. Siadają obok. Każde dostaje po kotlecie. Ona zostawia sobie kilka ziemniaków.

2.

Co trzeci Polak wyrzuca jedzenie. Banki Żywności przeprowadziły ostatnio badania, z których wynika, że średnio jeden Polak wyrzuca na śmieci 50 kg jedzenia. Pomijam w tych obliczeniach jedzenie wyrzucane przez restauracje, sklepy, sieci supermarketów (to jakieś 7 milionów ton!). Skupiam się wyłącznie na każdym z nas. Pojedynczych Polakach. Indywidualnych decyzjach. Bo to przecież my wszyscy, którzy wyrzucamy jedzenie, jednocześnie jesteśmy przekonani, że nie od nas zależą światowe problemy z głodem i niedożywieniem.

Każdy z nas wyrzucił kiedyś jedzenie. Wędlina się przeterminowała. Pomidor zaczął pleśnieć. Ugotowaliśmy za dużo makaronu. Millward Brown przebadał, co wyrzucamy najczęściej: wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.). Powody? Wymieniamy m.in.: przegapienie terminu przydatności do spożycia, zrobienie zbyt dużych zakupów, zbyt duże porcje posiłków i niewłaściwe przechowywanie żywności.

Z tych wszystkich badań wynika, że czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

Jednocześnie 200 tysięcy dzieci w Polsce cierpi z powodu tzw. cichego głodu. Pisał o tym kiedyś Szymon Hołownia, obalając argument przeciwników przyjmowania uchodźców, którzy mówią, że skoro mamy jakieś pieniądze, to powinniśmy przeznaczyć je przede wszystkim na wsparcie dla Polaków.

Państwo znacie tę argumentację? Ile razy już słyszeliśmy zdanie internetowych erudytów, którzy „zaorali kogoś”, pisząc: „chcemy przyjmować uchodźców? Przecież polskie dzieci głodują!”, albo „co mnie obchodzi głód w Afryce, gdy mnie samemu nie starcza pieniędzy do pierwszego?”. Szymon Hołownia znalazł badania, z których wnika, że ludzi myślących w taki sposób w Polsce jest 53 proc. Pisze Hołownia: „Załóżmy roboczo, że liczba Polaków dysponujących jakimikolwiek pieniędzmi to jakieś 30 mln obywateli. 53 proc. z 30 mln to 16 mln”.

Co by było, gdyby zamiast wyrzucać jedzenie warte 2 tysiące złotych, przeznaczyć te pieniądze na walkę z głodem? Sumy jakimi możemy dysponować są zawrotne. Nie przesadzajmy. Załóżmy, przywołując raz jeszcze tekst Hołowni, że każdy z tych 16 milionów ludzi wyda chociaż złotówkę dziennie (!) na owo dożywianie najuboższych małych Polaków. Uzyskujemy na ten cel 348 mln zł miesięcznie. Podzielone przez 200 tys. dzieci, daje nam ok. 1900 zł na dziecko na miesiąc. Jest to kwota, z którą naprawdę można już coś sensownego zrobić. – A co by było, gdybyśmy opodatkowali się na ten cel wszyscy? – pyta Szymon Hołownia. Złotówka dziennie dzieli nas od sytuacji, w której hańbiący problem niedożywienia dzieci zostaje w Polsce rozwiązany.

Naprawdę wierzę głęboko, że wszystko zależy od nas. Nie kupuję tej naiwnej ostatecznie pragmatycznej wizji, że jeśli natychmiast nie widać skutków naszego zrównoważonego życia – bez wyrzucania jedzenia, oszczędzania, jeżdżenia komunikacją miejską, a nie samochodem – to należy z tego zrezygnować.

Kiedy napisałem na facebooku przywołaną na początku historię z Moniką i kotletami dla jej dzieci, przeczytałem w jednym z komentarzy, że zgodnie z Ewangelią nie powinienem się chwalić, że komuś pomagam. Przecież zasada ewangeliczna brzmi: niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa.

Bardziej się jednak boję, że moja lewa ręka wyrzuca rocznie kilogramy jedzenia, a prawa ręka w tym czasie podpiera argumenty, że „przecież głodu na całym świecie nie da się zlikwidować”.

Kto będzie krzyczał: „Franciszku, zostań z nami!”?

Słowa Franciszka wypowiedziane w samolocie wywołały kolejną burzę w polskich mediach. Z wypowiedzi papieża nie wynika jednak nic ponad to, że ludziom o różnych skłonnościach seksualnych, a także wyzyskiwanym kobietom i ubogim, należy się szacunek.

– Można potępić, nie z powodów ideologicznych, ale z racji postępowania politycznego, pewne manifestacje zbyt obraźliwe dla innych. Ale to nie ma nic do rzeczy – mówił papież. Chodzi o to – wskazał – że jest osoba z takimi skłonnościami, która ma dobrą wolę i szuka Boga. – Kim jesteśmy, by osądzać? – zapytał papież trzy lata po tym, gdy po raz pierwszy zadał w tym kontekście takie pytanie. Franciszek zaznaczył, że chrześcijanie powinni prosić nie tylko o wybaczenie osoby homoseksualne, „tak jak mówił kardynał «marksista», ale również ubogich, kobiety wyzyskiwane, muszą przeprosić za to, że błogosławili wiele broni, że nie towarzyszyli wielu rodzinom”.

Dlaczego przeprosić? Papież apeluje o społeczną wrażliwość, a jest sprawą oczywistą, że zawsze, gdy ktoś milczy widząc niesprawiedliwość, pogardę i prześladowanie, to do tego zła przykłada rękę.

To dziwne, że apel o szacunek odbija się w Polsce aż tak szerokim echem. Tomasz Terlikowski z okazji słów Franciszka przypomniał nawet nauczanie Kościoła w sprawie osób homoseksualnych, przekonując, że należy „bronić małżeństw i rodziny”. Trudno zrozumieć, dlaczego niby szacunek do osób homoseksualnych miałby w jakimkolwiek stopniu zagrażać małżeństwu i rodzinie. Tak samo jak trudno zrozumieć, dlaczego troska o ludzi wykluczonych, zwłaszcza troska o ludzi uciekających przed wojnami, miałaby zagrażać katolickiej Polsce.

W kolejnych wypowiedziach Franciszka, które w Polsce wywołują fale spekulacji i szereg wątpliwości, nie ma nic innego, jak tylko apele o zwykłą przyzwoitość.

Najdziwniejsze natomiast jest to, że wszystkie słowa papieża dotyczące społecznej sprawiedliwości, niezgody na wykluczenie, troski o ubogich, słabych, ofiary wojny, prześladowanych itd., kwitowane są w Polsce zdaniem: „Papież jest lewicowy”.

W Polsce „Papież jest lewakiem”, tylko dlatego, że mówi o biedzie, wykluczeniu, umowach śmieciowych, ekologii, przyjmowaniu uchodźców, wyzysku w pracy, zarobkach, nierównościach społecznych itd.

Jeśli to wszystko jest „kosmicznym lewactwem”, to ja tylko chciałem zapytać, czym w takim razie jest chrześcijaństwo?

Stawianiem murów? Sojuszem duchownych z biznesem? Paleniem kubeczkami po jogurtach w piecach? Wycinaniem lasów? Zatrudnianiem ludzi na śmieciówkach? Dokładaniem ręki do nierówności społecznych?

Coś nam się tu chyba zdrowo popieprzyło, jeśli wrażliwość społeczną nazywamy lewactwem, a za chrześcijaństwo uważamy „obronę cywilizacji przez arabami” i „obronę rodziny przed gejami”.

Z niecierpliwością czekam na wizytę Franciszka w Polsce. Wcale nie dlatego, że będzie kontrowersyjnie i śmiesznie. Przede wszystkim dlatego, że papież potrząsa sumieniami. Chrześcijaństwo to nie jest wygodna religia, w której docenia się swoich.

Pewne i jednocześnie smutne natomiast jest jedno: to będzie papieska pielgrzymka do Polski, podczas której możemy nie usłyszeć gromkiego okrzyku: „Zostań z nami!”.