Archiwa tagu: bezdomność

Staw

 

Fot: Beata Zawrzel

Fot: Beata Zawrzel

Na niemal każdym spotkaniu o „mądrym pomaganiu”, prędzej czy później zjawia się jakiś odważny, który wyrzuca: „no i pan im rybę daje, pieniądze na ulicy, przecież przepiją!”. Zawsze mnie to dziwi, na szczęście przestało mnie to złościć. Pytanie o to, czy dawać „wędkę czy rybę” nie jest tak naprawdę pytaniem o mądrą pomoc. Tylko pozornie, stawiając to pytanie, mamy przed oczami rzeczywiste potrzeby człowieka, który staje przed nami i prosi. Tak naprawdę, i zupełnie nieświadomie – gdy ktoś uporczywie pyta o sensowność dawania ryby albo wędki – staje nie przed dylematem, jak pomagać mądrze, ale przed tym nieznośnym pytaniem: co ja mam, i co robię z tym, co mam. Pytanie o wędkę i rybę jest ukrytym pytaniem o „swoje posiadanie”!

Gdy kupuję paczkę papierosów, wydając na nią 15 złotych, w ogóle nie zastanawiam się nad tym, czy to ma sens. Czy to jest mi potrzebne? Stają w kolejce do sklepu, machinalnie sięgam po kartę albo gotówkę, wydaję 15 złotych dziennie. I gdyby się tak dobrze nad tym zastanowić, albo wykonać tak intensywny proces myślenia nad tym, co robię, gdy myślę nad dawaniem pieniędzy biedakom na ulicy, to okaże się, że moje wydawanie kasy na fajki jest całkiem bez sensu.

Ale gdy staje przede mną bezdomny i prosi o kilka złotych, nagle włączają mi się wszystkie lampki kontrolne i zaczynam – w paternalistycznym uniesieniu – kalkulować. Wędkę dać? Rybę? Czy to mu pomoże? Może zaszkodzi?

No jasne, że pięć złotych nie zmieni życia tego człowieka. No jasne, że może za to łyknąć ćwiartkę czystej. No jasne – może kupić sobie bułkę i parówkę.

Staszek, bezdomny z plant opowiadał mi niedawno, jak żebrał na dworcu w Krakowie. Podchodzi do eleganckiej pani i mówi swoim soczystym głosem: – kierowniczko, pani poratuje drobnymi. Kierowniczka mierzy go wzrokiem, w jej głowie dokonuje się ten uciążliwy proces racjonalizacji, w końcu się decyduje, sięga po portfel, wygrzebuje z niego dwa złote, wyciąga do Staszka rękę i mówi na cały głos: „Dobrze! Dam panu te pieniądze! Tylko niech pan nie przepije!”. Staszek na to: „Dobrze miła pani. Wezmę te dwa złote i zainwestuję na giełdzie, a później kupię sobie za to domek”.

A już najciekawiej jest, gdy ktoś swoje dzielenie się, a raczej „racjonalnie nie-dzielenie” podbudowuje chrześcijaństwem. Mówimy o miłosierdziu. I o tym, że nie ma w nim żadnych reguł sprawiedliwości. Że miłosierdzie to właśnie dawanie za darmo. Temu, kto nie zasłużył ani nie zapracował. Jak w tej historii z zarządcą winnicy, który tyle samo płaci robotnikom pracującym od rana, i tyle samo robotnikom, którzy przyszli pod wieczór. Co za nieroztropny typ! Co za niesprawiedliwość!

Ale on tam, na zarzuty, że jego „miłosierdzie jest nieroztropne”, odpowiada strasznie mądrą frazą: „Czy nie umówiliśmy się na dniówkę? Weź swoje pieniądze i wracaj do domu! Chcę temu ostatniemu pracownikowi dać tyle samo, co tobie. Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę? Nie podoba ci się, że jestem dobry?”.

„Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę?!”. Och, jakie to jest mądre! Jak bardzo uwalniające i odpowiadające na dylemat o wędkę i rybę.

I jeszcze jedno. Jeśli ktoś ma już ambicję pomóc jakoś Staszkowi, który na dworcu prosi o dwa złote, jeśli ktoś naprawdę chce dać mu wędkę, niech, cholera jasna, nie zapomina, że nic nie będzie ze Staszka-wędkarza, jeśli Staszek-wędkarz nie będzie miał stawu, w którym mógłby łowić swoje ryby.

No więc gdy już myślimy o wędce – to myślmy o niej systemowo. Wędka – czyli możliwości, umiejętności i kwalifikacje do pracy – to mądra pomoc, tylko pod warunkiem, że jest w okolicy zakład pracy, w którym można te umiejętności i kwalifikacje zaprezentować.

W innym wypadku łechcemy tylko nasze ego i paternalizm – że oto „mądrze pomogliśmy”.

Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: „Pozwólcie mi zrobić coś teraz”. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: „Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?”. Odpowiadam im: „Nasili ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę.

Ale ja nadal będę im dawały ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę”.

Uważam, że na tym polega dzielenie się odpowiedzialnością. To tu potrzebujemy siebie nawzajem. Są pewne rzeczy, które możemy zrobić tylko my, i są rzeczy, które możecie zrobić tylko wy. Ale jeżeli połączymy siły, razem możemy zrobić coś pięknego dla Boga.

/Mowa Matki Teresy w Japonii, 24 listopada 1984 r./

Dziękuję Beacie Zawrzel za udostępnienie Zupie na Plantach wielu pięknych zdjęć! Zobaczcie bloga Beaty: zapiski prawego oka.

Przemoc

– Ma pani zameldowanie?
– Nie, nie mam też dowodu osobistego, ale pamiętam PESEL.
– Od kiedy jest pani bezdomną?
– Trzydzieści lat.
– A kim są ci, którzy bili?
– Z jednym mieszkałam. Dobry chłopak. Drugi jest byłym.
– Piliście?
– Ja tylko trochę.
Krysia ma sińce pod oczami. Wargi dwa razy większe niż zwykle, ze strupami. Powybijane zęby. Nie może się wyprostować, bo kilka ciosów przyjęła też w brzuch. Bili ją przez całą noc. Popijając wódkę. Na kilku metrach kwadratowych altanki działowej.
Każde ze zdań wywiadu, który lekarka przeprowadzała z Krysią na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, było jak kolejny cios.
– Uderzali otwartą ręką?
– Otwartą. I pięścią. Kopali też.
– Gdzie?
– W twarz. I tu, pod szyją. I w piersi. W klatkę piersiową.
– Gdzie boli najbardziej?
– Tu, pod szyją.
– Dusili?
– Jeden obejmował z tyłu, dusił, drugi bił w twarz.
Jak to mogło wyglądać? Byłem u nich kilka razy. Nie ma wiele miejsca. W środku unosi się odór niemytych ciał, zmieszany z alkoholem i dymem papierosowym. Przemoczony materac. Butla z gazem. Puste butelki. Stęchłe jedzenie. A., z którym Krysia mieszkała, bił już wcześniej. Traktował jak przedmiot. Wyładowywał złość. Narzędzie seksu. Krysia uciekała. Później wracała. Uciekała do B. W końcu spotkali się we trójkę i urządzili piekło. Pili i bili. Nie patrząc na konsekwencje. Dla zasady? Bo to kobieta, wobec niej można wszystko? Bo kobietę trzeba trzymać krótko?
Wczorajszą noc na SOR-ze zaczęliśmy około dwudziestej. Badania i diagnostykę skończyliśmy chwilę przed pierwszą w nocy. Co dalej? Centrum Interwencji ma łóżko, ale nie ma toalety. Najbliższy dom siostry Chmielewskiej to z Krakowa trzy godziny jazdy samochodem. Udało się u sióstr albertynek. Jedna z nich całą noc czuwa przy telefonie. Dyżuruje, czekając na telefony takie jak ten, który wykonaliśmy chwilę po północy.
– Pobita kobieta.
– Przyjeżdżajcie. Czeka na nią łóżko.
„Życie na ulicy to wybór”? Tu, w takiej sytuacji, to też decyzja Krysi? Że będzie narzędziem w męskich rękach? Że będzie używana?
Dla kobiety życie na ulicy to droga przez mękę. Z comiesięczną prośbą o podpaski. Z brakiem toalety. Z nieustannym narażeniem. Strachem. Przemocą. Tęsknotą za dziećmi. Stabilizacją. Bezpieczeństwem.
Przelewają mi się obrazy w głowie. Próba wyobrażenia sobie tej nocy, podczas której Krysia – sama, bezbronna i przerażona – czeka na kolejne ciosy. Wyobrażenia wypychają te pełne cynizmu zdania mężczyzn, dla których molestowanie to sprawy drugorzędne, nieistotne, lewackie. Choćby te ostatnie, oglądane przez miliony widzów w telewizji. Występują: Jakub Wojewódzki. Natalia Nykiel, Tomasz Adamek:
JW.: My ci tu zaraz zrobimy analizę. Gotujesz? Sprzątasz?
NN.: Staram się, chociaż jestem bałaganiarą.
TA.: Trzeba lać!

Krysia jest bezpieczna. W środę jedziemy do siostry Chmielewskiej.

– Nowe życie, muszę zacząć nowe życie.

Futbol jest piękny

Marzenia o piłce nożnej bez przemocy, faszyzmu kibiców, drukowania meczów, rywalizacji na noże, zwycięstwa za wszelką cenę, są do spełnienia. Wystarczy wymazać z pamięci przekonanie, że futbol jest tylko tam, gdzie finezja piłkarskiego talentu musi mieszać się z workami pieniędzy bogaczy. Wystarczy pójść na krakowskie Planty.

 

Od wiosny, kiedy w Krakowie zrobiło się cieplej, oprócz Zupy na Plantach jest jeszcze futbol. Kiedy już zjemy zupę, Stefan (imiona bezdomnych zmieniam) krzyczy, że zbiera składy na piłkę. Spośród chłopaków i dziewczyny jedzących zupę, tworzą się drużyny. Mieszane. Znów nie trzeba spełniać żadnych warunków wstępnych. Można być, jeśli już się jest, wypitym. Można mieć długie i krótkie spodenki. Być w koszulce albo bez. Można przyjść tu, na Planty, z dworca, pustostanów albo altanek śmietnikowych. Można być domnym i bezdomnym. Czystym i brudnym. Śmierdzącym i pachnącym.

Drużyny są pięcio-, czasem sześcioosobowe. Piłka jest nowa. Bramki na cztery krok zrobione są z pustych termosów po zupie.

Kamil biega po boisku, jeśli trawnik na plantach można oczywiście nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem Światowych Dni Młodzieży. Na marginesie: zachwycaliśmy się, że po ŚDM plecaki, które nosili ich uczestnicy, zostały w Krakowie na plecach osób w kryzysie bezdomności. I sami bezdomni byli tym zachwyceni, bo plecaki, podobnie jak buty, są na wagę złota. Plecaki jednak zaczęły nieco przeszkadzać. Rzucają się w oczy. Są w jaskrawych odcieniach niebieskiego, żółtego albo czerwonego. Gdy widzicie w Krakowie taki plecak, to w 90 procentach za chwilę spotkacie bezdomnego. A chłopaki i dziewczyny nie zawsze lubią, gdy mówi się o nich „bezdomni”. Widziałem jak na jednym pustostanie chłopaki sprejem przemalowywali plecaki, żeby „nie było przypału”.

 

No więc Kamil biega po boisku, oczywiście jeśli trawnik na plantach można nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem. W środku ma dwie puste butelki po piwie „Harnaś”. Pastę i szczoteczkę do zębów. Kilka niedopałków papierosów (kiedy udaje się bezdomnemu wyżebrać papierosa, nie spala go całego od razu. Wypala połowę, gasi go w palcach albo pod podeszwą i chowa do kieszeni, albo plecaka – na później). W plecaku jest jeszcze koszulka na zmianę. Etui z dokumentami i zdjęciami rodziny. I klamka (Kamil mieszka w altance działkowej. Kiedy wychodzi na miasto wyciąga klamkę z drzwi, żeby nikt nie wszedł do środka. Chociaż nawet gdyby się ktoś włamał, zabrałby „tylko” śpiwór, kubek na kawę i butlę z gazem). Kamil, mimo że namawiany przez wszystkich, nie zdejmie plecaka. Zdejmując plecak, zostałby z niczym.

Drużyny mieszane: „domnych” i bezdomnych, mieszkańców pustostanów i wagonów kolejowych, cuchnących i pachnących, ustawiają się w kółku. Jeden w środku wypowiada kilka nieskładnych, w założeniu motywacyjnych zdań. Wolontariusze i reszta osób na plantach odwraca się w stronę trawnika i zaczyna wykrzykiwać pojedyncze, kibicowskie hasła. Przybijamy sobie piątki i gramy.

Nie ma tu wymyślnej taktyki. Tylko bramkarz jest na swojej pozycji. Reszta gra na chaos. Koledzy z drużyny mylą się z przeciwnikami. Kiedy już masz piłkę przy nodze, biegniesz co sił na bramkę przeciwnika.

Pamiętacie to? Każdy mecz, pozornie tylko grany dla zabawy, jest przecież meczem o życie. O być albo nie być. Tu i teraz na boisku. Intensywna gęstość. Zapominamy się tam, na tych Plantach. Żadne tam kalkulacje. Co będzie, jeśli odpuścimy? Żadne tam, „jeśli przegramy, to przecież za chwilę będzie kolejny mecz o trzy punkty”. Tu się gra na zawsze. Tak, jakby jutra miało nie być. Jakby to był finał ważnych rozgrywek, chociaż to porównanie ciągle jest niewystarczające. Jakby od nas wszystko zależało. Nagle, kiedy tak biegniesz z piłką przy nodze, pojedyncze okrzyki „kibiców” siedzących na ławkach, zamieniają się tak naprawdę w gwar trybun. Kumpel, z którym aktualnie masz kosę, bo podjebał ci niedawno trzy złote, staje się partnerem z drużyny, i jeśli podasz mi piłkę, gdy będzie na lepszej niż ty pozycji, twoja drużyna zdobędzie bramkę. Gramy.

Jeden z chłopaków, kiedy piłka wyszła gdzieś na aut, przytomnie zauważa: – Ej, chłopaki i dziewczyny, ale gdzie my się kurwa po tym meczu wykąpiemy? Na Łaźnię się zapisałem, ale mam dopiero za trzy dni”.

I nagle i to staje się nieważne. Bo zawsze można pójść na dworzec i tam się wykąpać. Gramy dalej. Dalej się zapominamy. Stajemy się beztroscy. Jesteśmy drużynami, które, owszem, rywalizują, ale w pełnych zasadach fair play. Zapominamy, gdzie za chwilę wrócimy. Zapominamy skąd przyszliśmy. Zapominamy o niezapłaconych mandatach, smutku samotności, nienawiści, przemocy. Zapominamy o bezdomności. Nie jesteśmy bezdomni, domni, czyści, brudni. Wchodzimy w nową rolę. Wychodzimy ze starej. Jesteśmy teraz piłkarkami i piłkarzami. Jesteśmy reprezentantami naszej drużyny. Beztroska w tym wszystkim jest, słuchajcie, beztroska i zapomnienie. I błogość. I dzieciństwo jest. Dziewczyńskość. Zdrowa rywalizacja. Honor. Strupki na kolanach. Przyjemność. Wysiłek. Wszystko to, co pozwala na chwilę zapomnieć. Beztroska i zapomnienie.

I w tym wszystkim Kamil, niemal niezauważony, zdejmuje plecak. Bo zapomniał, że przecież ma się bać. Zapomniał się. Nie ma w nim lęku.

Mecz, choćby nie wiem co, kończy się remisem. Zawsze. Jest wspólnota. Drużyna. Jedność i solidarność. Przybijamy piątki, robimy wspólne zdjęcie, koniec na dziś.

Jestem właśnie w Gdańsku. We wtorek było tu spotkanie promujący nowy numer Magazynu Kopalnia. Napisałem w tym numerze wywiad z Markiem Bieńczykiem. O pięknie futbolu jest. W Gdańsku, podczas spotkania promocyjnego byli szefowie Kopalni, Piotr Żelazny i Michał Szadkowski. I Asia Wiśnowska, która prowadziła naszą rozmowę.

W pierwszym rzędzie, wśród publiczności usiadł Andrzej Kowalczys. Legenda trójmiejskiej opozycji. Człowiek, który pomagał w organizacji wejścia Lecha Wałęsy na słynny mecz Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn, w 1983 r. Dziś Kowalczys jest radnym Gdańska. Społecznikiem. Terapeutą. Organizatorem zawodów piłkarskich drużyn niezrzeszonych. Co roku na Pomorze przyjeżdżają z całej Polski „dzikie drużyny”, które rywalizują się ze sobą w rozgrywkach „Do przerwy 1:0”.

Kowalczys usłyszał o tym, co dzieje się na krakowskich Plantach. Że wspólnie jemy a później gramy w piłkę. Że robimy to dla wspólnoty i solidarności, i dla zapomnienia. Postanowił więc nam pomóc. Przyszedł na spotkanie z dużą torbą piłkarskich koszulek. Nie takich zwykłych, kupionych, żeby odczepić od siebie głos sumienia. To są koszulki, w których Kowalczys grał z premierem Tuskiem, radnymi Gdańska, także z alkoholikami, z którymi przez lata pracował.

Koszulek jest kilkanaście. Każda z nich coś znaczy. Każda ma swoją historię. Każda jest nasiąknięta sentymentami. Kowalczys postanowił oddać je, nie bez żalu, naszym krakowskim bezdomnym. Żeby mieli w czym grać. Żeby poczuli się jeszcze bardziej piłkarzami.

Dobre historie nas dobrze karmią. Nie pamiętam kiedy ostatnio odebrało mi mowę w taki sposób w jaki odebrało mi mowę, kiedy Pan Andrzej Kowalczys opowiadał mi o swojej historii i historii każdej z tych koszulek piłkarskich.

Karmmy się dobrymi historiami. Panie Andrzeju, za to, że Pan rozumie, że bezdomni to nie śmierdzące, niepotrzebne resztki, za to, że Pan rozumie, że Oni potrzebują nas tak samo jak my potrzebujemy Ich, za to też, że dzieli się Pan tym, co jest naprawdę dla Pana ważne – dziękuję. Po prostu, w imieniu naszych dziewczyn i chłopaków z krakowskich ulic – dziękuję!

Za tych, którzy głosu nie mają

Zupa na Plantach nie jest zakąską do wódki. Chociaż tak się zdarza. Moglibyśmy oczywiście postawić na Plantach tablicę ze zdjęciami i napisem: „tych klientów nie obsługujemy”. Moglibyśmy też pewnie ustawić stoisko z alkomatem. Chłopaki wydmuchiwaliby pewnie po kilka procent, a my moglibyśmy im mówić: „zasady są, tu się nie pije, pan wydmuchał 1.4 proc., więc zupy my tu dla pana nie mamy, wypad”.

I pewnie rzeczywiście jest tak, że my na tych Plantach grzeszymy. Przesadną naiwnością, dobroczynnością, może nawet pobłażliwością. Nasi ludzie – wolontariuszki i wolontariusze – być może przesadzają z zaufaniem i pokładaniem w bezdomnych zbyt dużych nadziei.

Renia, przepiękna kobieta, kierowniczka Domu Wspólnoty Chleb Życia na Potrzebnej w Warszawie (100 bezdomnych-chorych) powiedziała mi niedawno, że przez całe swoje życie z bezdomnymi uczy się jednej rzeczy: znaleźć środek między wrażliwością i asertywnością.

Wypośrodkowania między wrażliwością a asertywnością Renia uczy się od 15 lat. I non stop to powtarza. My uczymy się do kilku miesięcy. I pewnie będziemy uczyć się do końca życia, jeśli będziemy mieli siłę, żeby do końca życia żyć z bezdomnymi.

Możemy mieć zasadę, że nie obsługujemy alkoholików. Tylko pokażcie mi bezdomnych, którzy nie są alkoholikami. Może jakiś promil. Możemy mieć zasadę, że zupę dostają tylko czyści i odwszeni ludzie. Tylko pokażcie mi absolutnie czystych i odwszonych bezdomnych. Może jakiś promil.

Jeśli już mamy grzeszyć czymkolwiek, to myślę sobie, że lepiej grzeszyć tą naiwnością i jednak nieść pomoc, niż grzeszyć przesadną kalkulacją, decydowaniem (w poczuciu wszechwiedzy) komu nieść pomoc, a komu jej nie nieść, i przez to siedzieć z założonymi rękami.

Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci niż nadmiarem kalkulacji.

Xxx

Odgórne zasady nie działają. Powiedzenie stu pokopanym przez życie facetom, żeby nagle przestali pić, dbali o siebie, poszli do pracy itd. – to naiwność. To, że odgórne zasady nie działają, nie znaczy, że zasad nie ma.

Przemek i Grzesiek. Mocują się, żeby pójść na detoksykację. Nawet udało się załatwić skierowanie. Jesteśmy do ich dyspozycji. Przygotowujemy wyprawkę szpitalną, zatankowany samochód czeka na możliwość dowiezienia ich do szpitala Babińskiego.

Ale co z tego, jeśli chłopaki nie są w stanie wyzerować swojego licznika. Za każdym razem wydmuchują po kilka procent. I my się wkurzamy, denerwujemy, krzyczymy, złościmy – przecież zasady są jasne, musicie być na zero, żeby wziąć się w garść. I moglibyśmy odpuścić, za piątym, szóstym, dziesiątym razem. Tylko jest jakaś niesamowita siła w tych ludziach (wolontariuszach Zupy na Plantach), która nie pozwala im odpuścić. Wiemy, że nie wyjdziemy za Grześka i Przemka z ulicy. Że oni muszą zrobić to sami. I mimo, że za każdym razem dotychczas się nie udawało, to nie odpuszczamy. Wiemy, że uda się za 15 razem. A jeśli ma się udać dopiero za 20 razem, to też będziemy do dyspozycji.

Xxx

Po wczorajszej Zupie z Olą Wilczewską, lekarką, próbowaliśmy ogarnąć gdzieś spanie Rafałowi. Przyszedł na Zupę. Wydmuchał nam 2,4. Telepało go. I jasne było, że po odstawieniu dostanie ataku padaczki. Jadąc z nami samochodem, szukając gdzieś miejsca do snu, Rafał trzeźwiał.

– Gdzie jedziemy? – pytał Rafał.

– Do szpitala – odpowiada Ola.

Rafał: – Przyjmą nas?

Ola: – Załatwimy, nie stresuj się.

Rafał: – Pewnie nas nie przyjmą, znów będę spał na ulicy.

Ola: – Nie, dziś nie będziesz spał na ulicy.

W szpitalu się nie udało. Udało się dopiero w ogrzewalni. I telefoniczna rozmowa Oli z kierownikiem Ogrzewalni, w której prosiła go o przyjęcie Rafała, to była prawdziwa rozmowa kogoś, kto ma głos i może mówić w imieniu tych, którzy tego głosu nie mają i mówić nie potrafią.

Dzięki tym prostym zasadom, po pierwsze, że system i zasady można naginać, żeby nieść pomoc, a po drugie, że mamy ręce, nogi, głowę, umiemy coś załatwiać, mamy samochód i czas – i wykorzystujemy to dla innych, słabszych – dzięki temu Rafał wytrzeźwiał, spał w ciepłym i rano spokojnie napił się kawy i zapalił papierosa, a teraz możemy walczyć o jego życie jeszcze raz.

Xxx

W ogrzewalni mają jakieś siedemdziesiąt bezdomnych. Ale nie mają dla nich ubrań. Trójka wspaniałych pracowników socjalnych całą noc czuwa nad bezdomnymi. I to jest kolejna prośba. W ogrzewalni potrzebują męskich spodni, koszulek, bluz i bielizny. Nie dawajcie z tego, co wam zbywa. Ostatnio przyjechał do nas transport z… używanymi butami narciarskimi. No serio, nie mamy co z tym zrobić. Gdybyście mieli męskie spodnie, koszulki, bluzy i bieliznę – i tylko to – dajcie znać.

strzelczyk@tygodnik.com.pl, FB: Błażej Strzelczyk.