Archiwa tagu: bezdomni

Inicjacja

1.
P., może by został, gdyby jego mama wysłała obiecywaną od dwóch miesięcy paczkę ze słodyczami. P. liczył po cichu na tę paczkę, a kiedy listonosz przychodził z książkami, przekazem pocztowym, albo rachunkami do opłacenia, to zbiegał pokracznie po schodach, mimo że nie może biegać, bo jego lewa noga wywinięta jest na wszystkie strony po niedawnej kontuzji, a jego ciało sprawia wrażenie, jakby nie było połączone ze sobą. Jego ciało jest zdecydowanie za duże, niespójne i niezgrabne. Mimo to zbiegał po schodach, a dom się od tego biegu trząsł zupełnie tak samo jak trzęsie się, gdy ulicą przejedzie większy samochód, zbiegał, stawał w drzwiach i z przebłyskiem nadziei pytał, czy to paczka od jego mamy.
A później stawał w oknie, wyciągał z popielniczki niedopalonego wcześniej papierosa (każdy bezdomny, nawet gdy mieszka już w domu, pali na dwa razy: dopala do połowy, później gasi w palcach i chowa albo do kieszeni, albo zostawia w popielniczce – na później – z oszczędności albo niepewności czy będzie co palić – to jest chyba jakiś atawizm) i zaciągając się tym papierosem przy oknie patrzył jakby w nicość, beznamiętnie.
P., może by został, gdyby nie był tak młody, a trzeba wiedzieć, że P. nie skończył jeszcze trzydziestu lat, pokiereszowało mu się w życiu mimo że start miał całkiem przyzwoity, w przyzwoitym domu z przyzwoitymi pieniędzmi.
P., może by został, gdyby tak głupio nie rwał się do życia. Bo do życia można rwać się mądrze i głupio. P. rwał się na łeb na szyję, na spalenie, na sto procent, bez względu na okoliczności i konsekwencje.
Pojechałem do Krakowa gasić swoje życiowe pożary, widział może, że trochę jestem roztrzęsiony, spakował się i poszedł w Polskę. Zostawił tylko kubek. – To jego ulubiony kubek, może wróci – mówi I. – więc pewnie wróci, chociaż po ten kubek.
Dzwonię, nie odbiera. Napisał w końcu smsa, że przeprasza, że ciągnęło go, że chce wrócić, we wtorek – i czy może.
„Wracaj. Gdzie jesteś, przyjadę po Ciebie”. I się urwało. I on jest tam, a my tu sobie cicho czekamy.
2.
Kupiłem pięć karpi, nawet nie robiłem sobie wyrzutów, nawet nie myślałem, żeby przekonywać ich, że karp nie, że możemy zamiast karpia zgodnie z ziemią i bez przestępstw i mordowania.
Ale Wigilia. Prawdziwa. Więc karp.
Przywiozłem te karpie razem z chłopakami. Wypakowaliśmy zakupy. Karol i Jurek od razu zabrali się za obrabianie tych karpi. Chciałem wyjść. Zawsze, gdy robił to tata, w łazience, w domu rodzinnym, wychodziłem. Była nad tym karpiem w domu chyba milcząca konieczność, tak jak pewnie w każdym domu w tym kraju: miejmy to już za sobą. Teraz zostałem. Pierwszy raz w życiu zostałem przy patroszeniu i ucinaniu karpich głów. Jurek brał kolejne z worka mechanicznie. Obaj z Karolem milczeli. Zazwyczaj podśpiewują i żartują w kuchni. Tym razem nad kuchnią powietrze było zbrodnicze. Byli pośpieszni, wcale nie odświętni. Jakby chcieli mieć tę smutną konieczność z głowy, ale doskonale wiedzieli, że nie mogą się przyznać przed „kobietami” (tak, panowie o współmieszkankach mówią: „kobiety”, albo – kiedy chcą być serdeczniejsi: „nasze kobiety”). Karol miał nieznośny wyraz twarzy. Przelewała się w nim oczywistość z przerażeniem, jak wtedy, gdy najstarszy syn Bena i Leslie z filmu Capitan Fantastic dopada zwierzynę i zębami wyrywa jej serce. Krew z karpi wylewała się powoli. Była bardzo gęsta. Głowy wrzucali do czarnego worka. Trwało to wszystko w milczeniu i przerażeniu, jakbyśmy uczestniczyli w zbrodni i słyszeli w tle sygnał policji.
Po wszystkim zaczęli dokładnie szorować kuchnię, jakby tuszowali dowody zbrodni, która miało tu właśnie miejsce.
3.
– Błażejku, pójdź mi po wodę do Staśka – mówi Lodzia rano, siedząc na swoim stałym miejscu, z którego się niemal nie rusza, w które jest wrośnięta, do tego miejsca od jej łóżka jest jakieś sześć drobnych kroków.
– Lodziu kochana… – zaczynam, a Ona wie, jak się moja fraza skończy, więc przerywa, i mówi: – wiem, wiem, wiem, że jest pięknie na zewnątrz, że życie, że ruszać się, że ty byś tak chciał, żebym ja i tu, i tam, ale ja mam kochaniutki siedemdziesiąt lat, no i nogi.
– No, ale co nogi? Przecież dasz radę, chodź, zobacz, tam, za drzwiami jest naprawdę miło, masz kurtkę, będzie ciepło, sklep Staśka to tylko 100 kroków.
– przewrócę się.
– nie przewrócisz, jak się przewrócisz, na prostej drodze?
– ale pojedźmy samochodem.
– jak samochodem, samochodem, sto metrów?
Poszliśmy. Lodzia była w sklepie pierwszy raz od ośmiu miesięcy. Drugi raz w życiu w sklepie Staśka.
– Miły ten Stasiek – powiedziała, gdy wróciliśmy po tej naszej stumetrowej wyprawie życia.
4.
Moi ludzie rwą się do życia i dokonują inicjacji.
I nic więcej nie ma sensu.

Dom Dobry

Około 19, dziesięć minut po modlitwach, po spaleniu ostatniego papierosa, dopiciu herbaty z kolacji, zamknięciu bramy, nakarmieniu i ściągnięciu z podwórka psów, zmyciu naczyń, po zrobieniu tego wszystkiego, jakby za chwilę miał się skończyć świat i trzeba na chwilę przed końcem uprzątnąć po sobie, po tych wszystkich rytualnych niemal czynnościach, podczas których każdy wie, co ma robić, wszyscy idą do swoich pokoi. Drzwi się zamykają.

Na dole zostaje Marzenka. Ogląda jakieś kabarety w telewizji. Ale niezbyt długo. Reszta jest u siebie. Czasem Lodzia wyjrzy jeszcze do przedsionka spalić papierosa. Czasem Ula podskoczy do Idy wymienić się książkami. Ale generalnie po 19, no, powiedzmy, o 19.45, na pewno po 20, życie domu zwalnia, codzienna krzątanina ucicha, kaszlenie Lodzi nie jest tak wyraźne, Jurek przestaje dopytywać, czy Filipiak zwolni Probierza, a Ida, oglądając pewnie u siebie jakiś kryminał, przestaje mnie przekonywać, że wybranie się do kina na „Ptaki śpiewają w Kigali” nie jest dobrym pomysłem, bo przecież polskie kino nie wyprodukowało nigdy niczego dobrego.

Byłem zdziwiony. Przecież jest wieczór. Obejrzyjmy coś razem – myślałem. Pogadajmy, nawet, niech już będzie, o kiepskim rzekomo polskim kinie, Jurek (kibic Górnika Zabrze) niech nawet pośmieje się ze słabszej formy Cracovii. Pobądźmy jeszcze razem. Pouczmy się siebie. Ja tak bardzo tego potrzebuję, znać was, wniknąć, poznać (ja, ja, ja), a przecież w ciągu dnia bywamy zalatani. Owszem, mamy na to cały dzień, robimy to. Ale wieczór ma przecież to coś.

Nie. Wszyscy znikają u siebie.

No więc chodzę sobie jeszcze chwilę wokół domu. Tu noc jest naprawdę nocą. Coś czytam tu i ówdzie. I wchodzę do kaplicy. W środku jest Basia. Maluteńka taka. Siedzi w pierwszym rzędzie. Przestraszyłem ją zapalając światło.

– Już gaszę, przepraszam, nie wiedziałem, że tu jesteś.
– Może być zapalone.
– Nie śpisz? Nie jesteś u siebie?
– Tu jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej.

To jest dom dobry. Jak słusznie śpiewa Pablopavo, dom dobry żywi się tym, czym jesteśmy. W Domu w Medyni jest 11 osób.  Lodzia, Ula, Basia, Grażyna, Ida, Iwona, Marzena, Waldek, Zbyszek, Jurek i ja. I jesteśmy w nim tak bardzo różni i tak bardzo inni. Ze swoimi historiami, przeszłościami, przyzwyczajeniami. Ten czas od dziewiętnastej aż do zaśnięcia jest łaknieniem przez nas intymności, prywatności, swobody bycia u siebie w pokoju. To jest dom-nie-dom. I ta mądra myśl mojego taty, żebym nie zamykał w naszym rodzinnym domu drzwi swojego pokoju, bo w domu nie zamyka się drzwi w swoich pokojach – w tym miejscu nie działa.

Te pokoje są bezpieczne. Nie ma w nich przemocy. Są „nasze”. A w domu, schronisku, ogrzewalni, noclegowni, gdzie żyją bezdomni, pragnienie chwili prywatności, zamknięcia pokoju i BYCIA U SIEBIE, jest ogromne.

Lubię te moje drobne olśnienia, i to, że one nie pasują do mojej wydumanej wizji, a jeszcze bardziej lubię, że one tak doskonale te wizje obalają i modyfikują.