Szczur, więzienie, paczka fajek

15078809_1496924713657713_7298808790827846747_n

Podobno w tym wszystkim chodzi o zanurzenie się w syfie. Zobaczenie w nędzy „twarzy Chrystusa”. Gdy na kilka minut siadasz na zimnym i mokrym murku posadzki pod Bramą Floriańską, upokorzenie i wkurwienie czujesz już po kilku sekundach. Spodnie nasiąkają moczem, deszczem, śliną. Ile tam siedzisz? Dziesięć minut? Nawet nie. Tyle, ile spalasz papierosa. Maksymalnie, jeśli zaciągasz się swobodnie, od czterech do sześciu minut. Ale akurat zaciągasz się nieswobodnie. Czujesz przecież smród: moczu, stęchlizny gnijących stóp, dymu szluga, zaschniętego potu. Palisz cztery minuty. Szybko palisz.

Emil siedzi od rana. O piątej rano budzi go policjant. Bo Emil śpi akurat na zimnej ławce pod Sukiennicami. Emil wstaje o szóstej i idzie.

– Przyszli najpierw około trzeciej.

– No i?

– I mówią, kurwa, po prostu, że chrapię.

– Że chrapiesz?

– Że, chrapię, mówią. Że to głośne jest. Mieszkańcy dzwonili, mówili, chrapie ktoś, że rzekomo to ja.

– Mieszkańcy? Na Rynku?

– Oni tam mieszkają przecież. Kamienice są na Rynku. Dzwonić musieli, nie ma chuja, policjant debil, ale kłamać to nie mogę powiedzieć.

– I?

– Mandat mi chciał dać. Weź się, rozumiesz, mandat.

– Za chrapanie.

– No, mówię mu: panie, lipy tu nie róbmy, już się zbieram, nie ma mnie, uznajmy, że mnie tu nie ma.

– A on?

– Żebym spierdalał, bo jak nie, to on ma możliwości.

Emil o szóstej rano ma kaca. Emil albo ma kaca, albo jest pijany. Jest w ciągu od sierpnia. Sierpień był trzy miesiące temu, ale Emil nie wrócił jeszcze z Woodstocku. Miał wrócić, oczywiście, ale mu się przedłużyło. Śpi teraz pod Sukiennicami, ewentualnie, jak go natychmiastowo zmorzy, wprost pod Bramą Floriańską. Bo tu siedzi. Obok Kapliczki Matki Boskiej. W takiej z murku wnęce.

– Żebrzesz?

– Ja się brzydzę. Jak sami podchodzą, to gadam.

– O czym?

– A dlaczego pan na zimnie siedzi? – Tak pytają. Wiesz, na pan do mnie.

– A ty, co na to?

– Opowiadam.

– Co?

– Ściemę walę. Jak czuję, że wrażliwie ma być, żeby kasą ktoś sypnął, to mówię, że mnie żona z domu wyjebała, kurwa jedna, puszczała się to na lewo, to na prawo.

– A niewrażliwie?

– To że we więźniu przesiedziałem, osiem lat.

– A prawda o tym, że na zimnie siedzisz, to jaka jest?

– Że dwadzieścia dwa lata w tym więźniu siedziałem.

– Za co?

– Daj fajkę.

Emil dawno temu miał sprzeczkę z bratem.

– Sprzeczkę?

– No. Zajebałem go. – Wstań z tego murku, bo wilka złapiesz.

 

Po poważnym załamaniu się nerwów Waldek wrócił na ulicę. W tej obok dworca kamienicy z numerem 3, drzwi od klatki się nie domykają. – Dwanaście schodków jest – mówi szeptem, prowadząc do piwnicy – nie ma żarówki, musiałem obliczyć, bo bym się wyjebywał za każdym razem. W piwnicy drzwi z wybrakowanych desek zamykają się na kłódkę. Kłódka jest przepiłowana. Nora, w której Waldek zasypia ma jakieś dwa metry na metr. Śpi na wersalce. Siedzimy w tej klitce. Palimy.

– W Wałbrzychu, skąd pochodzę, spałem na śmietniku. Ale to był, jak na nasze warunku, bo z kolegą tam spałem, duży komfort. Mieliśmy ogrzewany śmietnik.

– Ogrzewany?

– Dwie rury grzewcze szły zaraz obok śmietnika. Luksus, panie, luksus.

Waldek wstaje nagle, powoli, z dużą uwagą, mówi, żebym się nie ruszał, peta rzuca na ziemię. Zbliża się do mnie powoli, z pięścią zaciśniętą i śmiercią w oczach. Bierze zamach i wymierza kopa tuż obok mnie. – Szczur. Zabiłem dziada. W nocy dziś nie dawał mi spokoju, chodź, musimy go wyjebać.

 

Zapomnijmy o sentymentach. Chrystusie w ciele wykluczonego. Możemy oczywiście snuć rzewne opowieści, że przez rozdawane bezdomnym kanapki doprowadzamy ich do „osobistego spotkania z Chrystusem”.  Nawet jeśli pokonamy tę żmudną drogą do zrozumienia, że ostatecznie my, lepiej urodzeni, nie mamy pojęcia po co wychodzimy na ulicę i jaki jest cel naszych rozmów z bezdomnymi, to i tak nagle zapala się nam lampka, że przecież jednak wiemy lepiej. A to w zasadzie takie podbudowujące nasz narcyzm, że spędziliśmy czas z wykluczonym, dotknęliśmy jego historii. Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie – pisze Artur Domosławski – sentymentalizm przerabia w obiekty westchnień. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzi w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet.

Pułapki są więc dwie. Jedna z nich to nasz wzruszający sentymentalizm. Druga, to nasze przekonanie, że wiemy najlepiej co należy zrobić, żeby wyciągnąć kogoś z biedy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.