Papież lewicy

Łazarz ma tupet. Bezczelnie położył się akurat pod drzwiami bogacza i jeszcze żąda resztek ze stołu. Bogaty człowiek, ubrany w purpurę i bisior, na czas wystawnej uczty słusznie zamyka przed Łazarzem drzwi. Powinien bowiem kierować się przede wszystkim własnym bezpieczeństwem. Bo przecież bogacz sam dorobił się swojego bogactwa. Gdyby Łazarz tylko zechciał, wziąłby sprawy w swoje ręce, zakasał rękawy, znalazł pracę i przestał żebrać.

Oczywiście można kierować się w życiu alternatywnym tłumaczeniem Pisma Świętego. Można sądzić, że Jezus wcale nie mówił „Nie bój się”, tylko przekonywał: „budujcie mury”. Można sądzić także, że Jezus usprawiedliwiał bogacza, gardził Łazarzem, rzucił kamieniem w jawnogrzesznicę i mówi: „bądźcie chciwi, bo życie polega na gromadzeniu bogactw i zależy od tego, co się posiada”.

Można się okłamywać, że chrześcijaństwo polega na „obronie cywilizacji”, pogardzie wobec słabszych, sojuszu tronu z ołtarzem, zgodzie na nierówność i wykluczenie.

Przed taką – w gruncie rzeczy – wygodną wizją chrześcijaństwa przestrzega Franciszek. „Łazarz dobrze reprezentuje milczące wołanie ubogich wszystkich czasów i sprzeczność świata, w którym ogromne bogactwo i zasoby znajdują się w rękach nielicznych osób” –  powiedział Franciszek w katechezie podczas audiencji ogólnej 18 maja w Watykanie. Gdy Franciszek staje po stronie słabszych, nędzarzy, biedaków, ułomnych itd., to nie chodzi mu o nic innego, tylko chrześcijaństwo. Bogacz zreflektował się dopiero po śmierci. Poprosił Abrahama, żeby ten wysłał anioła do jego braci i ich upomniał, żeby nie żyli tak wystawnie i stali się bardziej empatyczni. Abraham odpowiedział jednak: „Mają Mojżesza i Proroków. Jeśli ich nie słuchają, to nawet gdyby ktoś powstał z martwych, także nie dadzą się przekonać”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.