Ksiądz

Ksiądz mieszka kilka domów dalej. Albo wcześniej. Raczej wcześniej, bo zakładam, że Wieś zaczyna się tam, gdzie pierwszy raz w nią wjechałem. Łańcut – Czarna – Medynia Łańcucka – Medynia Głogowska. Znaki ostrzegające przed wpadającymi na drogę dzikimi zwierzętami, rozstawione wzdłuż drogi, da się zrozumieć dopiero jadąc nocą. Noc się zaczyna wcześnie i jest ciemna. Sarnie oczy świecą w tych ciemnościach z pobocza przez siedem kilometrów, dokładnie tyle, ile jest napisane na znaku ostrzegawczym po wjechaniu do Wsi.
Więc ksiądz mieszka za znakiem ostrzegającym przed Sarnami, ale przed naszym Domem.
Ksiądz, jak przystało na wiejskiego księdza, ma na imię Józef. Stąd pochodzi. Starsi mieszkańcy pamiętają go jeszcze jak biegał po Wsi w krótkich spodenkach. Ale tylko jego rówieśnicy mogą go takiego pamiętać, bo ksiądz Józef ma siedemdziesiąt trzy lata i po maturze pojechał kształcić się do Koszalina.
Był wikarym, proboszczem, aż na koniec życia zjechał w rodzinne strony i zamieszkał w domu rodziców.
Ksiądz Józef pachnie intensywną, słodką wodą kolońską, którą da się za parę złotych kupić u Staśka w sklepie. U Staśka w sklepie jest wszystko, mortadela, baleron, papierosy, wódka, tusz do drukarek, mleko, zegarki i woda kolońska księdza Józefa. Ula mówi, że jak czegoś nie ma w sklepie u Staśka, to znaczy, że to coś jest nieważne, albo w ogóle nie istnieje, a jeśli udowodni się, że to istnieje, to Stasiek to zamówi, i będzie.
Ksiądz Józef co dzień rano wychodzi z domu ogolony, pachnący wodą kolońską, z ostatnimi, pojedynczymi włosami zaczesanymi do tyłu. W sutannie ma obrazki ze świętym Charbelem i cukierki.
Drogę ze swojego domu do kościoła, który jest po drugiej stronie Wsi, pokonuje kilka razy.
Zazwyczaj pieszo. W tej sutannie, w porannym słońcu, chwilę przed 8 rano, wokół rdzawych liści i pustych pól, idzie i mówi różaniec. Zatrzymuje się przy każdej świętej figurce. Przy tych obok naszego domu klęka. Później wchodzi na pole, schodząc z asfaltu na pobocze podnosi sutannę, żeby nie zmoczyć jej w rosie wysokiej trawy. Staje na środku pola, rozkłada ręce, głowę podnosi do góry, stoi tak do sześciu minut, potem wraca na asfalt i dalej w drogę do Kościoła.
Zatrzymuje się przy każdym dziecku idącym do szkoły i daje mu cukierka. Z każdym spotkanym po drodze starszym zamienia kilka zdań i daje obrazek ze św. Charbelem.
Ksiądz Józef przyszedł do nas kilka dni temu na obiad. Pomodlił się w kaplicy. Wychwalił sos grzybowy Uli. Każdemu dał obrazek ze św. Charbelem. Później poszliśmy do mnie, na górę, na zieloną herbatę.
– Pan jest tu nowy, we wsi.
– Zgadza się.
– Proszę klęknąć, pobłogosławię.
Pobłogosławił, wypił i poszedł. Zostawił swój zapach intensywnej wody kolońskiej.
Będzie nam przychodził i odprawiła msze w kaplicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.