Kaplica

 

Przyszła mi kiedyś do głowy przebiegła myśl, że Zupa na Plantach i nasze zaangażowanie w niesienie pomocy osobom potrzebującym działa tylko dlatego, że są gdzieś rozsiane po Polsce miejsca, w których ludzie modlą się, żeby to, co robimy, miało sens.

Mam tak zawsze, kiedy jestem na mszy z Siostrą Chmielewską. W Nagorzycach, gdzie siostra mieszka z Arturem, msza jest co dzień. Kaplica (miejsce, które jest w każdym domu Wspólnoty) w Nagorzycach jest na piętrze. Codziennie wieczorem, przed kolacją, do kaplicy wchodzi siostra z Arturem, ksiądz, który z nimi mieszka i kilka osób, które akurat są tu w gościach. No i oba psy. Mała wspólnota. Msza jest bez śpiewów. Kazań. Służby liturgicznej (poza Arturem, ale o tym za chwilę). Podczas modlitwy wiernych siostra na głos wymienia wszystkie domy wspólnoty, jej mieszkańców i kierowników domów. Prosi w modlitwie o pomoc. Modli się o darczyńców. Modli się o wszystkich wolontariuszy Zup w Polsce, tych w Krakowie, Rzeszowie, Sopocie, od niedawna dodaje też tych z Poznania i Zakopanego. Modli się o Artura, który słysząc swoje imię podchodzi do „Gosi”, uśmiecha się, przytula i mówi „Jam Cię, Gosia”, co w jego języku znaczy tak naprawdę: „Kocham Cię, Mamo”. To jest msza święta po cichu. Modlimy się za ofiary zamachów terrorystycznych. Uchodźców. Samotnych. Kiedy jesteśmy tam z Piotrkiem, modlimy się, żeby ludzie mieli co jeść. Żeby nie byli chorzy. Później jest przyjęcie komunii świętej. Artur na Podniesienie wali mocno młotkiem w gong. Dzwoni dzwonkami. Przyjmuje komunię.

A jeszcze później, już po kolacji, jest wystawienie Pana Jezusa. Siostra prowadzi zapisy, kto będzie w tym czasie w Kaplicy. Nikt nie jest tam z nakazu. I bezdomni nie muszą tam przychodzić. Ona zazwyczaj jest ostatnia. Zdarzało się parę razy, że zostawałem z Nią w kaplicy. Klęka. Kurczy się. Jakby zwijała się w kłębek: „Idź i spróbuj. Zawsze jest to spotkanie. Uciekamy przed sobą samymi, a przecie Chrystus w nas chce zamieszkać, więc dobrze jest Mu zostawić miejsce i pozwolić wejść. Trzeba dać mu czas, żeby mógł się z Tobą spotkać” – mówiła nam w książce.

Miejsce modlitwy jest ważne. Tak jak w tej historii z Mojżeszem i „Namiotem Spotkania, który był poza obozem”. Miejsce, gdzie Mojżesz szedł spotkać się z Bogiem było poza obozem. Na uboczu. Pewnie po to, żeby maksymalnie ograniczyć bodźce. Pozbyć się rozproszeń. Gdy piszę o tym, że miejsce modlitwy jest ważne, to nie chodzi mi wcale o to, żebyśmy to my czuli się w tym miejscu wyjątkowo i komfortowo. W ogóle mam jakieś dziwne poczucie, na którym łapię się wielokrotnie, że niby się modlę, gadam modlitwy i nic się nie dzieje. Że mogą być momenty, w których tak naprawdę kręcę się wokół swoich uczuć. Zdarzenia z życia formułuję w słowa, wypowiadam te słowa przekonany, że to jest właśnie modlitwa. Opowiadam, opisuję, wspominam. Krążę wokół swoich myśli i emocji. Ks. Blachnicki mówił, że „Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”. Bp Grzegorz Ryś tłumaczy to tak: „Jest to niesamowicie mocne stwierdzenie. Oznacza, że człowiek jest więźniem dla siebie samego. Wciąż obraca się wokół swoich uczuć, wokół swoich myśli, swoich problemów, swoich pomysłów. Taka modlitwa może być jednym wielkim udręczeniem, męczeniem się ze sobą samym, nie dochodzi w niej do spotkania. Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”.

Już sama ta prośba o obecność Boga na modlitwie jest nie tylko kluczowa ale i wyczerpująca. Jak w Brewiarzu. „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu”. Jakby prośba, żeby On też był na tym spotkaniu. W innym razie spotykamy się sami ze sobą. A na to szkoda czasu.

No więc miejsce modlitwy jest ważne. Miałem takie miejsce będąc w seminarium. W ogóle zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkają w domach, gdzie są kaplice. Pokoje modlitwy. Pozbawione codziennej krzątaniny. Wchodzisz i znikasz nagle. Stapiasz się z tym miejscem. Po sześciu latach życia w Krakowie wreszcie mam mieszkanie z dwoma pokojami. W jednym jest sypialnia. I miejsce modlitwy. Tylko te dwie czynności. Sen i modlitwa. I jestem sam sobą zdziwiony, że za każdym razem, gdy wracam do domu, to całkowicie nieświadomie idę najpierw tam. Chociaż na moment. Stopić się z tym światem bez codziennej krzątaniny.

I w konsekwencji to jest chyba ważne, że skoro „Namiot spotkania” jest poza obozem, a kaplica jest poza codzienną krzątaniną, to także dlatego, żeby i na samej modlitwie nie było codziennej krzątaniny. Żeby modlitwa nie było rozliczeniem z dnia. Streszczeniem codzienności. Jeśli wierzyć, że Pan Bóg wie, to wie także jak minął nasz dzień. No i po co mu to jeszcze streszczać podczas modlitwy?

Szymon Hołownia mówi na audobooku „Katobotoks”, że modlitwę można przegadać. I że to rzeczywiste spotkanie z Bogiem jest wtedy, gdy słyszysz nagle, żebyś przestał gadać.

Oprócz tego, że możemy Boga zagadać codzienną krzątaniną, możemy też zabawiać Go kolejnymi nabożnymi modlitwami. Siadaliście tak kiedyś do modlitwy? Zakładając, że tym razem to będę milczał. Tak, żeby pozwolić mówić Jemu. Ile jestem w stanie wysiedzieć? Tak w absolutnej ciszy. Kontrolując przelewającą się w głowie codzienną krzątaninę. 5 minut? 10 minut? I nagle: „No dobra, dość już tego, to ja bym może różaniec odmówi”.

Nie ma chyba większej sztuki niż nauczenie się nie-gadania. „Już, dobrze”. „Już nic nie musisz mówić”. „Ja już wszystko wiem”. „A teraz posiedźmy i nic już nie mówmy”. Każdemu życzę takiego doświadczenia.

I jeszcze ciało. Co się przecież ściśle wiąże z miejscem. No więc ks. Grzegorz Strzelczyk wspominał kiedyś, że wiara musi nam się owinąć wokół czegoś materialnego. Wiara jest cielesna. Dotykalna. Namacalna. Musimy mieć przedmioty. Czotki, które przesuwamy w palcach. Wiara musi się owinąć wokół czegoś materialnego. To pomaga. Mieć coś pod palcami. I swoją świętość.

W kompletnej ciszy, bez gadania, z prośbą o Jego obecność, z czymś materialnym, w co możemy owinąć nasze doświadczenie modlitwy. I za każdym razem, gdy jestem w którymś z domów Wspólnoty Chleb Życia, to zaglądam do kaplicy. Bo tam to wszystko jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.