Archiwa kategorii: #krótkie

Spowiedź z segregowania śmieci

W nowym mieszkaniu, w szafce pod zlewem, zrobiłem więcej miejsca, tak, żeby zmieściły się trzy kubły na śmieci. Mimo że do jednego wrzucam szkło, do drugiego plastik, a w trzecim są pozostałe odpadki, to i tak zarządca mojego bloku nie pozwala mi segregować śmieci: w zsypie wszystko wpada do jednego pojemnika.

Podczas gdy negocjacje z zarządcą trwają, ja swoje śmieci muszę rozwozić do odpowiednich miejsc na własną rękę.

Odbył się niedawno Światowy Dzień Modlitw o Ochronię Stworzenia. Papież Franciszek w specjalnym orędziu napisał m.in.: Na tyle na ile powodujemy małe szkody ekologiczne, jesteśmy wezwani do uznania naszego wkładu, mniejszego lub większego w zaburzenia i zniszczenie środowiska. Jest to pierwszy krok na drodze do nawrócenia.

Z Franciszkiem pewnie nie zgodziłby się Harald Welzer, niemiecki psycholog i pisarz. W książce „Wojny klimatyczne” studzi zapał i przekonuje, że indywidualne działania chroniące środowisko, takie jak wspomina segregacje śmieci czy podróżowanie wyłącznie komunikacją miejską, są może i pożyteczne w kształtowaniu świadomości pojedynczych ludzi, ale pozostają bez wpływu na globalne zagrożenia katastrofami ekologicznymi.

Nie ma żadnych wątpliwości, że aby wyhamować niszczenie środowiska, potrzebne są decyzje w skali międzynarodowej. Artur Domosławski w „Wykluczonych” wymienia kraje, które to zrozumiały. Na przykład Szwajcarię, która – w myśl zasady, że kraj dobrobytu to nie taki, w którym biednych stać na samochód, ale taki, w którym bogaty przesiada się ze swojego BMW do miejskiego autobusu – od lat inwestuje w transport publiczny.

Franciszek przekonuje, że zmiany należy zaczynać od dołu. Papież oducza chrześcijan pragmatycznego podejścia do świata, w którym, jeśli natychmiast nie widać efektów naszych działań, to można z nich zrezygnować. Chrześcijanin nie musi zbawić całego świata. Powinien być ekologiczny nie tylko dlatego, że ma to wpływ globalny, ale przede wszystkim dlatego, że dbanie o środowisko jest „narzędziem do nawrócenia”. To siłą rzeczy musi przenieść się na globalną ochronę ziemi.  Pierwszym pozytywnym efektem zainteresowania się Franciszka tematami ekologii będzie to, że w konfesjonale zaczniemy spowiada się także z tego, że nie segregujemy śmieci.

Papież lewicy

Łazarz ma tupet. Bezczelnie położył się akurat pod drzwiami bogacza i jeszcze żąda resztek ze stołu. Bogaty człowiek, ubrany w purpurę i bisior, na czas wystawnej uczty słusznie zamyka przed Łazarzem drzwi. Powinien bowiem kierować się przede wszystkim własnym bezpieczeństwem. Bo przecież bogacz sam dorobił się swojego bogactwa. Gdyby Łazarz tylko zechciał, wziąłby sprawy w swoje ręce, zakasał rękawy, znalazł pracę i przestał żebrać.

Oczywiście można kierować się w życiu alternatywnym tłumaczeniem Pisma Świętego. Można sądzić, że Jezus wcale nie mówił „Nie bój się”, tylko przekonywał: „budujcie mury”. Można sądzić także, że Jezus usprawiedliwiał bogacza, gardził Łazarzem, rzucił kamieniem w jawnogrzesznicę i mówi: „bądźcie chciwi, bo życie polega na gromadzeniu bogactw i zależy od tego, co się posiada”.

Można się okłamywać, że chrześcijaństwo polega na „obronie cywilizacji”, pogardzie wobec słabszych, sojuszu tronu z ołtarzem, zgodzie na nierówność i wykluczenie.

Przed taką – w gruncie rzeczy – wygodną wizją chrześcijaństwa przestrzega Franciszek. „Łazarz dobrze reprezentuje milczące wołanie ubogich wszystkich czasów i sprzeczność świata, w którym ogromne bogactwo i zasoby znajdują się w rękach nielicznych osób” –  powiedział Franciszek w katechezie podczas audiencji ogólnej 18 maja w Watykanie. Gdy Franciszek staje po stronie słabszych, nędzarzy, biedaków, ułomnych itd., to nie chodzi mu o nic innego, tylko chrześcijaństwo. Bogacz zreflektował się dopiero po śmierci. Poprosił Abrahama, żeby ten wysłał anioła do jego braci i ich upomniał, żeby nie żyli tak wystawnie i stali się bardziej empatyczni. Abraham odpowiedział jednak: „Mają Mojżesza i Proroków. Jeśli ich nie słuchają, to nawet gdyby ktoś powstał z martwych, także nie dadzą się przekonać”.

Wiara i polityka

Gdybyście, drodzy księża występujący w mediach, stojąc przy ołtarzach, różnili się doświadczeniem duchowym, wrażliwością religijną, sposobem przezywania wiary, interpretacją Pisma Świętego.
Gdybyście spierali się o świętego Pawła. Zastanawiali się, jak tłumaczyć powrót Szymona Piotra do Kafarnaum.
Gdybyście skupili się na różnicach między charyzmatykami a liturgistami. Neokatechumenatem a Oazą.
Gdybyście ścigali się w analizie czytań z dnia – to wszystko można by wziąć za dobrą monetę i uznać, że pięknie różnimy się w Kościele.
Problem w tym, że wy, drodzy księża występujący w mediach, od doświadczenia wiary wolicie doświadczenie polityki.
Wolicie naparzać się na partie. Ścigać się na lepszego prezydenta. Itd.
My, wierni, chcemy od Was, w gruncie rzeczy tylko, żebyście dali nam rozgrzeszenie, udzielili komunii i sprawowali Eucharystię.
Tymczasem część mediów i cześć wiernych „ostatnimi sprawiedliwymi w Kościele” nie nazywa tych z księży, którzy zostali powołani do głoszenia Słowa Bożego, ale tych księży, którzy „zostali powołani” do wspierania jeden albo drugiej partii.

1006176_10201012024737252_1684803821_n

Kościół Komorowskiego i Kościół Dudy

Mszy Świętej nie odmawiam nikomu. Dobrze, że odbyła się ta „witająca” prezydenta Andrzeja Dudę i ta „żegnająca” prezydenta Bronisława Komorowskiego. Problem w tym, że Kościół Katolicki zmienił się w lustro, które odbija podzieloną Polskę. Gdyby księżom i hierarchom chodziło o coś więcej niż tylko zapisywanie Jezusa do partii politycznych, to msza była by jedna. Przy jednym, wspólnym, eucharystycznym stole.

1006176_10201012024737252_1684803821_n

Od czwartkowego wieczoru wśród części sympatyków „Kościoła Otwartego” panuje euforia. Mszę świętą w intencji Bronisława Komorowskiego, odprawioną w czwartek, w kościele sióstr wizytek, komentują wcale nie zwykli internauci, ale publicyści, analitycy życia Kościoła i społeczeństwa, dziękując księdzu Andrzejowi Lutrowi i księdzu Kazimierzowi Sowie za odwagę.

W Mszy nie byłoby może nic złego, gdyby do mediów znów nie przebiła się jedna myśl, podtrzymywana z zadowoleniem przez część księży i wiernych: „Oto grupa duchownych stanowczo odcięła się od Episkopatu. Przeprosili Bronisława Komorowskiego za biskupów. Odprawili prawdziwie godną mszę, za prawdziwie godnego prezydenta”.

W większości zachwycają się tym ci, dla których polityczne zaangażowanie biskupów stanowi duży problem. Ci, którzy oburzali się politycznymi marszami duchownych broniących Telewizji Trwam. Ci wreszcie, którzy z pasją wypisują artykuły piętnujące duchownych głoszących polityczne kazania.

Można było żyć w naiwnym przekonaniu, że ta krytyka politycznych aktywności duchownych wynika z jakiegoś głębszego namysłu. Z rzeczywistej troski nie tylko o wizerunek Kościoła, ale też o budowanie spokoju w społeczeństwie. Złudna to jednak nadzieja, o czym świadczą wydarzenia z czwartkowego wieczoru. Nadarzyła się pierwsza okazja do zamanifestowania odrębności i od razu z tej okazji skorzystano. Nie w imię jedności, tolerancji, szacunku i zgody, ale w imię tych samych niskich pobudek, dla których przez ostatnie pięć lat wielu księży i wiernych śpiewało „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

Związanie Ołtarza z Bronisławem Komorowskim jest ta samo niebezpieczne jak związanie Ołtarza z Andrzejem Dudą. Jesteśmy więc świadkami dość selektywnej interpretacji politycznego zaangażowania się duchownych. Bo gdy jakiś ksiądz, używając Ołtarza, wspiera „Prawo i Sprawiedliwość”, to mówimy, że „miesza się do polityki”, gdy jednak jakiś ksiądz, używając Ołtarza, wspiera „Platformę Obywatelską”, to mówimy, że „przywraca właściwe proporcje”.

Módlmy się za prezydentów, polityków, dobre wybory i przyszłość Polski. Ale skoro zależy nam na interesie ogółu i rzeczywiście o trosce o jedność, może skorzystajmy z rady o. Kramera, który dziś rano postulował, by odbyła się jedna Msza święta. Przy jednym, wspólnym stole Eucharystycznym. Wówczas głosy o wprowadzanie podziałów i dzielenie się na Kościół Dudy i Kościół Komorowskiego pewnie by się nie pojawiły.

Wiara na Woodstocku

ksiadz(1)

– Tak patrzę i patrzę, powiem ci Błażeju, żadnego szatana tu nie widzę – mówi mi ksiądz Jan Kaczkowski podczas obiadu w kultowej na Przystanku Woodstock wiosce Hare Kryszny.

janje
Najpierw pojechaliśmy z Janem na Przystanek Jezus. W środę. Wieczorem. Spotkaliśmy się z biskupem Rysiem. Jan mówił mi w wywiadzie kilka miesięcy temu, że Msza jest dla niego czymś szalenie ważnym. Powtarza to wielokrotnie. Zapewnia, że wszystko robi z pełnym zaangażowaniem. Nie oszukuje.
I rzeczywiście Msza Święta w której uczestniczyliśmy ja, ksiądz Jan i pomagający nam zakonnik, zapadnie w pamięci pewnie do końca życia. Trzech facetów. Prowizoryczny ołtarz. Namiot. I Jan. Zaangażowany. Przejęty. Akceptujący swoją niepełnosprawność. Oddany sprawie. I ta intymność. Intymność w którą Jan wchodzi z Bogiem podczas mszy. Dotyka ołtarza z pełnym oddaniem. Delikatnie. Zmysłowo.

janrys
Powie później, podczas naszego spotkania w Akademii Sztuk Przepięknych słowa, które do tego miejsca nie pasują. Będzie mówił tu, w miejscu wyklętym przez wielu katolików, słowa z modlitwy eucharystycznej, tezy teologiczne, dowody na istnienie Boga, obnaży swoją intymność relacji z Bogiem. Powie: „Ołtarz jest symbolem Chrystusa. Ksiądz, gdy idzie do ołtarza, powinien dokonać trzech czynności. Trzech ważnych punktów. Tak jak w zwykłej miłości. Jak się kogoś kocha, to trzeba go najpierw zauważyć, potem dochodzi do dotyku. Ja to wszystko robię z ołtarzem. Widzę go, intymnie dotykam. I wreszcie dokonuję trzeciego, najpiękniejszego gestu – całuję ołtarz.
I ja, taki wkurzony i wściekły, całuję kiedyś ten ołtarz i mówię sobie: Ty masz czelność codziennie przychodzić do ołtarza i sprawować Najświętszą Ofiarę? Współoperować z Nim, z Chrystusem, i masz czelność się nie spalać?! Powiedziałem sobie wtedy, że nie chcę być plastykowym księdzem. Nie chcę być pluszowym księdzem. To, co postanowiłem ofiarować Panu Bogu i innym, to jest mój prywatny czas. I to jest ta moja przyzwoitość, mam nadzieję że na plus. Postanowiłem sobie, że nigdy nikomu nie odmówię spowiedzi, rozmowy, bliskości”’.
Jeśli jest jakiś dobry sposób na obecność wiary na Przystanku Woodstock, to najlepszy pokazał ksiądz Jan. Nie agitował. Owszem, krytykował. Ale jednocześnie – wierzę w to bardzo mocno – pokazał co to znaczy wiara. Wiara w Boga. Pełna miłości. Bliskości. Obecności. Bycia ze sobą. Nie zakazy. Nie nakazy. Propozycje. Traktowanie się poważnie. Z szacunkiem.
Jan, ludzi, których spotkał w namiocie ASP szanował. Znał ich mądrość. Wiedział, że nie trafi do nich grożenie palcem. Więc opowiedział o sobie. Bez pogardy. Bez wyrzutów. Rzucił ziarno. Zrobił to, co do niego należy. Nie ważne, czy ziarno spadło na asfalt czy drogę żyzną. Jestem pewien, że to ziarno wyda gdzieś, kiedyś piękny i dorodny owoc.
Całą rozmowę z Janem Wydrukujemy w następnym numerze „TP”.

 

#FollowJezus ten sam, nie taki sam. Zapraszam na „nowy”, „stary” blog

Enigmatyczny tytuł mówi jednak o czymś bardzo konkretnym. Rozpoczął się trzeci rok mojej współpracy z „Tygodnikiem Powszechnym”. Miniony, 2014 rok przyniósł spektakularne zmiany. W jego połowie redakcja zmieniła format papierowego wydania pisma. Natomiast w ostatnich miesiącach 2014 r. Razem z kierownikiem wydania internetowego Michałem Kuźmińskim, oraz Patrykiem Stanikiem i Bartkiem Swojakiem, pracowaliśmy w pocie czoła nad zmianą strony internetowej Tygodnika Powszechnego.

Nowy serwis Tygodnika jest już do waszej dyspozycji. Wierzymy, że to nowe otwarcie okaże się doskonały wejściem w rok 2015. Wraz ze zmianą serwisu i odejściem od onetu, zmieniamy również lokalizację mojego bloga. Od dziś zapraszam was więc do nowego świata: followjezus.blog.tygodnikpowszechny.pl.

Zmienia się tylko materia – przyjaźniejsza, spokojniejsza, ułatwiająca lekturę. Nie zmienia się merytoryczna strona. Ciągle będziemy siewcami niepokoju, będziemy przyglądać się sprawom wiary, Kościoła i naszego życia.

Widzimy się tu:

blog

Biskupi jednak nie wycofują się z poparcia dla marszu PiS

Wykreślenie nazwisk pięciu biskupów z komitetu organizującego sobotni marsz PiS nie jest zamknięciem dyskusji o zaangażowaniu się duchownych w bieżącą politykę. Wręcz przeciwnie. Abp Wacław Depo wycofuje się z komitetu, bo – jak argumentuje –  to inni upolitycznili jego udział w marszu, a nie on sam. Jak rozumiem, biskup, który otwarcie wspiera partię dążącą do władzy, nadal nie widzi w swoim zachowaniu niczego złego.

Podobnie swoją decyzję o rezygnacji ze wsparcia dla demonstracji argumentuje bp Wiesław Mering. Z opublikowanego przez niego oświadczenia wynika, że bardziej niż na podzielonych jego decyzją wiernych, zależy mu na „lojalności wobec Nuncjusza” i jedności. Ale nie wspólnoty Kościoła, którego jest pasterzem, tylko jedności Episkopatu.

Zatem, biskupi wcale nie wycofują się ze swojego wsparcia dla demonstracji politycznej. Dostali reprymendę od Nuncjusza, której się podporządkują, ale robią to z „przykrością” i zapewniają, że nadal wspierają idee, którymi kierują się organizatorzy demonstracji.

Owszem, przerwanie przez Nuncjusza milczenia części Kościoła hierarchicznego, czego byliśmy świadkami w ostatnich dnia, dobrze wróży. Nie jest też wykluczone, że głos Nuncjusza podyktowany jest pytaniami formułowanymi przez wiernych. Mimo to, biskupi zaangażowani politycznie, korzystając z okazji, w swoich oświadczeniach dali do zrozumienia, że ciągle nie widzą problemu we wspieraniu przez duchownych politycznych inicjatyw. To każe z niepokojem myśleć o przyszłości, zawłaszcza gdy się ma świadomość, że Nuncjusz Apostolski kiedyś może się zmienić.

Nikt, kto krytykował udział biskupów w komitecie organizującym partyjny marsz PiS, nie odbiera hierarchom prawa do posiadania poglądów politycznych. Jednocześnie zdaniem wielu katolików, tak stanowcze branie udziału w politycznych inicjatywach, jest – delikatnie mówiąc – nieroztropne. Nie chodzi też o plemienną krytykę. Tak jak niepokoi popieranie przez duchownych Prawa i Sprawiedliwości, tak samo niepokoi zachowanie tych duchownych, którzy wspierają Platformę Obywatelską. Imanie się polityki przez biskupów to spacer po kruchym lodzie. Łatwo wpaść w politykę, która jest zdobywaniem władzy i przepychanką.

W 2012 r. Marek Zając pisał na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że polityczność duchownych to podejmowanie próby zapisania Jezusa do partii. Jezus sobie z tym oczywiście poradzi. Nie poradzi sobie wspólnota Kościoła. Podczas chrztu nie otrzymujemy w pakiecie instrukcji obsługi polskiej polityki. Gdyby biskupi, zamiast głosić swoje polityczne poglądy, skupili się na głoszeniu Ewangelii, pewnie my – wierni – poradzilibyśmy sobie w politycznym świecie bez ich wsparcia.

I jeszcze jedno: teatr ulicy w którym główną rolę odgrywają politycy z hasłami obalenia rządu, to niebezpieczne dla biskupów miejsce. Pokojowa demonstracja, o czym się regularnie przekonujemy, łatwo może się przerodzić w bijatykę i podpalanie samochodów. Przerażająca jest wizja, w której duchowny Kościoła Katolickiego błogosławiłby swoim wsparciem taki proceder.

Co to jest „protest modlitewny”?

Raz w miesiącu grupa kilkuset krakowian spotyka się w jezuickim kościele św. Barbary przy Małym Rynku na mszy w intencji mężczyzn. Po Eucharystii wierni wychodzą na ulice Krakowa w procesji z Najświętszym Sakramentem. Idący nie wykrzykują żadnych haseł, nie niosą transparentów, do niczego nie namawiają przechodniów. Wierni, na czele z Jezusem Chrystusem, przechodzą w ciszy ul. Floriańską, Plantami, ul. Szewską i przez Rynek Główny wracają do kościoła.

Portal pch24.pl poinformował w ubiegłym tygodniu, że w środę i czwartek kilkadziesiąt osób zebrało się w Krakowie i przez trzy godziny odmawiało Różaniec. Czytam: „Do nieba płynęła żarliwa modlitwa ekspiacyjna. Zaproszeni przez Krucjatę Różańcową za Ojczyznę krakowianie błagali Boga i Maryję o zaprzestanie promowania satanizmu. W środę POKOJOWA MANIFESTACJA MODLITEWNA (podkreślenie: BS) miała miejsce pod Urzędem Miasta przy ul. Wszystkich Świętych, a w czwartek na Rynku pod Kościołem Mariackim. Uczestnicy prosili Pana Boga o nawrócenie dla satanistów, a szczególnie dla Adama Darskiego vel „Holocausto” oraz za tych, którzy uczestniczą w jego koncertach”.

Na początku października grupa kilkudziesięciu osób z Wrocławia, zrzeszonych w „Krucjacie różańcowej”, zorganizowała „protest modlitewny” przeciwko koncertowi grupy Behemot – to z kolei informacja z portalu niezależna.pl. Wierni „modlili się przeciwko” obrażaniu Boga i ojczyzny. Natomiast jak informuje portal Fronda.pl, podobny „protest modlitewny” odbył się również w Łodzi.

W październikowej mszy w intencji mężczyzn udział wziął bp Grzegorz Ryś. Podczas kazania powiedział: „Pan Jezus nie jest znakiem sprzeciwu. Przeczytajcie sobie Ewangelię (…). Pan Jezus jest znakiem, któremu sprzeciwiać się będą, ale to jest kompletnie co innego. To nie jest tak, że ktoś coś mówi, jeszcze nie skończy, a ja już się sprzeciwiam, bo mam inne zdanie. Cokolwiek mi powiedzą, to ja odpowiadam «nie». (…) Ale Jezus jest miłością, jest jednością, jest misją ku zjednoczeniu wszystkiego i na nowo (…). My wychodzimy, żeby podjąć wszystkie sprawy Boga w świecie. Bez strachu, bez podejrzliwości, bez jakiejkolwiek agresji. Wychodzimy w przekonaniu, że tam są Boże sprawy”.

Łatwo poddaliśmy się pokusie, by być we współczesnym świecie „znakiem sprzeciwu”. Jednak, jak zwracają uwagę Franciszek i bp Grzegorz Ryś, mamy być raczej „znakiem miłosierdzia”. W proteście i krytyce nie ma nic pociągającego do pójścia za Jezusem.