Archiwa kategorii: Bez kategorii

Czekanie

1.
6 rano. Schodzę na dół, bo umówiłem się z Marzenką, że ją przed siódmą zawiozę do pracy w Łańcucie.
Małgorzata Chmielewska kupiła mi do biura (pokoiku z kanapami, dokumentami itd., połączonego z moją sypialnią) ekspres do kawy, więc wstawiam szybko kawę i schodzę, żeby sprawdzić czy Marzenka wstała.
Wstała. Czeka. W butach już, czapce, kurtce, dopala papierosa.
– Już schodzę, mamy jeszcze chwilę czasu przecież, to kawę tylko łyknę, dobrze? – mówię.
– Żaden problem. To ja spalę jeszcze jednego.
– To poczekaj, zejdę z kawą do Ciebie.
Wracam na górę. Biorę kawę. Zaczyna świtać. Reszta śpi. Nie chcę zbudzić. Schodzę cicho. Pod schodami jest fotel. Lubię ten fotel. Jest taki skryty. Trochę jest w salonie, a trochę go nie ma. No więc świta, w Domu półmrok, taki, wiecie, panuje tu koło szóstej nastrój, jak wtedy, gdy przed wyjściem rano do pracy wstaniecie na tyle wcześnie, żeby dopić jeszcze rano kawę.
Na fotelu siedzi Iwonka. Nie śpi, jak mówi, od trzeciej albo czwartej.
Normalnie było tak, że przygotowaniem śniadań i kolacji zajmowały się Ula i Ida. One też gotowały obiady. Zarządziliśmy więc, że „od teraz” zrobimy dyżury śniadaniowe i kolacjowe, tak, żeby każdy miał wkład w tworzenie Domu, a jak przecież inaczej tworzy się Dom, jeśli nie przez stół, wspólnotę stołu, i odpowiedzialność za to, że w Domu nikt nie chodzi głodny?
Iwonka wpisała się na listę na śniadanie.
– nie śpisz?
– bałam się, że zaśpię i nie przygotuję śniadania.
– przecież śniadanie jest o ósmej rano.
– a już jest przecież szósta piętnaście, to najwyższy czas, żeby talerze rozstawić.
– przecież o siódmej trzydzieści też być ze wszystkim zdążyła.
– no nie mogłam spać. Wolałam tu poczekać. Niż na łóżku. Gdybym czekała na łóżku jeszcze mogłabym niechcący zasnąć i zaspać.

2.


Basia śniadanie we wtorek jadła z bezrękawnikiem przewieszonym na krześle. Zbyszek na śniadanie we wtorek zniósł czapkę z daszkiem i położył ją na stół. Wszyscy byli w wysokich, ciepłych butach. Czekali. Wszyscy czekali, bo umówiliśmy się, że we wtorek pojedziemy w Bieszczady. Jednodniowy wypad. Nie wiem czy Oni spali przed tym wyjazdem. Basia nie spała na pewno.
– Coś zmęczona jesteś, Basiu – zapytałem, gdy szliśmy zaporą na Solinie.
– Nie spałam, myślałam, co ubrać. Bo tak: niby jest ciepło, ale przecież mówiłeś, że pojedziemy nad wodę, od wody ciągnie, a ja nie mam kurtki, musimy znaleźć dla mnie kurtkę, więc w nocy myślałam, czy założyć dwie koszulki, czy jedną, na pewno, myślałam sobie, zabiorę ten bezrękawnik, ale skoro bezrękawnik, to muszę jeszcze jakąś bluzkę z długim rękawem.
– i za ciepło się ubrałaś?
– trochę za ciepło. Bo wzięłam jeszcze taką bluzeczkę, w razie czego.

3.
Moi ludzie są jednym wielkim czekaniem. Na wszystko. Na kolację. Na mecz. Na wyjazd do lekarza. Na sen. Na listonosza. Na Dom.
Jednym, wielkim, stęsknionym, niespokojnym czekaniem. Artur, syn siostry Małgorzata Chmielewska też jest jednym wielkim czekaniem. Kto nigdy nie widział czekającego Artura, wychodzącego na ulicę, wyglądającego przez okno, zniecierpliwionego czekaniem, ten nie wie, co to jest czekanie. Czekanie Artura i moich Ludzi ściska za gardło.

Więc gdyby ktoś pytał, czego już się nauczyłem po tych trzech tygodniach bycia w Medyni, to nauczyłem się tego, jak boleśnie można czekać. Jak czeka się z niecierpliwością, ale z nadzieją. Mam taką teorię, że w tym czekaniu jest coś z zawodu. Dlatego pewne jest jedno – nigdy, przenigdy nie można zawieść tego czekania.
Że tak pojadę grafomanią na maxa: serio, nie pozwólcie, żeby ktoś na was musiał czekać, na wasze dobre słowo, wasze odwiedziny, na spełnienie danej obietnicy.
Nie ma nic gorszego jak zawiedzione czekanie.

Ksiądz

Ksiądz mieszka kilka domów dalej. Albo wcześniej. Raczej wcześniej, bo zakładam, że Wieś zaczyna się tam, gdzie pierwszy raz w nią wjechałem. Łańcut – Czarna – Medynia Łańcucka – Medynia Głogowska. Znaki ostrzegające przed wpadającymi na drogę dzikimi zwierzętami, rozstawione wzdłuż drogi, da się zrozumieć dopiero jadąc nocą. Noc się zaczyna wcześnie i jest ciemna. Sarnie oczy świecą w tych ciemnościach z pobocza przez siedem kilometrów, dokładnie tyle, ile jest napisane na znaku ostrzegawczym po wjechaniu do Wsi.
Więc ksiądz mieszka za znakiem ostrzegającym przed Sarnami, ale przed naszym Domem.
Ksiądz, jak przystało na wiejskiego księdza, ma na imię Józef. Stąd pochodzi. Starsi mieszkańcy pamiętają go jeszcze jak biegał po Wsi w krótkich spodenkach. Ale tylko jego rówieśnicy mogą go takiego pamiętać, bo ksiądz Józef ma siedemdziesiąt trzy lata i po maturze pojechał kształcić się do Koszalina.
Był wikarym, proboszczem, aż na koniec życia zjechał w rodzinne strony i zamieszkał w domu rodziców.
Ksiądz Józef pachnie intensywną, słodką wodą kolońską, którą da się za parę złotych kupić u Staśka w sklepie. U Staśka w sklepie jest wszystko, mortadela, baleron, papierosy, wódka, tusz do drukarek, mleko, zegarki i woda kolońska księdza Józefa. Ula mówi, że jak czegoś nie ma w sklepie u Staśka, to znaczy, że to coś jest nieważne, albo w ogóle nie istnieje, a jeśli udowodni się, że to istnieje, to Stasiek to zamówi, i będzie.
Ksiądz Józef co dzień rano wychodzi z domu ogolony, pachnący wodą kolońską, z ostatnimi, pojedynczymi włosami zaczesanymi do tyłu. W sutannie ma obrazki ze świętym Charbelem i cukierki.
Drogę ze swojego domu do kościoła, który jest po drugiej stronie Wsi, pokonuje kilka razy.
Zazwyczaj pieszo. W tej sutannie, w porannym słońcu, chwilę przed 8 rano, wokół rdzawych liści i pustych pól, idzie i mówi różaniec. Zatrzymuje się przy każdej świętej figurce. Przy tych obok naszego domu klęka. Później wchodzi na pole, schodząc z asfaltu na pobocze podnosi sutannę, żeby nie zmoczyć jej w rosie wysokiej trawy. Staje na środku pola, rozkłada ręce, głowę podnosi do góry, stoi tak do sześciu minut, potem wraca na asfalt i dalej w drogę do Kościoła.
Zatrzymuje się przy każdym dziecku idącym do szkoły i daje mu cukierka. Z każdym spotkanym po drodze starszym zamienia kilka zdań i daje obrazek ze św. Charbelem.
Ksiądz Józef przyszedł do nas kilka dni temu na obiad. Pomodlił się w kaplicy. Wychwalił sos grzybowy Uli. Każdemu dał obrazek ze św. Charbelem. Później poszliśmy do mnie, na górę, na zieloną herbatę.
– Pan jest tu nowy, we wsi.
– Zgadza się.
– Proszę klęknąć, pobłogosławię.
Pobłogosławił, wypił i poszedł. Zostawił swój zapach intensywnej wody kolońskiej.
Będzie nam przychodził i odprawiła msze w kaplicy.

Dom Dobry

Około 19, dziesięć minut po modlitwach, po spaleniu ostatniego papierosa, dopiciu herbaty z kolacji, zamknięciu bramy, nakarmieniu i ściągnięciu z podwórka psów, zmyciu naczyń, po zrobieniu tego wszystkiego, jakby za chwilę miał się skończyć świat i trzeba na chwilę przed końcem uprzątnąć po sobie, po tych wszystkich rytualnych niemal czynnościach, podczas których każdy wie, co ma robić, wszyscy idą do swoich pokoi. Drzwi się zamykają.

Na dole zostaje Marzenka. Ogląda jakieś kabarety w telewizji. Ale niezbyt długo. Reszta jest u siebie. Czasem Lodzia wyjrzy jeszcze do przedsionka spalić papierosa. Czasem Ula podskoczy do Idy wymienić się książkami. Ale generalnie po 19, no, powiedzmy, o 19.45, na pewno po 20, życie domu zwalnia, codzienna krzątanina ucicha, kaszlenie Lodzi nie jest tak wyraźne, Jurek przestaje dopytywać, czy Filipiak zwolni Probierza, a Ida, oglądając pewnie u siebie jakiś kryminał, przestaje mnie przekonywać, że wybranie się do kina na „Ptaki śpiewają w Kigali” nie jest dobrym pomysłem, bo przecież polskie kino nie wyprodukowało nigdy niczego dobrego.

Byłem zdziwiony. Przecież jest wieczór. Obejrzyjmy coś razem – myślałem. Pogadajmy, nawet, niech już będzie, o kiepskim rzekomo polskim kinie, Jurek (kibic Górnika Zabrze) niech nawet pośmieje się ze słabszej formy Cracovii. Pobądźmy jeszcze razem. Pouczmy się siebie. Ja tak bardzo tego potrzebuję, znać was, wniknąć, poznać (ja, ja, ja), a przecież w ciągu dnia bywamy zalatani. Owszem, mamy na to cały dzień, robimy to. Ale wieczór ma przecież to coś.

Nie. Wszyscy znikają u siebie.

No więc chodzę sobie jeszcze chwilę wokół domu. Tu noc jest naprawdę nocą. Coś czytam tu i ówdzie. I wchodzę do kaplicy. W środku jest Basia. Maluteńka taka. Siedzi w pierwszym rzędzie. Przestraszyłem ją zapalając światło.

– Już gaszę, przepraszam, nie wiedziałem, że tu jesteś.
– Może być zapalone.
– Nie śpisz? Nie jesteś u siebie?
– Tu jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej.

To jest dom dobry. Jak słusznie śpiewa Pablopavo, dom dobry żywi się tym, czym jesteśmy. W Domu w Medyni jest 11 osób.  Lodzia, Ula, Basia, Grażyna, Ida, Iwona, Marzena, Waldek, Zbyszek, Jurek i ja. I jesteśmy w nim tak bardzo różni i tak bardzo inni. Ze swoimi historiami, przeszłościami, przyzwyczajeniami. Ten czas od dziewiętnastej aż do zaśnięcia jest łaknieniem przez nas intymności, prywatności, swobody bycia u siebie w pokoju. To jest dom-nie-dom. I ta mądra myśl mojego taty, żebym nie zamykał w naszym rodzinnym domu drzwi swojego pokoju, bo w domu nie zamyka się drzwi w swoich pokojach – w tym miejscu nie działa.

Te pokoje są bezpieczne. Nie ma w nich przemocy. Są „nasze”. A w domu, schronisku, ogrzewalni, noclegowni, gdzie żyją bezdomni, pragnienie chwili prywatności, zamknięcia pokoju i BYCIA U SIEBIE, jest ogromne.

Lubię te moje drobne olśnienia, i to, że one nie pasują do mojej wydumanej wizji, a jeszcze bardziej lubię, że one tak doskonale te wizje obalają i modyfikują.

 

Dzielenie

Opowiem Wam o dzieleniu się. A w zasadzie o dramacie, który mogą przeżywać osoby przez Was obdarowywane, a pośrednio też instytucje, które organizują zbiórki. Żeby być przy tej okazji dobrze zrozumiałym: hojność z jaką spotykamy się przy okazji organizacji zbiórek – na Ukrainę, dla naszych bezdomnych itd. – budzi nasz podziw, uznanie i radość. Ale po chwili te uczucia przelewają się w niezrozumienie, bezradność, złość.

Wygląda to tak, weźmy przykład ukraiński: zorganizowaliśmy zbiórkę darów (ubrań, zabawek, słodyczy) dla rodziny Jakimów: szóstki dzieci z Drohobycza, których ojciec jest na wojnie a matka jest chora. Przygotowaliśmy precyzyjną instrukcję obsługi: każde z dzieciaków miało imię, wiek i rozmiar. Do ŻyWa Pracownia i Tygodnik Powszechny zaczęły spływać Wasze podarunki. Dzień po dniu coraz więcej. Niektóre (większość) były szczegółowo opisane. Wysyłaliście paczki z kartkami, na których pisaliście, że dla Marysi – jest to i to, dla Jarosławy – to i to.
Ale wśród paczek pojawiały się ubrania wyraźnie za małe albo za duże, w każdym razie poza numerami podanych przez nas rozmiarów. Więcej: pojawiały się męskie buty z numerami powyżej 40. Ubrania wyraźnie zakurzone, podarte. Zepsute zabawki. Zabawki militarne. Buty narciarskie (!) Przeterminowane leki. itd.
Dla jasności, ja jestem za tym, żeby koszulki, telefony komórkowe, „potrzebne resztki” – jeśli już wyprodukowane w obozach pracy w Bangladeszu – miały kilku właścicieli. To właśnie dlatego wyraźnie mówimy, żeby dawać to, czego już się nie używa, bo to ma globalne znacznie.
Wyrzucamy za dużo rzeczy. Te, które są jeszcze sprawne, mogą służyć innym. Przedłużamy w ten sposób wartość rzeczy! Nadajemy im nowe życie. Przez to dbamy też o ekologię. To my mówimy przecież o „potrzebnych resztkach”. Nie! – resztkach. Tylko: „POTRZEBNYCH resztkach”! Rozumiecie?
Linda Polman, holenderska dziennikarka pisała w „Karawanie kryzysu” o tzw. MONGO (My Own NGO) – czyli organizacjach tworzonych przez prywatnych ludzi, przekonanych, że „lepiej, szybciej i taniej potrafią uporać się z problemami na obszarach dotkniętych kryzysem niż „prawdziwi” pracownicy organizacji humanitarnych”.
Wierzę z całego serca, że Zupa na Plantach nie jest MONGO. Nie jest to nasza egoistyczna wizja pomocy, żeby zaspokoić swoje własne potrzeby „bycia lepszym”. Choćby dlatego, że nasi wolontariusze noce i dnie spędzali w pracowni, żeby dokładnie przebrać każdy dar dla ukraińskich dzieciaków: odłożyć zabawki militarne, wyrzucić zniszczone ubrania itd. Po drugie dlatego, że zanim podejmiemy się realizacji jakiegokolwiek projektu, najpierw weryfikujemy rynek potrzeb.
W przypadku bezdomnych – nie zrobiliśmy dotychczas nic – czego nie konsultowalibyśmy z Nimi. Ale też dlatego, że kiedy organizujemy zbiórkę, to naprawdę wyraźnie informujemy, czego nasi wykluczeni potrzebują.
Nie lubię frazy „mądrze pomagać”, bo w gruncie rzeczy nie do końca wiem, co miałaby ona oznaczać. Jedna jest jednak zasada kluczowa: dawanie ludziom dotkniętym kryzysem humanitarnym albo bezdomnością – tego, co Wam zbywa, czego chcecie się pozbyć – bo jest zepsute i nie nadaje się użytku, raczej do mądrego pomagania zakwalifikować nie można.
Polman pisała m.in.: „Ofiary klęsk w rejonach o klimacie tropikalnym otrzymały w prezencie od żarliwych MONGO leki na odmrożenia, a do głodujących Somalijczyków trafiały preparaty przeczyszczające, kuracje odchudzające. Pewnego dnia jakiś entuzjastyczny prywatny ofiarodawca rozrzucał kartony nad obozami w Gomie. Naoczni świadkowie widzieli, że na Hutu posypały się m.in. spleśniały ser i rękawice narciarskie”.
To nie jest post o tym, żeby się nie dzielić. Ale – szlag, jestem zdziwiony, że to piszę – to jest post o tym, żeby spróbować dzielić się mądrze. Nie pozbywać się rzeczy. Podjąć chociaż próbę refleksji i uświadomienia sobie, że dzieciakom na Ukrainie nie warto zawozić militarnych zabawek, a naszym bezdomnym orłom z ulic Krakowa nie przydadzą się buty narciarskie.
To jasne – my podjęliśmy się tego zadania – żeby skrupulatnie weryfikować to, co dostajemy od Was i co trafia do potrzebujących, ale – trzymając się zasady – że razem pracować jest lepiej – gdy im uważniej będziecie zastanawiać się nad wykorzystaniem waszego podarunku przez wykluczonego, tym unikniecie zbędnych nieporozumień.

Staw

 

Fot: Beata Zawrzel

Fot: Beata Zawrzel

Na niemal każdym spotkaniu o „mądrym pomaganiu”, prędzej czy później zjawia się jakiś odważny, który wyrzuca: „no i pan im rybę daje, pieniądze na ulicy, przecież przepiją!”. Zawsze mnie to dziwi, na szczęście przestało mnie to złościć. Pytanie o to, czy dawać „wędkę czy rybę” nie jest tak naprawdę pytaniem o mądrą pomoc. Tylko pozornie, stawiając to pytanie, mamy przed oczami rzeczywiste potrzeby człowieka, który staje przed nami i prosi. Tak naprawdę, i zupełnie nieświadomie – gdy ktoś uporczywie pyta o sensowność dawania ryby albo wędki – staje nie przed dylematem, jak pomagać mądrze, ale przed tym nieznośnym pytaniem: co ja mam, i co robię z tym, co mam. Pytanie o wędkę i rybę jest ukrytym pytaniem o „swoje posiadanie”!

Gdy kupuję paczkę papierosów, wydając na nią 15 złotych, w ogóle nie zastanawiam się nad tym, czy to ma sens. Czy to jest mi potrzebne? Stają w kolejce do sklepu, machinalnie sięgam po kartę albo gotówkę, wydaję 15 złotych dziennie. I gdyby się tak dobrze nad tym zastanowić, albo wykonać tak intensywny proces myślenia nad tym, co robię, gdy myślę nad dawaniem pieniędzy biedakom na ulicy, to okaże się, że moje wydawanie kasy na fajki jest całkiem bez sensu.

Ale gdy staje przede mną bezdomny i prosi o kilka złotych, nagle włączają mi się wszystkie lampki kontrolne i zaczynam – w paternalistycznym uniesieniu – kalkulować. Wędkę dać? Rybę? Czy to mu pomoże? Może zaszkodzi?

No jasne, że pięć złotych nie zmieni życia tego człowieka. No jasne, że może za to łyknąć ćwiartkę czystej. No jasne – może kupić sobie bułkę i parówkę.

Staszek, bezdomny z plant opowiadał mi niedawno, jak żebrał na dworcu w Krakowie. Podchodzi do eleganckiej pani i mówi swoim soczystym głosem: – kierowniczko, pani poratuje drobnymi. Kierowniczka mierzy go wzrokiem, w jej głowie dokonuje się ten uciążliwy proces racjonalizacji, w końcu się decyduje, sięga po portfel, wygrzebuje z niego dwa złote, wyciąga do Staszka rękę i mówi na cały głos: „Dobrze! Dam panu te pieniądze! Tylko niech pan nie przepije!”. Staszek na to: „Dobrze miła pani. Wezmę te dwa złote i zainwestuję na giełdzie, a później kupię sobie za to domek”.

A już najciekawiej jest, gdy ktoś swoje dzielenie się, a raczej „racjonalnie nie-dzielenie” podbudowuje chrześcijaństwem. Mówimy o miłosierdziu. I o tym, że nie ma w nim żadnych reguł sprawiedliwości. Że miłosierdzie to właśnie dawanie za darmo. Temu, kto nie zasłużył ani nie zapracował. Jak w tej historii z zarządcą winnicy, który tyle samo płaci robotnikom pracującym od rana, i tyle samo robotnikom, którzy przyszli pod wieczór. Co za nieroztropny typ! Co za niesprawiedliwość!

Ale on tam, na zarzuty, że jego „miłosierdzie jest nieroztropne”, odpowiada strasznie mądrą frazą: „Czy nie umówiliśmy się na dniówkę? Weź swoje pieniądze i wracaj do domu! Chcę temu ostatniemu pracownikowi dać tyle samo, co tobie. Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę? Nie podoba ci się, że jestem dobry?”.

„Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę?!”. Och, jakie to jest mądre! Jak bardzo uwalniające i odpowiadające na dylemat o wędkę i rybę.

I jeszcze jedno. Jeśli ktoś ma już ambicję pomóc jakoś Staszkowi, który na dworcu prosi o dwa złote, jeśli ktoś naprawdę chce dać mu wędkę, niech, cholera jasna, nie zapomina, że nic nie będzie ze Staszka-wędkarza, jeśli Staszek-wędkarz nie będzie miał stawu, w którym mógłby łowić swoje ryby.

No więc gdy już myślimy o wędce – to myślmy o niej systemowo. Wędka – czyli możliwości, umiejętności i kwalifikacje do pracy – to mądra pomoc, tylko pod warunkiem, że jest w okolicy zakład pracy, w którym można te umiejętności i kwalifikacje zaprezentować.

W innym wypadku łechcemy tylko nasze ego i paternalizm – że oto „mądrze pomogliśmy”.

Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: „Pozwólcie mi zrobić coś teraz”. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: „Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?”. Odpowiadam im: „Nasili ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę.

Ale ja nadal będę im dawały ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę”.

Uważam, że na tym polega dzielenie się odpowiedzialnością. To tu potrzebujemy siebie nawzajem. Są pewne rzeczy, które możemy zrobić tylko my, i są rzeczy, które możecie zrobić tylko wy. Ale jeżeli połączymy siły, razem możemy zrobić coś pięknego dla Boga.

/Mowa Matki Teresy w Japonii, 24 listopada 1984 r./

Dziękuję Beacie Zawrzel za udostępnienie Zupie na Plantach wielu pięknych zdjęć! Zobaczcie bloga Beaty: zapiski prawego oka.

Kaplica

 

Przyszła mi kiedyś do głowy przebiegła myśl, że Zupa na Plantach i nasze zaangażowanie w niesienie pomocy osobom potrzebującym działa tylko dlatego, że są gdzieś rozsiane po Polsce miejsca, w których ludzie modlą się, żeby to, co robimy, miało sens.

Mam tak zawsze, kiedy jestem na mszy z Siostrą Chmielewską. W Nagorzycach, gdzie siostra mieszka z Arturem, msza jest co dzień. Kaplica (miejsce, które jest w każdym domu Wspólnoty) w Nagorzycach jest na piętrze. Codziennie wieczorem, przed kolacją, do kaplicy wchodzi siostra z Arturem, ksiądz, który z nimi mieszka i kilka osób, które akurat są tu w gościach. No i oba psy. Mała wspólnota. Msza jest bez śpiewów. Kazań. Służby liturgicznej (poza Arturem, ale o tym za chwilę). Podczas modlitwy wiernych siostra na głos wymienia wszystkie domy wspólnoty, jej mieszkańców i kierowników domów. Prosi w modlitwie o pomoc. Modli się o darczyńców. Modli się o wszystkich wolontariuszy Zup w Polsce, tych w Krakowie, Rzeszowie, Sopocie, od niedawna dodaje też tych z Poznania i Zakopanego. Modli się o Artura, który słysząc swoje imię podchodzi do „Gosi”, uśmiecha się, przytula i mówi „Jam Cię, Gosia”, co w jego języku znaczy tak naprawdę: „Kocham Cię, Mamo”. To jest msza święta po cichu. Modlimy się za ofiary zamachów terrorystycznych. Uchodźców. Samotnych. Kiedy jesteśmy tam z Piotrkiem, modlimy się, żeby ludzie mieli co jeść. Żeby nie byli chorzy. Później jest przyjęcie komunii świętej. Artur na Podniesienie wali mocno młotkiem w gong. Dzwoni dzwonkami. Przyjmuje komunię.

A jeszcze później, już po kolacji, jest wystawienie Pana Jezusa. Siostra prowadzi zapisy, kto będzie w tym czasie w Kaplicy. Nikt nie jest tam z nakazu. I bezdomni nie muszą tam przychodzić. Ona zazwyczaj jest ostatnia. Zdarzało się parę razy, że zostawałem z Nią w kaplicy. Klęka. Kurczy się. Jakby zwijała się w kłębek: „Idź i spróbuj. Zawsze jest to spotkanie. Uciekamy przed sobą samymi, a przecie Chrystus w nas chce zamieszkać, więc dobrze jest Mu zostawić miejsce i pozwolić wejść. Trzeba dać mu czas, żeby mógł się z Tobą spotkać” – mówiła nam w książce.

Miejsce modlitwy jest ważne. Tak jak w tej historii z Mojżeszem i „Namiotem Spotkania, który był poza obozem”. Miejsce, gdzie Mojżesz szedł spotkać się z Bogiem było poza obozem. Na uboczu. Pewnie po to, żeby maksymalnie ograniczyć bodźce. Pozbyć się rozproszeń. Gdy piszę o tym, że miejsce modlitwy jest ważne, to nie chodzi mi wcale o to, żebyśmy to my czuli się w tym miejscu wyjątkowo i komfortowo. W ogóle mam jakieś dziwne poczucie, na którym łapię się wielokrotnie, że niby się modlę, gadam modlitwy i nic się nie dzieje. Że mogą być momenty, w których tak naprawdę kręcę się wokół swoich uczuć. Zdarzenia z życia formułuję w słowa, wypowiadam te słowa przekonany, że to jest właśnie modlitwa. Opowiadam, opisuję, wspominam. Krążę wokół swoich myśli i emocji. Ks. Blachnicki mówił, że „Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”. Bp Grzegorz Ryś tłumaczy to tak: „Jest to niesamowicie mocne stwierdzenie. Oznacza, że człowiek jest więźniem dla siebie samego. Wciąż obraca się wokół swoich uczuć, wokół swoich myśli, swoich problemów, swoich pomysłów. Taka modlitwa może być jednym wielkim udręczeniem, męczeniem się ze sobą samym, nie dochodzi w niej do spotkania. Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”.

Już sama ta prośba o obecność Boga na modlitwie jest nie tylko kluczowa ale i wyczerpująca. Jak w Brewiarzu. „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu”. Jakby prośba, żeby On też był na tym spotkaniu. W innym razie spotykamy się sami ze sobą. A na to szkoda czasu.

No więc miejsce modlitwy jest ważne. Miałem takie miejsce będąc w seminarium. W ogóle zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkają w domach, gdzie są kaplice. Pokoje modlitwy. Pozbawione codziennej krzątaniny. Wchodzisz i znikasz nagle. Stapiasz się z tym miejscem. Po sześciu latach życia w Krakowie wreszcie mam mieszkanie z dwoma pokojami. W jednym jest sypialnia. I miejsce modlitwy. Tylko te dwie czynności. Sen i modlitwa. I jestem sam sobą zdziwiony, że za każdym razem, gdy wracam do domu, to całkowicie nieświadomie idę najpierw tam. Chociaż na moment. Stopić się z tym światem bez codziennej krzątaniny.

I w konsekwencji to jest chyba ważne, że skoro „Namiot spotkania” jest poza obozem, a kaplica jest poza codzienną krzątaniną, to także dlatego, żeby i na samej modlitwie nie było codziennej krzątaniny. Żeby modlitwa nie było rozliczeniem z dnia. Streszczeniem codzienności. Jeśli wierzyć, że Pan Bóg wie, to wie także jak minął nasz dzień. No i po co mu to jeszcze streszczać podczas modlitwy?

Szymon Hołownia mówi na audobooku „Katobotoks”, że modlitwę można przegadać. I że to rzeczywiste spotkanie z Bogiem jest wtedy, gdy słyszysz nagle, żebyś przestał gadać.

Oprócz tego, że możemy Boga zagadać codzienną krzątaniną, możemy też zabawiać Go kolejnymi nabożnymi modlitwami. Siadaliście tak kiedyś do modlitwy? Zakładając, że tym razem to będę milczał. Tak, żeby pozwolić mówić Jemu. Ile jestem w stanie wysiedzieć? Tak w absolutnej ciszy. Kontrolując przelewającą się w głowie codzienną krzątaninę. 5 minut? 10 minut? I nagle: „No dobra, dość już tego, to ja bym może różaniec odmówi”.

Nie ma chyba większej sztuki niż nauczenie się nie-gadania. „Już, dobrze”. „Już nic nie musisz mówić”. „Ja już wszystko wiem”. „A teraz posiedźmy i nic już nie mówmy”. Każdemu życzę takiego doświadczenia.

I jeszcze ciało. Co się przecież ściśle wiąże z miejscem. No więc ks. Grzegorz Strzelczyk wspominał kiedyś, że wiara musi nam się owinąć wokół czegoś materialnego. Wiara jest cielesna. Dotykalna. Namacalna. Musimy mieć przedmioty. Czotki, które przesuwamy w palcach. Wiara musi się owinąć wokół czegoś materialnego. To pomaga. Mieć coś pod palcami. I swoją świętość.

W kompletnej ciszy, bez gadania, z prośbą o Jego obecność, z czymś materialnym, w co możemy owinąć nasze doświadczenie modlitwy. I za każdym razem, gdy jestem w którymś z domów Wspólnoty Chleb Życia, to zaglądam do kaplicy. Bo tam to wszystko jest.

Przemoc

– Ma pani zameldowanie?
– Nie, nie mam też dowodu osobistego, ale pamiętam PESEL.
– Od kiedy jest pani bezdomną?
– Trzydzieści lat.
– A kim są ci, którzy bili?
– Z jednym mieszkałam. Dobry chłopak. Drugi jest byłym.
– Piliście?
– Ja tylko trochę.
Krysia ma sińce pod oczami. Wargi dwa razy większe niż zwykle, ze strupami. Powybijane zęby. Nie może się wyprostować, bo kilka ciosów przyjęła też w brzuch. Bili ją przez całą noc. Popijając wódkę. Na kilku metrach kwadratowych altanki działowej.
Każde ze zdań wywiadu, który lekarka przeprowadzała z Krysią na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, było jak kolejny cios.
– Uderzali otwartą ręką?
– Otwartą. I pięścią. Kopali też.
– Gdzie?
– W twarz. I tu, pod szyją. I w piersi. W klatkę piersiową.
– Gdzie boli najbardziej?
– Tu, pod szyją.
– Dusili?
– Jeden obejmował z tyłu, dusił, drugi bił w twarz.
Jak to mogło wyglądać? Byłem u nich kilka razy. Nie ma wiele miejsca. W środku unosi się odór niemytych ciał, zmieszany z alkoholem i dymem papierosowym. Przemoczony materac. Butla z gazem. Puste butelki. Stęchłe jedzenie. A., z którym Krysia mieszkała, bił już wcześniej. Traktował jak przedmiot. Wyładowywał złość. Narzędzie seksu. Krysia uciekała. Później wracała. Uciekała do B. W końcu spotkali się we trójkę i urządzili piekło. Pili i bili. Nie patrząc na konsekwencje. Dla zasady? Bo to kobieta, wobec niej można wszystko? Bo kobietę trzeba trzymać krótko?
Wczorajszą noc na SOR-ze zaczęliśmy około dwudziestej. Badania i diagnostykę skończyliśmy chwilę przed pierwszą w nocy. Co dalej? Centrum Interwencji ma łóżko, ale nie ma toalety. Najbliższy dom siostry Chmielewskiej to z Krakowa trzy godziny jazdy samochodem. Udało się u sióstr albertynek. Jedna z nich całą noc czuwa przy telefonie. Dyżuruje, czekając na telefony takie jak ten, który wykonaliśmy chwilę po północy.
– Pobita kobieta.
– Przyjeżdżajcie. Czeka na nią łóżko.
„Życie na ulicy to wybór”? Tu, w takiej sytuacji, to też decyzja Krysi? Że będzie narzędziem w męskich rękach? Że będzie używana?
Dla kobiety życie na ulicy to droga przez mękę. Z comiesięczną prośbą o podpaski. Z brakiem toalety. Z nieustannym narażeniem. Strachem. Przemocą. Tęsknotą za dziećmi. Stabilizacją. Bezpieczeństwem.
Przelewają mi się obrazy w głowie. Próba wyobrażenia sobie tej nocy, podczas której Krysia – sama, bezbronna i przerażona – czeka na kolejne ciosy. Wyobrażenia wypychają te pełne cynizmu zdania mężczyzn, dla których molestowanie to sprawy drugorzędne, nieistotne, lewackie. Choćby te ostatnie, oglądane przez miliony widzów w telewizji. Występują: Jakub Wojewódzki. Natalia Nykiel, Tomasz Adamek:
JW.: My ci tu zaraz zrobimy analizę. Gotujesz? Sprzątasz?
NN.: Staram się, chociaż jestem bałaganiarą.
TA.: Trzeba lać!

Krysia jest bezpieczna. W środę jedziemy do siostry Chmielewskiej.

– Nowe życie, muszę zacząć nowe życie.

Zupa na monciaku

Przejmujemy kolejne miasta, tym razem Zupa na Monciaku

To jest bagażnik samochodu Oli. Prywatnego Peugeota Partnera, który kupiła razem z mężem, gdy rodziło im się trzecie dziecko. Normalnie Peugeot jeździł na wakacje do Chorwacji, czy coś. Ale od kilku miesięcy, nawet gdyby rodzina bardzo chciała, do bagażnika Peugeota nie wsadzi walizek, bo w środku są wiklinowe kosze. Do jednego Ola wkłada ubrania męskie. Do drugiego ubrania żeńskie. Do kolejnego bieliznę. I jedzie tym samochodem na sopocki monciak, żeby rozdawać ubrania tamtejszym bezdomnym. Jakieś 30 osób z tego jej przewoźnego kiermaszu korzysta.

To był bagażnik. Teraz przednie siedzenie.
No więc na przednie siedzenie Ola wkłada 20 litrowy termos z zupą. Zupę Ola gotuje sama. W domu. Na przykład Żurek. W święta gotowała dwa gary. Jeden dla swojej rodziny. Drugi dla bezdomnych. – I, Błażku, w każdym garze było po tyle samo ziemniaków, boczku, kiełbasy – uspokajała mnie ostatnio, gdy byłem w Trójmieście.
Ola ma teraz termos. Który kupiła oczywiście sama. Ale kiedy jeszcze nie mała termosu, Ola Zupę z domu na monciak wiozła w garnku, w którym ją gotowała.
– No, ale jak ją wiozłaś, przecież nie ma uszczelki, czy zamknięcia.
– A, proszę ciebie, obwijałam w ręczniki. Taśmą skleiłam. Ale ręcznik lepszy. Ręcznik zabezpieczał. I ciepło trzymał.
– Wylewało się?
– Ostrożnie jeździłam. Trochę, owszem, czasem uroniłam. Ale trzydziestki nie przekraczałam.
Śmiałam się – mówi Ola – że normalnie w każdą niedzielę ruch w Sopocie zwalnia, bo ja się tak po ulicach wleczę.

To było przednie siedzenie. Teraz skąd to wszystko?
No więc Ola nie ma, tak jak my w Zupa na Plantach, 200 fantastycznych wolontariuszy. Działa z nią raptem kilka osób.
– Ile kosztuje Cię ta Zupa?
– jeden gar do 50 złotych.
– 200 złotych miesięcznie.
– Ale nigdy nie zabrakło. Wiesz ile ja mam fajnych ciuchów w szafie?! Już w nich nie chodzę, to szukam w internecie, co z nim zrobić. I są tacy, którzy organizują kiermasze ubrań. To ja z tymi swoimi jadę. Wyprzedaję te swoje ubrania, i z tego, co zarobię, robię kolejne zupy.

Ola ma to wszystko obcykane. Ola opowiadała mi, jak ogarniała tę Zupę i mi szczęka opadała coraz niżej. I na koniec Ola jeszcze dodała: – czasem, jak mi trochę sił brakuje, to sobie wchodzę na ten Wasz profil Zupy na Plantach i ciągnę inspirację z tych dobrych historii. I wtedy mi się bardziej jeszcze chce.

#ukochane #dziecko #Boga

Post udostępniony przez Błażej Strzelczyk (@blazejstrzelczyk)

Aleksandra Kaminska – to Ona! Szczerze mówiąc, zakochuję się w życiu po kilka razy w miesiącu. Ale tak, jak zakochałem się w tej Oli (mężu Oli, wybacz), to dawno się tak nie zakochałem.

Bądź jak Ola!

Futbol jest piękny

Marzenia o piłce nożnej bez przemocy, faszyzmu kibiców, drukowania meczów, rywalizacji na noże, zwycięstwa za wszelką cenę, są do spełnienia. Wystarczy wymazać z pamięci przekonanie, że futbol jest tylko tam, gdzie finezja piłkarskiego talentu musi mieszać się z workami pieniędzy bogaczy. Wystarczy pójść na krakowskie Planty.

 

Od wiosny, kiedy w Krakowie zrobiło się cieplej, oprócz Zupy na Plantach jest jeszcze futbol. Kiedy już zjemy zupę, Stefan (imiona bezdomnych zmieniam) krzyczy, że zbiera składy na piłkę. Spośród chłopaków i dziewczyny jedzących zupę, tworzą się drużyny. Mieszane. Znów nie trzeba spełniać żadnych warunków wstępnych. Można być, jeśli już się jest, wypitym. Można mieć długie i krótkie spodenki. Być w koszulce albo bez. Można przyjść tu, na Planty, z dworca, pustostanów albo altanek śmietnikowych. Można być domnym i bezdomnym. Czystym i brudnym. Śmierdzącym i pachnącym.

Drużyny są pięcio-, czasem sześcioosobowe. Piłka jest nowa. Bramki na cztery krok zrobione są z pustych termosów po zupie.

Kamil biega po boisku, jeśli trawnik na plantach można oczywiście nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem Światowych Dni Młodzieży. Na marginesie: zachwycaliśmy się, że po ŚDM plecaki, które nosili ich uczestnicy, zostały w Krakowie na plecach osób w kryzysie bezdomności. I sami bezdomni byli tym zachwyceni, bo plecaki, podobnie jak buty, są na wagę złota. Plecaki jednak zaczęły nieco przeszkadzać. Rzucają się w oczy. Są w jaskrawych odcieniach niebieskiego, żółtego albo czerwonego. Gdy widzicie w Krakowie taki plecak, to w 90 procentach za chwilę spotkacie bezdomnego. A chłopaki i dziewczyny nie zawsze lubią, gdy mówi się o nich „bezdomni”. Widziałem jak na jednym pustostanie chłopaki sprejem przemalowywali plecaki, żeby „nie było przypału”.

 

No więc Kamil biega po boisku, oczywiście jeśli trawnik na plantach można nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem. W środku ma dwie puste butelki po piwie „Harnaś”. Pastę i szczoteczkę do zębów. Kilka niedopałków papierosów (kiedy udaje się bezdomnemu wyżebrać papierosa, nie spala go całego od razu. Wypala połowę, gasi go w palcach albo pod podeszwą i chowa do kieszeni, albo plecaka – na później). W plecaku jest jeszcze koszulka na zmianę. Etui z dokumentami i zdjęciami rodziny. I klamka (Kamil mieszka w altance działkowej. Kiedy wychodzi na miasto wyciąga klamkę z drzwi, żeby nikt nie wszedł do środka. Chociaż nawet gdyby się ktoś włamał, zabrałby „tylko” śpiwór, kubek na kawę i butlę z gazem). Kamil, mimo że namawiany przez wszystkich, nie zdejmie plecaka. Zdejmując plecak, zostałby z niczym.

Drużyny mieszane: „domnych” i bezdomnych, mieszkańców pustostanów i wagonów kolejowych, cuchnących i pachnących, ustawiają się w kółku. Jeden w środku wypowiada kilka nieskładnych, w założeniu motywacyjnych zdań. Wolontariusze i reszta osób na plantach odwraca się w stronę trawnika i zaczyna wykrzykiwać pojedyncze, kibicowskie hasła. Przybijamy sobie piątki i gramy.

Nie ma tu wymyślnej taktyki. Tylko bramkarz jest na swojej pozycji. Reszta gra na chaos. Koledzy z drużyny mylą się z przeciwnikami. Kiedy już masz piłkę przy nodze, biegniesz co sił na bramkę przeciwnika.

Pamiętacie to? Każdy mecz, pozornie tylko grany dla zabawy, jest przecież meczem o życie. O być albo nie być. Tu i teraz na boisku. Intensywna gęstość. Zapominamy się tam, na tych Plantach. Żadne tam kalkulacje. Co będzie, jeśli odpuścimy? Żadne tam, „jeśli przegramy, to przecież za chwilę będzie kolejny mecz o trzy punkty”. Tu się gra na zawsze. Tak, jakby jutra miało nie być. Jakby to był finał ważnych rozgrywek, chociaż to porównanie ciągle jest niewystarczające. Jakby od nas wszystko zależało. Nagle, kiedy tak biegniesz z piłką przy nodze, pojedyncze okrzyki „kibiców” siedzących na ławkach, zamieniają się tak naprawdę w gwar trybun. Kumpel, z którym aktualnie masz kosę, bo podjebał ci niedawno trzy złote, staje się partnerem z drużyny, i jeśli podasz mi piłkę, gdy będzie na lepszej niż ty pozycji, twoja drużyna zdobędzie bramkę. Gramy.

Jeden z chłopaków, kiedy piłka wyszła gdzieś na aut, przytomnie zauważa: – Ej, chłopaki i dziewczyny, ale gdzie my się kurwa po tym meczu wykąpiemy? Na Łaźnię się zapisałem, ale mam dopiero za trzy dni”.

I nagle i to staje się nieważne. Bo zawsze można pójść na dworzec i tam się wykąpać. Gramy dalej. Dalej się zapominamy. Stajemy się beztroscy. Jesteśmy drużynami, które, owszem, rywalizują, ale w pełnych zasadach fair play. Zapominamy, gdzie za chwilę wrócimy. Zapominamy skąd przyszliśmy. Zapominamy o niezapłaconych mandatach, smutku samotności, nienawiści, przemocy. Zapominamy o bezdomności. Nie jesteśmy bezdomni, domni, czyści, brudni. Wchodzimy w nową rolę. Wychodzimy ze starej. Jesteśmy teraz piłkarkami i piłkarzami. Jesteśmy reprezentantami naszej drużyny. Beztroska w tym wszystkim jest, słuchajcie, beztroska i zapomnienie. I błogość. I dzieciństwo jest. Dziewczyńskość. Zdrowa rywalizacja. Honor. Strupki na kolanach. Przyjemność. Wysiłek. Wszystko to, co pozwala na chwilę zapomnieć. Beztroska i zapomnienie.

I w tym wszystkim Kamil, niemal niezauważony, zdejmuje plecak. Bo zapomniał, że przecież ma się bać. Zapomniał się. Nie ma w nim lęku.

Mecz, choćby nie wiem co, kończy się remisem. Zawsze. Jest wspólnota. Drużyna. Jedność i solidarność. Przybijamy piątki, robimy wspólne zdjęcie, koniec na dziś.

Jestem właśnie w Gdańsku. We wtorek było tu spotkanie promujący nowy numer Magazynu Kopalnia. Napisałem w tym numerze wywiad z Markiem Bieńczykiem. O pięknie futbolu jest. W Gdańsku, podczas spotkania promocyjnego byli szefowie Kopalni, Piotr Żelazny i Michał Szadkowski. I Asia Wiśnowska, która prowadziła naszą rozmowę.

W pierwszym rzędzie, wśród publiczności usiadł Andrzej Kowalczys. Legenda trójmiejskiej opozycji. Człowiek, który pomagał w organizacji wejścia Lecha Wałęsy na słynny mecz Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn, w 1983 r. Dziś Kowalczys jest radnym Gdańska. Społecznikiem. Terapeutą. Organizatorem zawodów piłkarskich drużyn niezrzeszonych. Co roku na Pomorze przyjeżdżają z całej Polski „dzikie drużyny”, które rywalizują się ze sobą w rozgrywkach „Do przerwy 1:0”.

Kowalczys usłyszał o tym, co dzieje się na krakowskich Plantach. Że wspólnie jemy a później gramy w piłkę. Że robimy to dla wspólnoty i solidarności, i dla zapomnienia. Postanowił więc nam pomóc. Przyszedł na spotkanie z dużą torbą piłkarskich koszulek. Nie takich zwykłych, kupionych, żeby odczepić od siebie głos sumienia. To są koszulki, w których Kowalczys grał z premierem Tuskiem, radnymi Gdańska, także z alkoholikami, z którymi przez lata pracował.

Koszulek jest kilkanaście. Każda z nich coś znaczy. Każda ma swoją historię. Każda jest nasiąknięta sentymentami. Kowalczys postanowił oddać je, nie bez żalu, naszym krakowskim bezdomnym. Żeby mieli w czym grać. Żeby poczuli się jeszcze bardziej piłkarzami.

Dobre historie nas dobrze karmią. Nie pamiętam kiedy ostatnio odebrało mi mowę w taki sposób w jaki odebrało mi mowę, kiedy Pan Andrzej Kowalczys opowiadał mi o swojej historii i historii każdej z tych koszulek piłkarskich.

Karmmy się dobrymi historiami. Panie Andrzeju, za to, że Pan rozumie, że bezdomni to nie śmierdzące, niepotrzebne resztki, za to, że Pan rozumie, że Oni potrzebują nas tak samo jak my potrzebujemy Ich, za to też, że dzieli się Pan tym, co jest naprawdę dla Pana ważne – dziękuję. Po prostu, w imieniu naszych dziewczyn i chłopaków z krakowskich ulic – dziękuję!

Za tych, którzy głosu nie mają

Zupa na Plantach nie jest zakąską do wódki. Chociaż tak się zdarza. Moglibyśmy oczywiście postawić na Plantach tablicę ze zdjęciami i napisem: „tych klientów nie obsługujemy”. Moglibyśmy też pewnie ustawić stoisko z alkomatem. Chłopaki wydmuchiwaliby pewnie po kilka procent, a my moglibyśmy im mówić: „zasady są, tu się nie pije, pan wydmuchał 1.4 proc., więc zupy my tu dla pana nie mamy, wypad”.

I pewnie rzeczywiście jest tak, że my na tych Plantach grzeszymy. Przesadną naiwnością, dobroczynnością, może nawet pobłażliwością. Nasi ludzie – wolontariuszki i wolontariusze – być może przesadzają z zaufaniem i pokładaniem w bezdomnych zbyt dużych nadziei.

Renia, przepiękna kobieta, kierowniczka Domu Wspólnoty Chleb Życia na Potrzebnej w Warszawie (100 bezdomnych-chorych) powiedziała mi niedawno, że przez całe swoje życie z bezdomnymi uczy się jednej rzeczy: znaleźć środek między wrażliwością i asertywnością.

Wypośrodkowania między wrażliwością a asertywnością Renia uczy się od 15 lat. I non stop to powtarza. My uczymy się do kilku miesięcy. I pewnie będziemy uczyć się do końca życia, jeśli będziemy mieli siłę, żeby do końca życia żyć z bezdomnymi.

Możemy mieć zasadę, że nie obsługujemy alkoholików. Tylko pokażcie mi bezdomnych, którzy nie są alkoholikami. Może jakiś promil. Możemy mieć zasadę, że zupę dostają tylko czyści i odwszeni ludzie. Tylko pokażcie mi absolutnie czystych i odwszonych bezdomnych. Może jakiś promil.

Jeśli już mamy grzeszyć czymkolwiek, to myślę sobie, że lepiej grzeszyć tą naiwnością i jednak nieść pomoc, niż grzeszyć przesadną kalkulacją, decydowaniem (w poczuciu wszechwiedzy) komu nieść pomoc, a komu jej nie nieść, i przez to siedzieć z założonymi rękami.

Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci niż nadmiarem kalkulacji.

Xxx

Odgórne zasady nie działają. Powiedzenie stu pokopanym przez życie facetom, żeby nagle przestali pić, dbali o siebie, poszli do pracy itd. – to naiwność. To, że odgórne zasady nie działają, nie znaczy, że zasad nie ma.

Przemek i Grzesiek. Mocują się, żeby pójść na detoksykację. Nawet udało się załatwić skierowanie. Jesteśmy do ich dyspozycji. Przygotowujemy wyprawkę szpitalną, zatankowany samochód czeka na możliwość dowiezienia ich do szpitala Babińskiego.

Ale co z tego, jeśli chłopaki nie są w stanie wyzerować swojego licznika. Za każdym razem wydmuchują po kilka procent. I my się wkurzamy, denerwujemy, krzyczymy, złościmy – przecież zasady są jasne, musicie być na zero, żeby wziąć się w garść. I moglibyśmy odpuścić, za piątym, szóstym, dziesiątym razem. Tylko jest jakaś niesamowita siła w tych ludziach (wolontariuszach Zupy na Plantach), która nie pozwala im odpuścić. Wiemy, że nie wyjdziemy za Grześka i Przemka z ulicy. Że oni muszą zrobić to sami. I mimo, że za każdym razem dotychczas się nie udawało, to nie odpuszczamy. Wiemy, że uda się za 15 razem. A jeśli ma się udać dopiero za 20 razem, to też będziemy do dyspozycji.

Xxx

Po wczorajszej Zupie z Olą Wilczewską, lekarką, próbowaliśmy ogarnąć gdzieś spanie Rafałowi. Przyszedł na Zupę. Wydmuchał nam 2,4. Telepało go. I jasne było, że po odstawieniu dostanie ataku padaczki. Jadąc z nami samochodem, szukając gdzieś miejsca do snu, Rafał trzeźwiał.

– Gdzie jedziemy? – pytał Rafał.

– Do szpitala – odpowiada Ola.

Rafał: – Przyjmą nas?

Ola: – Załatwimy, nie stresuj się.

Rafał: – Pewnie nas nie przyjmą, znów będę spał na ulicy.

Ola: – Nie, dziś nie będziesz spał na ulicy.

W szpitalu się nie udało. Udało się dopiero w ogrzewalni. I telefoniczna rozmowa Oli z kierownikiem Ogrzewalni, w której prosiła go o przyjęcie Rafała, to była prawdziwa rozmowa kogoś, kto ma głos i może mówić w imieniu tych, którzy tego głosu nie mają i mówić nie potrafią.

Dzięki tym prostym zasadom, po pierwsze, że system i zasady można naginać, żeby nieść pomoc, a po drugie, że mamy ręce, nogi, głowę, umiemy coś załatwiać, mamy samochód i czas – i wykorzystujemy to dla innych, słabszych – dzięki temu Rafał wytrzeźwiał, spał w ciepłym i rano spokojnie napił się kawy i zapalił papierosa, a teraz możemy walczyć o jego życie jeszcze raz.

Xxx

W ogrzewalni mają jakieś siedemdziesiąt bezdomnych. Ale nie mają dla nich ubrań. Trójka wspaniałych pracowników socjalnych całą noc czuwa nad bezdomnymi. I to jest kolejna prośba. W ogrzewalni potrzebują męskich spodni, koszulek, bluz i bielizny. Nie dawajcie z tego, co wam zbywa. Ostatnio przyjechał do nas transport z… używanymi butami narciarskimi. No serio, nie mamy co z tym zrobić. Gdybyście mieli męskie spodnie, koszulki, bluzy i bieliznę – i tylko to – dajcie znać.

strzelczyk@tygodnik.com.pl, FB: Błażej Strzelczyk.