Dzielenie

Opowiem Wam o dzieleniu się. A w zasadzie o dramacie, który mogą przeżywać osoby przez Was obdarowywane, a pośrednio też instytucje, które organizują zbiórki. Żeby być przy tej okazji dobrze zrozumiałym: hojność z jaką spotykamy się przy okazji organizacji zbiórek – na Ukrainę, dla naszych bezdomnych itd. – budzi nasz podziw, uznanie i radość. Ale po chwili te uczucia przelewają się w niezrozumienie, bezradność, złość.

Wygląda to tak, weźmy przykład ukraiński: zorganizowaliśmy zbiórkę darów (ubrań, zabawek, słodyczy) dla rodziny Jakimów: szóstki dzieci z Drohobycza, których ojciec jest na wojnie a matka jest chora. Przygotowaliśmy precyzyjną instrukcję obsługi: każde z dzieciaków miało imię, wiek i rozmiar. Do ŻyWa Pracownia i Tygodnik Powszechny zaczęły spływać Wasze podarunki. Dzień po dniu coraz więcej. Niektóre (większość) były szczegółowo opisane. Wysyłaliście paczki z kartkami, na których pisaliście, że dla Marysi – jest to i to, dla Jarosławy – to i to.
Ale wśród paczek pojawiały się ubrania wyraźnie za małe albo za duże, w każdym razie poza numerami podanych przez nas rozmiarów. Więcej: pojawiały się męskie buty z numerami powyżej 40. Ubrania wyraźnie zakurzone, podarte. Zepsute zabawki. Zabawki militarne. Buty narciarskie (!) Przeterminowane leki. itd.
Dla jasności, ja jestem za tym, żeby koszulki, telefony komórkowe, „potrzebne resztki” – jeśli już wyprodukowane w obozach pracy w Bangladeszu – miały kilku właścicieli. To właśnie dlatego wyraźnie mówimy, żeby dawać to, czego już się nie używa, bo to ma globalne znacznie.
Wyrzucamy za dużo rzeczy. Te, które są jeszcze sprawne, mogą służyć innym. Przedłużamy w ten sposób wartość rzeczy! Nadajemy im nowe życie. Przez to dbamy też o ekologię. To my mówimy przecież o „potrzebnych resztkach”. Nie! – resztkach. Tylko: „POTRZEBNYCH resztkach”! Rozumiecie?
Linda Polman, holenderska dziennikarka pisała w „Karawanie kryzysu” o tzw. MONGO (My Own NGO) – czyli organizacjach tworzonych przez prywatnych ludzi, przekonanych, że „lepiej, szybciej i taniej potrafią uporać się z problemami na obszarach dotkniętych kryzysem niż „prawdziwi” pracownicy organizacji humanitarnych”.
Wierzę z całego serca, że Zupa na Plantach nie jest MONGO. Nie jest to nasza egoistyczna wizja pomocy, żeby zaspokoić swoje własne potrzeby „bycia lepszym”. Choćby dlatego, że nasi wolontariusze noce i dnie spędzali w pracowni, żeby dokładnie przebrać każdy dar dla ukraińskich dzieciaków: odłożyć zabawki militarne, wyrzucić zniszczone ubrania itd. Po drugie dlatego, że zanim podejmiemy się realizacji jakiegokolwiek projektu, najpierw weryfikujemy rynek potrzeb.
W przypadku bezdomnych – nie zrobiliśmy dotychczas nic – czego nie konsultowalibyśmy z Nimi. Ale też dlatego, że kiedy organizujemy zbiórkę, to naprawdę wyraźnie informujemy, czego nasi wykluczeni potrzebują.
Nie lubię frazy „mądrze pomagać”, bo w gruncie rzeczy nie do końca wiem, co miałaby ona oznaczać. Jedna jest jednak zasada kluczowa: dawanie ludziom dotkniętym kryzysem humanitarnym albo bezdomnością – tego, co Wam zbywa, czego chcecie się pozbyć – bo jest zepsute i nie nadaje się użytku, raczej do mądrego pomagania zakwalifikować nie można.
Polman pisała m.in.: „Ofiary klęsk w rejonach o klimacie tropikalnym otrzymały w prezencie od żarliwych MONGO leki na odmrożenia, a do głodujących Somalijczyków trafiały preparaty przeczyszczające, kuracje odchudzające. Pewnego dnia jakiś entuzjastyczny prywatny ofiarodawca rozrzucał kartony nad obozami w Gomie. Naoczni świadkowie widzieli, że na Hutu posypały się m.in. spleśniały ser i rękawice narciarskie”.
To nie jest post o tym, żeby się nie dzielić. Ale – szlag, jestem zdziwiony, że to piszę – to jest post o tym, żeby spróbować dzielić się mądrze. Nie pozbywać się rzeczy. Podjąć chociaż próbę refleksji i uświadomienia sobie, że dzieciakom na Ukrainie nie warto zawozić militarnych zabawek, a naszym bezdomnym orłom z ulic Krakowa nie przydadzą się buty narciarskie.
To jasne – my podjęliśmy się tego zadania – żeby skrupulatnie weryfikować to, co dostajemy od Was i co trafia do potrzebujących, ale – trzymając się zasady – że razem pracować jest lepiej – gdy im uważniej będziecie zastanawiać się nad wykorzystaniem waszego podarunku przez wykluczonego, tym unikniecie zbędnych nieporozumień.

Staw

 

Fot: Beata Zawrzel

Fot: Beata Zawrzel

Na niemal każdym spotkaniu o „mądrym pomaganiu”, prędzej czy później zjawia się jakiś odważny, który wyrzuca: „no i pan im rybę daje, pieniądze na ulicy, przecież przepiją!”. Zawsze mnie to dziwi, na szczęście przestało mnie to złościć. Pytanie o to, czy dawać „wędkę czy rybę” nie jest tak naprawdę pytaniem o mądrą pomoc. Tylko pozornie, stawiając to pytanie, mamy przed oczami rzeczywiste potrzeby człowieka, który staje przed nami i prosi. Tak naprawdę, i zupełnie nieświadomie – gdy ktoś uporczywie pyta o sensowność dawania ryby albo wędki – staje nie przed dylematem, jak pomagać mądrze, ale przed tym nieznośnym pytaniem: co ja mam, i co robię z tym, co mam. Pytanie o wędkę i rybę jest ukrytym pytaniem o „swoje posiadanie”!

Gdy kupuję paczkę papierosów, wydając na nią 15 złotych, w ogóle nie zastanawiam się nad tym, czy to ma sens. Czy to jest mi potrzebne? Stają w kolejce do sklepu, machinalnie sięgam po kartę albo gotówkę, wydaję 15 złotych dziennie. I gdyby się tak dobrze nad tym zastanowić, albo wykonać tak intensywny proces myślenia nad tym, co robię, gdy myślę nad dawaniem pieniędzy biedakom na ulicy, to okaże się, że moje wydawanie kasy na fajki jest całkiem bez sensu.

Ale gdy staje przede mną bezdomny i prosi o kilka złotych, nagle włączają mi się wszystkie lampki kontrolne i zaczynam – w paternalistycznym uniesieniu – kalkulować. Wędkę dać? Rybę? Czy to mu pomoże? Może zaszkodzi?

No jasne, że pięć złotych nie zmieni życia tego człowieka. No jasne, że może za to łyknąć ćwiartkę czystej. No jasne – może kupić sobie bułkę i parówkę.

Staszek, bezdomny z plant opowiadał mi niedawno, jak żebrał na dworcu w Krakowie. Podchodzi do eleganckiej pani i mówi swoim soczystym głosem: – kierowniczko, pani poratuje drobnymi. Kierowniczka mierzy go wzrokiem, w jej głowie dokonuje się ten uciążliwy proces racjonalizacji, w końcu się decyduje, sięga po portfel, wygrzebuje z niego dwa złote, wyciąga do Staszka rękę i mówi na cały głos: „Dobrze! Dam panu te pieniądze! Tylko niech pan nie przepije!”. Staszek na to: „Dobrze miła pani. Wezmę te dwa złote i zainwestuję na giełdzie, a później kupię sobie za to domek”.

A już najciekawiej jest, gdy ktoś swoje dzielenie się, a raczej „racjonalnie nie-dzielenie” podbudowuje chrześcijaństwem. Mówimy o miłosierdziu. I o tym, że nie ma w nim żadnych reguł sprawiedliwości. Że miłosierdzie to właśnie dawanie za darmo. Temu, kto nie zasłużył ani nie zapracował. Jak w tej historii z zarządcą winnicy, który tyle samo płaci robotnikom pracującym od rana, i tyle samo robotnikom, którzy przyszli pod wieczór. Co za nieroztropny typ! Co za niesprawiedliwość!

Ale on tam, na zarzuty, że jego „miłosierdzie jest nieroztropne”, odpowiada strasznie mądrą frazą: „Czy nie umówiliśmy się na dniówkę? Weź swoje pieniądze i wracaj do domu! Chcę temu ostatniemu pracownikowi dać tyle samo, co tobie. Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę? Nie podoba ci się, że jestem dobry?”.

„Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę?!”. Och, jakie to jest mądre! Jak bardzo uwalniające i odpowiadające na dylemat o wędkę i rybę.

I jeszcze jedno. Jeśli ktoś ma już ambicję pomóc jakoś Staszkowi, który na dworcu prosi o dwa złote, jeśli ktoś naprawdę chce dać mu wędkę, niech, cholera jasna, nie zapomina, że nic nie będzie ze Staszka-wędkarza, jeśli Staszek-wędkarz nie będzie miał stawu, w którym mógłby łowić swoje ryby.

No więc gdy już myślimy o wędce – to myślmy o niej systemowo. Wędka – czyli możliwości, umiejętności i kwalifikacje do pracy – to mądra pomoc, tylko pod warunkiem, że jest w okolicy zakład pracy, w którym można te umiejętności i kwalifikacje zaprezentować.

W innym wypadku łechcemy tylko nasze ego i paternalizm – że oto „mądrze pomogliśmy”.

Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: „Pozwólcie mi zrobić coś teraz”. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: „Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?”. Odpowiadam im: „Nasili ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę.

Ale ja nadal będę im dawały ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę”.

Uważam, że na tym polega dzielenie się odpowiedzialnością. To tu potrzebujemy siebie nawzajem. Są pewne rzeczy, które możemy zrobić tylko my, i są rzeczy, które możecie zrobić tylko wy. Ale jeżeli połączymy siły, razem możemy zrobić coś pięknego dla Boga.

/Mowa Matki Teresy w Japonii, 24 listopada 1984 r./

Dziękuję Beacie Zawrzel za udostępnienie Zupie na Plantach wielu pięknych zdjęć! Zobaczcie bloga Beaty: zapiski prawego oka.

Kaplica

 

Przyszła mi kiedyś do głowy przebiegła myśl, że Zupa na Plantach i nasze zaangażowanie w niesienie pomocy osobom potrzebującym działa tylko dlatego, że są gdzieś rozsiane po Polsce miejsca, w których ludzie modlą się, żeby to, co robimy, miało sens.

Mam tak zawsze, kiedy jestem na mszy z Siostrą Chmielewską. W Nagorzycach, gdzie siostra mieszka z Arturem, msza jest co dzień. Kaplica (miejsce, które jest w każdym domu Wspólnoty) w Nagorzycach jest na piętrze. Codziennie wieczorem, przed kolacją, do kaplicy wchodzi siostra z Arturem, ksiądz, który z nimi mieszka i kilka osób, które akurat są tu w gościach. No i oba psy. Mała wspólnota. Msza jest bez śpiewów. Kazań. Służby liturgicznej (poza Arturem, ale o tym za chwilę). Podczas modlitwy wiernych siostra na głos wymienia wszystkie domy wspólnoty, jej mieszkańców i kierowników domów. Prosi w modlitwie o pomoc. Modli się o darczyńców. Modli się o wszystkich wolontariuszy Zup w Polsce, tych w Krakowie, Rzeszowie, Sopocie, od niedawna dodaje też tych z Poznania i Zakopanego. Modli się o Artura, który słysząc swoje imię podchodzi do „Gosi”, uśmiecha się, przytula i mówi „Jam Cię, Gosia”, co w jego języku znaczy tak naprawdę: „Kocham Cię, Mamo”. To jest msza święta po cichu. Modlimy się za ofiary zamachów terrorystycznych. Uchodźców. Samotnych. Kiedy jesteśmy tam z Piotrkiem, modlimy się, żeby ludzie mieli co jeść. Żeby nie byli chorzy. Później jest przyjęcie komunii świętej. Artur na Podniesienie wali mocno młotkiem w gong. Dzwoni dzwonkami. Przyjmuje komunię.

A jeszcze później, już po kolacji, jest wystawienie Pana Jezusa. Siostra prowadzi zapisy, kto będzie w tym czasie w Kaplicy. Nikt nie jest tam z nakazu. I bezdomni nie muszą tam przychodzić. Ona zazwyczaj jest ostatnia. Zdarzało się parę razy, że zostawałem z Nią w kaplicy. Klęka. Kurczy się. Jakby zwijała się w kłębek: „Idź i spróbuj. Zawsze jest to spotkanie. Uciekamy przed sobą samymi, a przecie Chrystus w nas chce zamieszkać, więc dobrze jest Mu zostawić miejsce i pozwolić wejść. Trzeba dać mu czas, żeby mógł się z Tobą spotkać” – mówiła nam w książce.

Miejsce modlitwy jest ważne. Tak jak w tej historii z Mojżeszem i „Namiotem Spotkania, który był poza obozem”. Miejsce, gdzie Mojżesz szedł spotkać się z Bogiem było poza obozem. Na uboczu. Pewnie po to, żeby maksymalnie ograniczyć bodźce. Pozbyć się rozproszeń. Gdy piszę o tym, że miejsce modlitwy jest ważne, to nie chodzi mi wcale o to, żebyśmy to my czuli się w tym miejscu wyjątkowo i komfortowo. W ogóle mam jakieś dziwne poczucie, na którym łapię się wielokrotnie, że niby się modlę, gadam modlitwy i nic się nie dzieje. Że mogą być momenty, w których tak naprawdę kręcę się wokół swoich uczuć. Zdarzenia z życia formułuję w słowa, wypowiadam te słowa przekonany, że to jest właśnie modlitwa. Opowiadam, opisuję, wspominam. Krążę wokół swoich myśli i emocji. Ks. Blachnicki mówił, że „Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”. Bp Grzegorz Ryś tłumaczy to tak: „Jest to niesamowicie mocne stwierdzenie. Oznacza, że człowiek jest więźniem dla siebie samego. Wciąż obraca się wokół swoich uczuć, wokół swoich myśli, swoich problemów, swoich pomysłów. Taka modlitwa może być jednym wielkim udręczeniem, męczeniem się ze sobą samym, nie dochodzi w niej do spotkania. Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”.

Już sama ta prośba o obecność Boga na modlitwie jest nie tylko kluczowa ale i wyczerpująca. Jak w Brewiarzu. „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu”. Jakby prośba, żeby On też był na tym spotkaniu. W innym razie spotykamy się sami ze sobą. A na to szkoda czasu.

No więc miejsce modlitwy jest ważne. Miałem takie miejsce będąc w seminarium. W ogóle zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkają w domach, gdzie są kaplice. Pokoje modlitwy. Pozbawione codziennej krzątaniny. Wchodzisz i znikasz nagle. Stapiasz się z tym miejscem. Po sześciu latach życia w Krakowie wreszcie mam mieszkanie z dwoma pokojami. W jednym jest sypialnia. I miejsce modlitwy. Tylko te dwie czynności. Sen i modlitwa. I jestem sam sobą zdziwiony, że za każdym razem, gdy wracam do domu, to całkowicie nieświadomie idę najpierw tam. Chociaż na moment. Stopić się z tym światem bez codziennej krzątaniny.

I w konsekwencji to jest chyba ważne, że skoro „Namiot spotkania” jest poza obozem, a kaplica jest poza codzienną krzątaniną, to także dlatego, żeby i na samej modlitwie nie było codziennej krzątaniny. Żeby modlitwa nie było rozliczeniem z dnia. Streszczeniem codzienności. Jeśli wierzyć, że Pan Bóg wie, to wie także jak minął nasz dzień. No i po co mu to jeszcze streszczać podczas modlitwy?

Szymon Hołownia mówi na audobooku „Katobotoks”, że modlitwę można przegadać. I że to rzeczywiste spotkanie z Bogiem jest wtedy, gdy słyszysz nagle, żebyś przestał gadać.

Oprócz tego, że możemy Boga zagadać codzienną krzątaniną, możemy też zabawiać Go kolejnymi nabożnymi modlitwami. Siadaliście tak kiedyś do modlitwy? Zakładając, że tym razem to będę milczał. Tak, żeby pozwolić mówić Jemu. Ile jestem w stanie wysiedzieć? Tak w absolutnej ciszy. Kontrolując przelewającą się w głowie codzienną krzątaninę. 5 minut? 10 minut? I nagle: „No dobra, dość już tego, to ja bym może różaniec odmówi”.

Nie ma chyba większej sztuki niż nauczenie się nie-gadania. „Już, dobrze”. „Już nic nie musisz mówić”. „Ja już wszystko wiem”. „A teraz posiedźmy i nic już nie mówmy”. Każdemu życzę takiego doświadczenia.

I jeszcze ciało. Co się przecież ściśle wiąże z miejscem. No więc ks. Grzegorz Strzelczyk wspominał kiedyś, że wiara musi nam się owinąć wokół czegoś materialnego. Wiara jest cielesna. Dotykalna. Namacalna. Musimy mieć przedmioty. Czotki, które przesuwamy w palcach. Wiara musi się owinąć wokół czegoś materialnego. To pomaga. Mieć coś pod palcami. I swoją świętość.

W kompletnej ciszy, bez gadania, z prośbą o Jego obecność, z czymś materialnym, w co możemy owinąć nasze doświadczenie modlitwy. I za każdym razem, gdy jestem w którymś z domów Wspólnoty Chleb Życia, to zaglądam do kaplicy. Bo tam to wszystko jest.

Przemoc

– Ma pani zameldowanie?
– Nie, nie mam też dowodu osobistego, ale pamiętam PESEL.
– Od kiedy jest pani bezdomną?
– Trzydzieści lat.
– A kim są ci, którzy bili?
– Z jednym mieszkałam. Dobry chłopak. Drugi jest byłym.
– Piliście?
– Ja tylko trochę.
Krysia ma sińce pod oczami. Wargi dwa razy większe niż zwykle, ze strupami. Powybijane zęby. Nie może się wyprostować, bo kilka ciosów przyjęła też w brzuch. Bili ją przez całą noc. Popijając wódkę. Na kilku metrach kwadratowych altanki działowej.
Każde ze zdań wywiadu, który lekarka przeprowadzała z Krysią na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, było jak kolejny cios.
– Uderzali otwartą ręką?
– Otwartą. I pięścią. Kopali też.
– Gdzie?
– W twarz. I tu, pod szyją. I w piersi. W klatkę piersiową.
– Gdzie boli najbardziej?
– Tu, pod szyją.
– Dusili?
– Jeden obejmował z tyłu, dusił, drugi bił w twarz.
Jak to mogło wyglądać? Byłem u nich kilka razy. Nie ma wiele miejsca. W środku unosi się odór niemytych ciał, zmieszany z alkoholem i dymem papierosowym. Przemoczony materac. Butla z gazem. Puste butelki. Stęchłe jedzenie. A., z którym Krysia mieszkała, bił już wcześniej. Traktował jak przedmiot. Wyładowywał złość. Narzędzie seksu. Krysia uciekała. Później wracała. Uciekała do B. W końcu spotkali się we trójkę i urządzili piekło. Pili i bili. Nie patrząc na konsekwencje. Dla zasady? Bo to kobieta, wobec niej można wszystko? Bo kobietę trzeba trzymać krótko?
Wczorajszą noc na SOR-ze zaczęliśmy około dwudziestej. Badania i diagnostykę skończyliśmy chwilę przed pierwszą w nocy. Co dalej? Centrum Interwencji ma łóżko, ale nie ma toalety. Najbliższy dom siostry Chmielewskiej to z Krakowa trzy godziny jazdy samochodem. Udało się u sióstr albertynek. Jedna z nich całą noc czuwa przy telefonie. Dyżuruje, czekając na telefony takie jak ten, który wykonaliśmy chwilę po północy.
– Pobita kobieta.
– Przyjeżdżajcie. Czeka na nią łóżko.
„Życie na ulicy to wybór”? Tu, w takiej sytuacji, to też decyzja Krysi? Że będzie narzędziem w męskich rękach? Że będzie używana?
Dla kobiety życie na ulicy to droga przez mękę. Z comiesięczną prośbą o podpaski. Z brakiem toalety. Z nieustannym narażeniem. Strachem. Przemocą. Tęsknotą za dziećmi. Stabilizacją. Bezpieczeństwem.
Przelewają mi się obrazy w głowie. Próba wyobrażenia sobie tej nocy, podczas której Krysia – sama, bezbronna i przerażona – czeka na kolejne ciosy. Wyobrażenia wypychają te pełne cynizmu zdania mężczyzn, dla których molestowanie to sprawy drugorzędne, nieistotne, lewackie. Choćby te ostatnie, oglądane przez miliony widzów w telewizji. Występują: Jakub Wojewódzki. Natalia Nykiel, Tomasz Adamek:
JW.: My ci tu zaraz zrobimy analizę. Gotujesz? Sprzątasz?
NN.: Staram się, chociaż jestem bałaganiarą.
TA.: Trzeba lać!

Krysia jest bezpieczna. W środę jedziemy do siostry Chmielewskiej.

– Nowe życie, muszę zacząć nowe życie.

Zupa na monciaku

Przejmujemy kolejne miasta, tym razem Zupa na Monciaku

To jest bagażnik samochodu Oli. Prywatnego Peugeota Partnera, który kupiła razem z mężem, gdy rodziło im się trzecie dziecko. Normalnie Peugeot jeździł na wakacje do Chorwacji, czy coś. Ale od kilku miesięcy, nawet gdyby rodzina bardzo chciała, do bagażnika Peugeota nie wsadzi walizek, bo w środku są wiklinowe kosze. Do jednego Ola wkłada ubrania męskie. Do drugiego ubrania żeńskie. Do kolejnego bieliznę. I jedzie tym samochodem na sopocki monciak, żeby rozdawać ubrania tamtejszym bezdomnym. Jakieś 30 osób z tego jej przewoźnego kiermaszu korzysta.

To był bagażnik. Teraz przednie siedzenie.
No więc na przednie siedzenie Ola wkłada 20 litrowy termos z zupą. Zupę Ola gotuje sama. W domu. Na przykład Żurek. W święta gotowała dwa gary. Jeden dla swojej rodziny. Drugi dla bezdomnych. – I, Błażku, w każdym garze było po tyle samo ziemniaków, boczku, kiełbasy – uspokajała mnie ostatnio, gdy byłem w Trójmieście.
Ola ma teraz termos. Który kupiła oczywiście sama. Ale kiedy jeszcze nie mała termosu, Ola Zupę z domu na monciak wiozła w garnku, w którym ją gotowała.
– No, ale jak ją wiozłaś, przecież nie ma uszczelki, czy zamknięcia.
– A, proszę ciebie, obwijałam w ręczniki. Taśmą skleiłam. Ale ręcznik lepszy. Ręcznik zabezpieczał. I ciepło trzymał.
– Wylewało się?
– Ostrożnie jeździłam. Trochę, owszem, czasem uroniłam. Ale trzydziestki nie przekraczałam.
Śmiałam się – mówi Ola – że normalnie w każdą niedzielę ruch w Sopocie zwalnia, bo ja się tak po ulicach wleczę.

To było przednie siedzenie. Teraz skąd to wszystko?
No więc Ola nie ma, tak jak my w Zupa na Plantach, 200 fantastycznych wolontariuszy. Działa z nią raptem kilka osób.
– Ile kosztuje Cię ta Zupa?
– jeden gar do 50 złotych.
– 200 złotych miesięcznie.
– Ale nigdy nie zabrakło. Wiesz ile ja mam fajnych ciuchów w szafie?! Już w nich nie chodzę, to szukam w internecie, co z nim zrobić. I są tacy, którzy organizują kiermasze ubrań. To ja z tymi swoimi jadę. Wyprzedaję te swoje ubrania, i z tego, co zarobię, robię kolejne zupy.

Ola ma to wszystko obcykane. Ola opowiadała mi, jak ogarniała tę Zupę i mi szczęka opadała coraz niżej. I na koniec Ola jeszcze dodała: – czasem, jak mi trochę sił brakuje, to sobie wchodzę na ten Wasz profil Zupy na Plantach i ciągnę inspirację z tych dobrych historii. I wtedy mi się bardziej jeszcze chce.

#ukochane #dziecko #Boga

Post udostępniony przez Błażej Strzelczyk (@blazejstrzelczyk)

Aleksandra Kaminska – to Ona! Szczerze mówiąc, zakochuję się w życiu po kilka razy w miesiącu. Ale tak, jak zakochałem się w tej Oli (mężu Oli, wybacz), to dawno się tak nie zakochałem.

Bądź jak Ola!

Futbol jest piękny

Marzenia o piłce nożnej bez przemocy, faszyzmu kibiców, drukowania meczów, rywalizacji na noże, zwycięstwa za wszelką cenę, są do spełnienia. Wystarczy wymazać z pamięci przekonanie, że futbol jest tylko tam, gdzie finezja piłkarskiego talentu musi mieszać się z workami pieniędzy bogaczy. Wystarczy pójść na krakowskie Planty.

 

Od wiosny, kiedy w Krakowie zrobiło się cieplej, oprócz Zupy na Plantach jest jeszcze futbol. Kiedy już zjemy zupę, Stefan (imiona bezdomnych zmieniam) krzyczy, że zbiera składy na piłkę. Spośród chłopaków i dziewczyny jedzących zupę, tworzą się drużyny. Mieszane. Znów nie trzeba spełniać żadnych warunków wstępnych. Można być, jeśli już się jest, wypitym. Można mieć długie i krótkie spodenki. Być w koszulce albo bez. Można przyjść tu, na Planty, z dworca, pustostanów albo altanek śmietnikowych. Można być domnym i bezdomnym. Czystym i brudnym. Śmierdzącym i pachnącym.

Drużyny są pięcio-, czasem sześcioosobowe. Piłka jest nowa. Bramki na cztery krok zrobione są z pustych termosów po zupie.

Kamil biega po boisku, jeśli trawnik na plantach można oczywiście nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem Światowych Dni Młodzieży. Na marginesie: zachwycaliśmy się, że po ŚDM plecaki, które nosili ich uczestnicy, zostały w Krakowie na plecach osób w kryzysie bezdomności. I sami bezdomni byli tym zachwyceni, bo plecaki, podobnie jak buty, są na wagę złota. Plecaki jednak zaczęły nieco przeszkadzać. Rzucają się w oczy. Są w jaskrawych odcieniach niebieskiego, żółtego albo czerwonego. Gdy widzicie w Krakowie taki plecak, to w 90 procentach za chwilę spotkacie bezdomnego. A chłopaki i dziewczyny nie zawsze lubią, gdy mówi się o nich „bezdomni”. Widziałem jak na jednym pustostanie chłopaki sprejem przemalowywali plecaki, żeby „nie było przypału”.

 

No więc Kamil biega po boisku, oczywiście jeśli trawnik na plantach można nazwać boiskiem, z niebieskim plecakiem. W środku ma dwie puste butelki po piwie „Harnaś”. Pastę i szczoteczkę do zębów. Kilka niedopałków papierosów (kiedy udaje się bezdomnemu wyżebrać papierosa, nie spala go całego od razu. Wypala połowę, gasi go w palcach albo pod podeszwą i chowa do kieszeni, albo plecaka – na później). W plecaku jest jeszcze koszulka na zmianę. Etui z dokumentami i zdjęciami rodziny. I klamka (Kamil mieszka w altance działkowej. Kiedy wychodzi na miasto wyciąga klamkę z drzwi, żeby nikt nie wszedł do środka. Chociaż nawet gdyby się ktoś włamał, zabrałby „tylko” śpiwór, kubek na kawę i butlę z gazem). Kamil, mimo że namawiany przez wszystkich, nie zdejmie plecaka. Zdejmując plecak, zostałby z niczym.

Drużyny mieszane: „domnych” i bezdomnych, mieszkańców pustostanów i wagonów kolejowych, cuchnących i pachnących, ustawiają się w kółku. Jeden w środku wypowiada kilka nieskładnych, w założeniu motywacyjnych zdań. Wolontariusze i reszta osób na plantach odwraca się w stronę trawnika i zaczyna wykrzykiwać pojedyncze, kibicowskie hasła. Przybijamy sobie piątki i gramy.

Nie ma tu wymyślnej taktyki. Tylko bramkarz jest na swojej pozycji. Reszta gra na chaos. Koledzy z drużyny mylą się z przeciwnikami. Kiedy już masz piłkę przy nodze, biegniesz co sił na bramkę przeciwnika.

Pamiętacie to? Każdy mecz, pozornie tylko grany dla zabawy, jest przecież meczem o życie. O być albo nie być. Tu i teraz na boisku. Intensywna gęstość. Zapominamy się tam, na tych Plantach. Żadne tam kalkulacje. Co będzie, jeśli odpuścimy? Żadne tam, „jeśli przegramy, to przecież za chwilę będzie kolejny mecz o trzy punkty”. Tu się gra na zawsze. Tak, jakby jutra miało nie być. Jakby to był finał ważnych rozgrywek, chociaż to porównanie ciągle jest niewystarczające. Jakby od nas wszystko zależało. Nagle, kiedy tak biegniesz z piłką przy nodze, pojedyncze okrzyki „kibiców” siedzących na ławkach, zamieniają się tak naprawdę w gwar trybun. Kumpel, z którym aktualnie masz kosę, bo podjebał ci niedawno trzy złote, staje się partnerem z drużyny, i jeśli podasz mi piłkę, gdy będzie na lepszej niż ty pozycji, twoja drużyna zdobędzie bramkę. Gramy.

Jeden z chłopaków, kiedy piłka wyszła gdzieś na aut, przytomnie zauważa: – Ej, chłopaki i dziewczyny, ale gdzie my się kurwa po tym meczu wykąpiemy? Na Łaźnię się zapisałem, ale mam dopiero za trzy dni”.

I nagle i to staje się nieważne. Bo zawsze można pójść na dworzec i tam się wykąpać. Gramy dalej. Dalej się zapominamy. Stajemy się beztroscy. Jesteśmy drużynami, które, owszem, rywalizują, ale w pełnych zasadach fair play. Zapominamy, gdzie za chwilę wrócimy. Zapominamy skąd przyszliśmy. Zapominamy o niezapłaconych mandatach, smutku samotności, nienawiści, przemocy. Zapominamy o bezdomności. Nie jesteśmy bezdomni, domni, czyści, brudni. Wchodzimy w nową rolę. Wychodzimy ze starej. Jesteśmy teraz piłkarkami i piłkarzami. Jesteśmy reprezentantami naszej drużyny. Beztroska w tym wszystkim jest, słuchajcie, beztroska i zapomnienie. I błogość. I dzieciństwo jest. Dziewczyńskość. Zdrowa rywalizacja. Honor. Strupki na kolanach. Przyjemność. Wysiłek. Wszystko to, co pozwala na chwilę zapomnieć. Beztroska i zapomnienie.

I w tym wszystkim Kamil, niemal niezauważony, zdejmuje plecak. Bo zapomniał, że przecież ma się bać. Zapomniał się. Nie ma w nim lęku.

Mecz, choćby nie wiem co, kończy się remisem. Zawsze. Jest wspólnota. Drużyna. Jedność i solidarność. Przybijamy piątki, robimy wspólne zdjęcie, koniec na dziś.

Jestem właśnie w Gdańsku. We wtorek było tu spotkanie promujący nowy numer Magazynu Kopalnia. Napisałem w tym numerze wywiad z Markiem Bieńczykiem. O pięknie futbolu jest. W Gdańsku, podczas spotkania promocyjnego byli szefowie Kopalni, Piotr Żelazny i Michał Szadkowski. I Asia Wiśnowska, która prowadziła naszą rozmowę.

W pierwszym rzędzie, wśród publiczności usiadł Andrzej Kowalczys. Legenda trójmiejskiej opozycji. Człowiek, który pomagał w organizacji wejścia Lecha Wałęsy na słynny mecz Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn, w 1983 r. Dziś Kowalczys jest radnym Gdańska. Społecznikiem. Terapeutą. Organizatorem zawodów piłkarskich drużyn niezrzeszonych. Co roku na Pomorze przyjeżdżają z całej Polski „dzikie drużyny”, które rywalizują się ze sobą w rozgrywkach „Do przerwy 1:0”.

Kowalczys usłyszał o tym, co dzieje się na krakowskich Plantach. Że wspólnie jemy a później gramy w piłkę. Że robimy to dla wspólnoty i solidarności, i dla zapomnienia. Postanowił więc nam pomóc. Przyszedł na spotkanie z dużą torbą piłkarskich koszulek. Nie takich zwykłych, kupionych, żeby odczepić od siebie głos sumienia. To są koszulki, w których Kowalczys grał z premierem Tuskiem, radnymi Gdańska, także z alkoholikami, z którymi przez lata pracował.

Koszulek jest kilkanaście. Każda z nich coś znaczy. Każda ma swoją historię. Każda jest nasiąknięta sentymentami. Kowalczys postanowił oddać je, nie bez żalu, naszym krakowskim bezdomnym. Żeby mieli w czym grać. Żeby poczuli się jeszcze bardziej piłkarzami.

Dobre historie nas dobrze karmią. Nie pamiętam kiedy ostatnio odebrało mi mowę w taki sposób w jaki odebrało mi mowę, kiedy Pan Andrzej Kowalczys opowiadał mi o swojej historii i historii każdej z tych koszulek piłkarskich.

Karmmy się dobrymi historiami. Panie Andrzeju, za to, że Pan rozumie, że bezdomni to nie śmierdzące, niepotrzebne resztki, za to, że Pan rozumie, że Oni potrzebują nas tak samo jak my potrzebujemy Ich, za to też, że dzieli się Pan tym, co jest naprawdę dla Pana ważne – dziękuję. Po prostu, w imieniu naszych dziewczyn i chłopaków z krakowskich ulic – dziękuję!

Za tych, którzy głosu nie mają

Zupa na Plantach nie jest zakąską do wódki. Chociaż tak się zdarza. Moglibyśmy oczywiście postawić na Plantach tablicę ze zdjęciami i napisem: „tych klientów nie obsługujemy”. Moglibyśmy też pewnie ustawić stoisko z alkomatem. Chłopaki wydmuchiwaliby pewnie po kilka procent, a my moglibyśmy im mówić: „zasady są, tu się nie pije, pan wydmuchał 1.4 proc., więc zupy my tu dla pana nie mamy, wypad”.

I pewnie rzeczywiście jest tak, że my na tych Plantach grzeszymy. Przesadną naiwnością, dobroczynnością, może nawet pobłażliwością. Nasi ludzie – wolontariuszki i wolontariusze – być może przesadzają z zaufaniem i pokładaniem w bezdomnych zbyt dużych nadziei.

Renia, przepiękna kobieta, kierowniczka Domu Wspólnoty Chleb Życia na Potrzebnej w Warszawie (100 bezdomnych-chorych) powiedziała mi niedawno, że przez całe swoje życie z bezdomnymi uczy się jednej rzeczy: znaleźć środek między wrażliwością i asertywnością.

Wypośrodkowania między wrażliwością a asertywnością Renia uczy się od 15 lat. I non stop to powtarza. My uczymy się do kilku miesięcy. I pewnie będziemy uczyć się do końca życia, jeśli będziemy mieli siłę, żeby do końca życia żyć z bezdomnymi.

Możemy mieć zasadę, że nie obsługujemy alkoholików. Tylko pokażcie mi bezdomnych, którzy nie są alkoholikami. Może jakiś promil. Możemy mieć zasadę, że zupę dostają tylko czyści i odwszeni ludzie. Tylko pokażcie mi absolutnie czystych i odwszonych bezdomnych. Może jakiś promil.

Jeśli już mamy grzeszyć czymkolwiek, to myślę sobie, że lepiej grzeszyć tą naiwnością i jednak nieść pomoc, niż grzeszyć przesadną kalkulacją, decydowaniem (w poczuciu wszechwiedzy) komu nieść pomoc, a komu jej nie nieść, i przez to siedzieć z założonymi rękami.

Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci niż nadmiarem kalkulacji.

Xxx

Odgórne zasady nie działają. Powiedzenie stu pokopanym przez życie facetom, żeby nagle przestali pić, dbali o siebie, poszli do pracy itd. – to naiwność. To, że odgórne zasady nie działają, nie znaczy, że zasad nie ma.

Przemek i Grzesiek. Mocują się, żeby pójść na detoksykację. Nawet udało się załatwić skierowanie. Jesteśmy do ich dyspozycji. Przygotowujemy wyprawkę szpitalną, zatankowany samochód czeka na możliwość dowiezienia ich do szpitala Babińskiego.

Ale co z tego, jeśli chłopaki nie są w stanie wyzerować swojego licznika. Za każdym razem wydmuchują po kilka procent. I my się wkurzamy, denerwujemy, krzyczymy, złościmy – przecież zasady są jasne, musicie być na zero, żeby wziąć się w garść. I moglibyśmy odpuścić, za piątym, szóstym, dziesiątym razem. Tylko jest jakaś niesamowita siła w tych ludziach (wolontariuszach Zupy na Plantach), która nie pozwala im odpuścić. Wiemy, że nie wyjdziemy za Grześka i Przemka z ulicy. Że oni muszą zrobić to sami. I mimo, że za każdym razem dotychczas się nie udawało, to nie odpuszczamy. Wiemy, że uda się za 15 razem. A jeśli ma się udać dopiero za 20 razem, to też będziemy do dyspozycji.

Xxx

Po wczorajszej Zupie z Olą Wilczewską, lekarką, próbowaliśmy ogarnąć gdzieś spanie Rafałowi. Przyszedł na Zupę. Wydmuchał nam 2,4. Telepało go. I jasne było, że po odstawieniu dostanie ataku padaczki. Jadąc z nami samochodem, szukając gdzieś miejsca do snu, Rafał trzeźwiał.

– Gdzie jedziemy? – pytał Rafał.

– Do szpitala – odpowiada Ola.

Rafał: – Przyjmą nas?

Ola: – Załatwimy, nie stresuj się.

Rafał: – Pewnie nas nie przyjmą, znów będę spał na ulicy.

Ola: – Nie, dziś nie będziesz spał na ulicy.

W szpitalu się nie udało. Udało się dopiero w ogrzewalni. I telefoniczna rozmowa Oli z kierownikiem Ogrzewalni, w której prosiła go o przyjęcie Rafała, to była prawdziwa rozmowa kogoś, kto ma głos i może mówić w imieniu tych, którzy tego głosu nie mają i mówić nie potrafią.

Dzięki tym prostym zasadom, po pierwsze, że system i zasady można naginać, żeby nieść pomoc, a po drugie, że mamy ręce, nogi, głowę, umiemy coś załatwiać, mamy samochód i czas – i wykorzystujemy to dla innych, słabszych – dzięki temu Rafał wytrzeźwiał, spał w ciepłym i rano spokojnie napił się kawy i zapalił papierosa, a teraz możemy walczyć o jego życie jeszcze raz.

Xxx

W ogrzewalni mają jakieś siedemdziesiąt bezdomnych. Ale nie mają dla nich ubrań. Trójka wspaniałych pracowników socjalnych całą noc czuwa nad bezdomnymi. I to jest kolejna prośba. W ogrzewalni potrzebują męskich spodni, koszulek, bluz i bielizny. Nie dawajcie z tego, co wam zbywa. Ostatnio przyjechał do nas transport z… używanymi butami narciarskimi. No serio, nie mamy co z tym zrobić. Gdybyście mieli męskie spodnie, koszulki, bluzy i bieliznę – i tylko to – dajcie znać.

strzelczyk@tygodnik.com.pl, FB: Błażej Strzelczyk.

Samo gęste życie

Od kilku miesięcy jemy z bezdomnymi zupę na Plantach. Gotujemy, później wsiadamy na rowery, jedziemy na Planty i jemy.

W związku z rozlewaniem tej Zupa na Plantach nabrałem automatycznie zupowej metaforyki. Edek, gdy przychodzi z miską, mówi na przykład: „Błażku, Błażku, daj gęstego”. A Rysek z kolei: „Daj z dna. Z dna jest samo dobre”.

Natomiast podczas gotowania czasem zdarza się, że kierownik gara krzyczy: „ej, niech ktoś zdejmie szumowiny”.

Szymon Hołownia napisał w felietonie, a teraz w katolickim internecie toczy się dyskusja, czy Helena Kmieć, misjonarka, która zmarła w Boliwii, nie powinna przypadkiem zostać ogłoszona świętą natychmiast.

Pod felietonem pojawiły się kąśliwe komentarze, że przecież Helena nie zginęła „broniąc wiary”, tylko podczas „ataku na tle rabunkowym” i to, jak zginęła, nie ma nic wspólnego z męczeństwem.

Ja tam się słabo znam na tych świętościach i błogosławieństwach. Nie wiem jak innym, ale mi te zdarzenia z Boliwii uświadomiły, że to „gęste życie” i to „życie z dna”, jest zupełnie gdzieś indziej.
Że gdy zapytasz jakiegoś laika o Kościół, wiarę, doświadczenie młodych ludzi w Kościele, to usłyszysz pewnie, że biskupi, gender, pieniądze, biznes, samochody.

Tak cyniczny, żeby powiedzieć, że „jakaś śmierć ma sens”, nie jestem. Ale te kilka dni po śmierci Heli, kiedy nagle portale pisały o pięknej, czystej, takiej, ja wiem, nieskazitelnej, dziewczynie, która gdzieś tam, poza wielkimi opowieściami o publicystyce katolickiej, poza „głównym nurtem”, poza telewizjami, decyduje się jechać na drugi koniec świata, żeby pomagać dzieciom, że to wszystko jest dowodem, że świat, ten gęsty, jest gdzieś indziej.

Że gęste życie z dna toczy się poza dyskusjami wielkich ekspertów.

To, jak żyła Helena, to jest samo gęste. To, jak my czasem żyjemy, to jest czasem tylko zdejmowanie szumowin.

Hela, jakkolwiek to brzmi, taka jesteś piękna i czysta, dzięki!

Majtki, skarpety, kalesony

15622638_598920736961065_2681439896059194306_n

Wokół mojego biurka w redakcji leżą cztery reklamówki. Zaglądam do środka. W pierwszej ryż, konserwy, puszki z pomidorami, kukurydzą, groszkiem. W pozostałych: paczki z podpaskami (przy dziesiątej straciłem rachubę), nawilżone chusteczki, szczoteczki i pasty do zębów, mydła – w kostkach i w płynie.

– Iwonka – krzyczę do koleżanki dbającej w redakcji o to wszystko, o co państwo redaktorstwo dbać podczas codziennej pracy zapomina – Iwonka, co to za reklamówki?

– Ktoś przyniósł, mówił, że dla ciebie – słyszę.

– Podpaski, dla mnie?

– Nie zaglądałam.

– Aha.

– I był jeszcze ten Marek, zabrał swoje walizki, mówił, że ma schronisko.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że na facebooku napisałem kiedyś taką historię:

Padła mi bateria w telefonie. Wiadomości, jak się okazuje – niestety – odsłuchałem dużo późnej. Było ich sześć. Coś tam o pracy. Coś o jakimś piciu. Odsłuchuję zapisuję co trzeba, resztę usuwam. Nagle słyszę w słuchawce przepity lekko, chropowaty kobiecy głos:
– Dobry wieczór, Anna xxx, bezdomna, dzwonię w sprawie tych ubrań.
Oddzawniam od razu. Odbiera Marek.
– cześć Marek. Ania do mnie dzwoniła, co tam?
– już Ci ją daję.

Trzeszczy chwilę w słuchawce, telefon przejmuje Ania:

– cześć Błażej.
– cześć, cześć, jak tam?
– wiesz, bo my te wszystkie całe nasze worki z ubraniami i rzeczami, jak jest dzień, to chowamy w krzakach.
– no wiem. Szukam tego większego plecaka dla was. Jest ciężko.
– plecaka już nie potrzeba.
– co się stało?
– dziś przed nocą ktoś nam te worki zajebał. Wszystko tam było.
– kurwa.
– trudno. Przyjął nas znajomy. Jest ciepło. Dajemy radę, tylko jest mały problem.
– no, mów.
– głupio mówić. Dostałam na Smoleńsku ostatnio dwie podpaski. Obie w tych workach miałam. Muszę podpaski. Może wasze dziewczyny mają? Sorry, że z tym do ciebie. Bo bielizny żadnej też już nie mam.

No więc, jak się okazuje, ktoś ten post przeczytał i dostarczył do redakcji trzy reklamówki podpasek.

Nie wiem kto te reklamówki do redakcji przyniósł. Ale temu, który to zrobił, muszę powiedzieć, że Ania i Marek są właśnie w domku w Zochcinie, u siostry Chmielewskiej.

Stają na nogi. Także dzięki Tobie. Dzięki temu, że w trakcie szukania dla Ani i Marka miejsca na ziemi, Ona mogła czuć się przez chwilę bezpiecznie i komfortowo.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że życie na ulicy wcale nie jest takie łatwe, jakby się nam, tym z lepszej strony życia, mogło wydawać.

Pisałem już o tym wielokrotnie, że fraza: „biedni, bezdomni, sami wybrali sobie taki sposób życia na ulicy. Dlaczego mamy im pomagać?”, jest, cokolwiek błędna.

Tak serio, od ponad roku wychodzę na tę ulicę, i tam naprawdę trudno spotkać ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali, że codziennie będą musieli prosić o jedzenie, że nie będą mogli się myć w ciepłej wodzie, że nie będą mogli zasypiać na miękkim materacu.

Bieda na ulicy to też brak czystej bielizny. Bieda na ulicy to niezmienianie skarpet od miesiąca. Jeden Pan na przykład, gdy zapytałem go, kiedy ostatnio mył zęby, odpowiedział, że nie pamięta. Inny, jeśli o zęby chodzi, chyba każdy z nich ma zepsuty, a – musicie mi uwierzyć – umówienie go do lekarza, żeby zajrzał mu w te zęby, nawet za największe pieniądze, wcale takie proste nie jest.

Bieda na ulicy to jest intymność. Te wszystkie rzeczy, które dla nas są takie naturalne i oczywiste, dla innych, żyjących kilka metrów od nas, są nieosiągalne.

Pamiętajcie o tej intymności. O kobietach żyjących na ulicy, które nigdy nie były badane ginekologicznie. O mężczyznach, przecież takich samych jak my, którzy czasem przez swoje głupie decyzje, a później przez wady w systemie pomocy, nigdy nie zostali przebadani, żeby się wykąpać muszą iść na dworzec, a żeby zmienić bieliznę, muszą się kogoś o to prosić.

Pamiętajcie o tym, gdy ich mijacie na ulicy. Nie musicie dawać im pieniędzy. Kiedy mijacie ich na ulicy, zatrzymajcie się na chwilę, spytajcie, czego potrzebują, porozmawiajcie z nimi, powiedziecie (jeśli mieszkają w Krakowie), żeby w środę i niedzielę, około godziny 18.30 wpadli na Planty, obok teatru Słowackiego. Tam czeka na nich ciepła zupa i rzeczy, których naprawdę potrzebują.

A jeśli was na to stać, nie dawajcie już podpasek, ich mamy pod dostatkiem. Dajcie nam, proszę o to w Ich imieniu: majtki, bokserki, skarpetki, kalesony.

Jestem w redakcji Tygodnika Powszechnego, Wiślna 12, Kraków, codziennie, od poniedziałku do piątku od 9 do 16. A jeśli macie bliżej, jesteśmy też na Celnej 5 w Żywej Pracowni. Odzywajcie się na priv, na Facebooku.

dzięki.

 

Szczur, więzienie, paczka fajek

15078809_1496924713657713_7298808790827846747_n

Podobno w tym wszystkim chodzi o zanurzenie się w syfie. Zobaczenie w nędzy „twarzy Chrystusa”. Gdy na kilka minut siadasz na zimnym i mokrym murku posadzki pod Bramą Floriańską, upokorzenie i wkurwienie czujesz już po kilku sekundach. Spodnie nasiąkają moczem, deszczem, śliną. Ile tam siedzisz? Dziesięć minut? Nawet nie. Tyle, ile spalasz papierosa. Maksymalnie, jeśli zaciągasz się swobodnie, od czterech do sześciu minut. Ale akurat zaciągasz się nieswobodnie. Czujesz przecież smród: moczu, stęchlizny gnijących stóp, dymu szluga, zaschniętego potu. Palisz cztery minuty. Szybko palisz.

Emil siedzi od rana. O piątej rano budzi go policjant. Bo Emil śpi akurat na zimnej ławce pod Sukiennicami. Emil wstaje o szóstej i idzie.

– Przyszli najpierw około trzeciej.

– No i?

– I mówią, kurwa, po prostu, że chrapię.

– Że chrapiesz?

– Że, chrapię, mówią. Że to głośne jest. Mieszkańcy dzwonili, mówili, chrapie ktoś, że rzekomo to ja.

– Mieszkańcy? Na Rynku?

– Oni tam mieszkają przecież. Kamienice są na Rynku. Dzwonić musieli, nie ma chuja, policjant debil, ale kłamać to nie mogę powiedzieć.

– I?

– Mandat mi chciał dać. Weź się, rozumiesz, mandat.

– Za chrapanie.

– No, mówię mu: panie, lipy tu nie róbmy, już się zbieram, nie ma mnie, uznajmy, że mnie tu nie ma.

– A on?

– Żebym spierdalał, bo jak nie, to on ma możliwości.

Emil o szóstej rano ma kaca. Emil albo ma kaca, albo jest pijany. Jest w ciągu od sierpnia. Sierpień był trzy miesiące temu, ale Emil nie wrócił jeszcze z Woodstocku. Miał wrócić, oczywiście, ale mu się przedłużyło. Śpi teraz pod Sukiennicami, ewentualnie, jak go natychmiastowo zmorzy, wprost pod Bramą Floriańską. Bo tu siedzi. Obok Kapliczki Matki Boskiej. W takiej z murku wnęce.

– Żebrzesz?

– Ja się brzydzę. Jak sami podchodzą, to gadam.

– O czym?

– A dlaczego pan na zimnie siedzi? – Tak pytają. Wiesz, na pan do mnie.

– A ty, co na to?

– Opowiadam.

– Co?

– Ściemę walę. Jak czuję, że wrażliwie ma być, żeby kasą ktoś sypnął, to mówię, że mnie żona z domu wyjebała, kurwa jedna, puszczała się to na lewo, to na prawo.

– A niewrażliwie?

– To że we więźniu przesiedziałem, osiem lat.

– A prawda o tym, że na zimnie siedzisz, to jaka jest?

– Że dwadzieścia dwa lata w tym więźniu siedziałem.

– Za co?

– Daj fajkę.

Emil dawno temu miał sprzeczkę z bratem.

– Sprzeczkę?

– No. Zajebałem go. – Wstań z tego murku, bo wilka złapiesz.

 

Po poważnym załamaniu się nerwów Waldek wrócił na ulicę. W tej obok dworca kamienicy z numerem 3, drzwi od klatki się nie domykają. – Dwanaście schodków jest – mówi szeptem, prowadząc do piwnicy – nie ma żarówki, musiałem obliczyć, bo bym się wyjebywał za każdym razem. W piwnicy drzwi z wybrakowanych desek zamykają się na kłódkę. Kłódka jest przepiłowana. Nora, w której Waldek zasypia ma jakieś dwa metry na metr. Śpi na wersalce. Siedzimy w tej klitce. Palimy.

– W Wałbrzychu, skąd pochodzę, spałem na śmietniku. Ale to był, jak na nasze warunku, bo z kolegą tam spałem, duży komfort. Mieliśmy ogrzewany śmietnik.

– Ogrzewany?

– Dwie rury grzewcze szły zaraz obok śmietnika. Luksus, panie, luksus.

Waldek wstaje nagle, powoli, z dużą uwagą, mówi, żebym się nie ruszał, peta rzuca na ziemię. Zbliża się do mnie powoli, z pięścią zaciśniętą i śmiercią w oczach. Bierze zamach i wymierza kopa tuż obok mnie. – Szczur. Zabiłem dziada. W nocy dziś nie dawał mi spokoju, chodź, musimy go wyjebać.

 

Zapomnijmy o sentymentach. Chrystusie w ciele wykluczonego. Możemy oczywiście snuć rzewne opowieści, że przez rozdawane bezdomnym kanapki doprowadzamy ich do „osobistego spotkania z Chrystusem”.  Nawet jeśli pokonamy tę żmudną drogą do zrozumienia, że ostatecznie my, lepiej urodzeni, nie mamy pojęcia po co wychodzimy na ulicę i jaki jest cel naszych rozmów z bezdomnymi, to i tak nagle zapala się nam lampka, że przecież jednak wiemy lepiej. A to w zasadzie takie podbudowujące nasz narcyzm, że spędziliśmy czas z wykluczonym, dotknęliśmy jego historii. Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie – pisze Artur Domosławski – sentymentalizm przerabia w obiekty westchnień. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzi w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet.

Pułapki są więc dwie. Jedna z nich to nasz wzruszający sentymentalizm. Druga, to nasze przekonanie, że wiemy najlepiej co należy zrobić, żeby wyciągnąć kogoś z biedy.