Bukszpan babci Janiny

Babcia Janina mieszka za znakiem „Medynia Głogowska” naprzeciwko drewnianego krzyża, który stoi obok pierwszego we wsi przystanku autobusowego, ale przed znakiem ostrzegającym o wbiegających na asfalt Sarnach, i tuż obok domu rodzinnego księdza Józefa. (Ciekawostka: Babcia Janina chodziła z księdzem Józefem do tej samej klasy w podstawówce! Babcia Janina to jest generalnie kobieta wykształcona. Napisała maturę w Łańcucie, później studiowała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, zrobiła kurs katechetyczny i uczyła religii w szkole, w Medyni).
Idzie od cmentarza w stronę domu i pcha rower. Rower jest czerwony, bo drugi, niebieski, który od nas dostała, ma przebitą dętkę. Do roweru, od bagażnika zaczynając, przez siodełko, aż do prawej rączki kierownicy, bo babcia Janina pcha rower od lewej strony, przywiązane ma sznurkiem (przeciągniętym od łańcucha, później w górę, i tak kilka przełożeń) ze trzydzieści na oko gałązek bukszpanu.
Jurek naprawił jej tę dętkę, kupiliśmy nową opnę i pompkę, i zawiozłem jej ten niebieski rower.

– Oj, to dobrze, dobrze, Bóg niech wam wynagrodzi.
– Byłem u Pani niedawno, przed mszą u nas, zaprosić chciałem, nie było Pani, a to wieczór, ciemno już.
– A, bo ja jeżdżę, do Zalesia, w Zalesiu pięknie choinka rośnie, nazrywam, to na noc zjeżdżam.
– A ten bukszpan?
– A to (ścisza głos, jakby w ramach „konspiracji”), przy cmentarzu ludzie nazrzucali do lasu, bukszpan piękny, bukszpan na wiązanki.
– Wiązanki?
– Pekaesem jadę na targ do Rzeszowa, za osiem nawet sprzedam taką wiązankę, teraz przed świętami to bukszpan jak znalazł.

Pojechaliśmy więc dozbierać resztę tego bukszpanu. Najpierw do Kościoła na mszę o siedemnastej. (- To już na wypominki nie zostaniemy – mówi babcia Janina, i przekłada pas w samochodzie, trzyma ten pas przy zapięciu. – Zapiąć trzeba jednak – mówię. – A na co, kochaniutki, to tu, niedaleko, nie ma czasu na zapinanie pasów. – Zapnę – nie daję za wygraną. – Oj ty, Błażejku (bo ona do mnie Błażejku mówi), zapnij).

Babcia Janina ma długi skórzany płaszcz, trapery, w kościele całą mszę klęczy i mówi szeptem (chyba różaniec), po dzwonkach na zakończenie mszy zrywa się nagle, jakby w połowie, dłonie splata z tyłu, rozgląda się w prawo, w lewo, taka zgarbiona idzie do drzwi, jakby je chciała taranem pokonać, łapie za klamkę, ledwo zdążam za nią, jedziemy.

Pod cmentarzem przedziera się przez las. Jakby sama była z tego lasu. Jest ciemno przecież. Ona ten las dobrze zna „nie pal Błażejku tej latarki, las nie lubi takiego światła”. Idziemy tym lasem, ona czujnie, jak u siebie, ja po omacku, żeby tylko jej nie stracić z oczu, bo zginę tu przecież, „Jest!” – krzyczy. Zbiera na kupkę te gałęzie bukszpanu i mówi: „no pociągnij do auta, przeciągniesz?”.

Ciągniemy ten bukszpan z babcią Janiną przez las.
– Oj, pięknie, dobrze, że ta siostra cię tu przysłała – mówi babcia Janina, a ja ciągnę ten bukszpan tuż za nią.
Pakujemy gałązki bukszpanu po sam sufit samochodu.

– tu, rzuć tu, przy studni, przy studni te gałązki bukszpanu, pięknie bukszpan pachnie, ja jutro sobie przepatrzę, dołożę choinkę, będą wiązanki.

– pokaże mi Pani, jak robi te wiązanki?

– no, chodź, przyjdź, Błażejku, mój Boże, pokaże, może pojechać też chcesz, na handel ze mną?

Babcia Janina ma 83 lata, nie chodzi, biega, nie zatrzymuje się, w ogóle Babica Janina się nie zatrzymuje.

Salon

 

nie są to proste rzeczy, mieszkańców mojego domu dla osób bezdomnych, chorych, bardziej przejmuje nie to, jakie książki postawimy na tych półkach, ale to, ile kurzu się na nich zgromadzi, oraz nie to, kto te książki będzie czytał, tylko kto będzie wycierał z nich kurze.
Mimo to, w myśl tych grafomańskich nierzadko sentencji, że oto Dom bez książek jest jak plaża bez słońca, a pokój bez biblioteki jest jak człowiek bez duszy, namocowaliśmy się, nadenerwowaliśmy, trochę debatowaliśmy i wreszcie postawiliśmy w salonie dziesięć skrzynek na książki.
Basia sugeruje, żeby zasłonić je firanką, to nie będzie kurzu.
Póki co jesteśmy w lekkim konflikcie, ja bowiem uważam, że Dom to też czasem bałagan, nieporządek, chodzenie boso, gwar, krzątanina, zapach rosołu, krzyk, śmiech, jesienią śliwki, latem czereśnie, boczne, ciepłe światło, fistaszki i pistacje w miskach na stoliku w salonie (myślę odważnie nawet, że, owszem, w „domu Ojca Mego jest mieszkań wiele”, ale obraz tych mieszkań mamy lekko zniekształcony tylko dlatego, że jakiś nadgorliwy redaktor usunął z tej frazy kolejne zdanie, które, jak mi się odważnie wydaje, brzmiało właśnie: „a w mieszkaniach tych do skosztowania są orzeszki, orzechy i bardzo dużo książek”).
„Trudno przypuszczać, żeby sztuka ze swej istoty była jakimś osobnym światem, udziałem niektórych. Jeżeli więc sztuka wydaje się być czymś oderwanym od życia, wina to barbarzyństwa ludzi, fałszywej teorii, nie zaś samej sztuki” – pozwolił sobie powiedzieć kilkadziesiąt lat temu brat Albert, ale dodawał swoim współbraciom, że schroniskach nie powinny świecić przepychem i ma być skromnie. My, szczęśliwie, w Medyni, dzięki Małgorzata Chmielewska, nie mamy schroniska, noclegowni, ogrzewalni, więzienia dla bezdomnych. Mamy Dom. Skromny rzecz jasna. Robimy Dom Dobry. Siostra na przykład, nie wiem czy wiecie, dostaje słusznego szału na widok plastikowych doniczek na kwiatki. Chwała za to Bogu. Melduję więc, Siostro, że pozwoliłem sobie zdjąć z jadalni ten wydrukowany „obraz” kosza z bułkami w odcieniu zgniłej żółci i na jego miejscu zawiesiłem dwa świetne obrazy Zuzanna Surma.
Tak oto spełniliśmy zasadę Brata Alberta, że sztuka i kultura nie wyklucza. A teraz zbudujmy razem bibliotekę.
Pomóżcie nam zapełnić te skrzynki książkami. Pomóżcie nam zbudować skromny, ale ciepły salon, miejsce spotkania, wspólnego spędzania czasu.
Halo, Facebook, wyślijcie nam do Medyni książki. Ale takie dobre książki. Pomóżcie nam poczuć się tu jak w Domu. Być może dla wielu z nas – mieszkańców – to jest ostatnia w życiu szansa, żeby zamieszkać w Domu-naprawdę. I przy okazji możecie sprawić, że jedyną korespondencją, jaką dostajemy, nie będą „wezwania do zapłaty”, ale będą nią także książki od Was.
A jak już przyślecie nam te książki, a my je ustawimy na tych półkach ze skrzynek, to wpadnijcie do nas, do Domu, i wtedy poczytamy sobie razem.
Medynia Głogowska 735
37-126 Medynia Głogowska.

Czekanie

1.
6 rano. Schodzę na dół, bo umówiłem się z Marzenką, że ją przed siódmą zawiozę do pracy w Łańcucie.
Małgorzata Chmielewska kupiła mi do biura (pokoiku z kanapami, dokumentami itd., połączonego z moją sypialnią) ekspres do kawy, więc wstawiam szybko kawę i schodzę, żeby sprawdzić czy Marzenka wstała.
Wstała. Czeka. W butach już, czapce, kurtce, dopala papierosa.
– Już schodzę, mamy jeszcze chwilę czasu przecież, to kawę tylko łyknę, dobrze? – mówię.
– Żaden problem. To ja spalę jeszcze jednego.
– To poczekaj, zejdę z kawą do Ciebie.
Wracam na górę. Biorę kawę. Zaczyna świtać. Reszta śpi. Nie chcę zbudzić. Schodzę cicho. Pod schodami jest fotel. Lubię ten fotel. Jest taki skryty. Trochę jest w salonie, a trochę go nie ma. No więc świta, w Domu półmrok, taki, wiecie, panuje tu koło szóstej nastrój, jak wtedy, gdy przed wyjściem rano do pracy wstaniecie na tyle wcześnie, żeby dopić jeszcze rano kawę.
Na fotelu siedzi Iwonka. Nie śpi, jak mówi, od trzeciej albo czwartej.
Normalnie było tak, że przygotowaniem śniadań i kolacji zajmowały się Ula i Ida. One też gotowały obiady. Zarządziliśmy więc, że „od teraz” zrobimy dyżury śniadaniowe i kolacjowe, tak, żeby każdy miał wkład w tworzenie Domu, a jak przecież inaczej tworzy się Dom, jeśli nie przez stół, wspólnotę stołu, i odpowiedzialność za to, że w Domu nikt nie chodzi głodny?
Iwonka wpisała się na listę na śniadanie.
– nie śpisz?
– bałam się, że zaśpię i nie przygotuję śniadania.
– przecież śniadanie jest o ósmej rano.
– a już jest przecież szósta piętnaście, to najwyższy czas, żeby talerze rozstawić.
– przecież o siódmej trzydzieści też być ze wszystkim zdążyła.
– no nie mogłam spać. Wolałam tu poczekać. Niż na łóżku. Gdybym czekała na łóżku jeszcze mogłabym niechcący zasnąć i zaspać.

2.


Basia śniadanie we wtorek jadła z bezrękawnikiem przewieszonym na krześle. Zbyszek na śniadanie we wtorek zniósł czapkę z daszkiem i położył ją na stół. Wszyscy byli w wysokich, ciepłych butach. Czekali. Wszyscy czekali, bo umówiliśmy się, że we wtorek pojedziemy w Bieszczady. Jednodniowy wypad. Nie wiem czy Oni spali przed tym wyjazdem. Basia nie spała na pewno.
– Coś zmęczona jesteś, Basiu – zapytałem, gdy szliśmy zaporą na Solinie.
– Nie spałam, myślałam, co ubrać. Bo tak: niby jest ciepło, ale przecież mówiłeś, że pojedziemy nad wodę, od wody ciągnie, a ja nie mam kurtki, musimy znaleźć dla mnie kurtkę, więc w nocy myślałam, czy założyć dwie koszulki, czy jedną, na pewno, myślałam sobie, zabiorę ten bezrękawnik, ale skoro bezrękawnik, to muszę jeszcze jakąś bluzkę z długim rękawem.
– i za ciepło się ubrałaś?
– trochę za ciepło. Bo wzięłam jeszcze taką bluzeczkę, w razie czego.

3.
Moi ludzie są jednym wielkim czekaniem. Na wszystko. Na kolację. Na mecz. Na wyjazd do lekarza. Na sen. Na listonosza. Na Dom.
Jednym, wielkim, stęsknionym, niespokojnym czekaniem. Artur, syn siostry Małgorzata Chmielewska też jest jednym wielkim czekaniem. Kto nigdy nie widział czekającego Artura, wychodzącego na ulicę, wyglądającego przez okno, zniecierpliwionego czekaniem, ten nie wie, co to jest czekanie. Czekanie Artura i moich Ludzi ściska za gardło.

Więc gdyby ktoś pytał, czego już się nauczyłem po tych trzech tygodniach bycia w Medyni, to nauczyłem się tego, jak boleśnie można czekać. Jak czeka się z niecierpliwością, ale z nadzieją. Mam taką teorię, że w tym czekaniu jest coś z zawodu. Dlatego pewne jest jedno – nigdy, przenigdy nie można zawieść tego czekania.
Że tak pojadę grafomanią na maxa: serio, nie pozwólcie, żeby ktoś na was musiał czekać, na wasze dobre słowo, wasze odwiedziny, na spełnienie danej obietnicy.
Nie ma nic gorszego jak zawiedzione czekanie.

Ksiądz

Ksiądz mieszka kilka domów dalej. Albo wcześniej. Raczej wcześniej, bo zakładam, że Wieś zaczyna się tam, gdzie pierwszy raz w nią wjechałem. Łańcut – Czarna – Medynia Łańcucka – Medynia Głogowska. Znaki ostrzegające przed wpadającymi na drogę dzikimi zwierzętami, rozstawione wzdłuż drogi, da się zrozumieć dopiero jadąc nocą. Noc się zaczyna wcześnie i jest ciemna. Sarnie oczy świecą w tych ciemnościach z pobocza przez siedem kilometrów, dokładnie tyle, ile jest napisane na znaku ostrzegawczym po wjechaniu do Wsi.
Więc ksiądz mieszka za znakiem ostrzegającym przed Sarnami, ale przed naszym Domem.
Ksiądz, jak przystało na wiejskiego księdza, ma na imię Józef. Stąd pochodzi. Starsi mieszkańcy pamiętają go jeszcze jak biegał po Wsi w krótkich spodenkach. Ale tylko jego rówieśnicy mogą go takiego pamiętać, bo ksiądz Józef ma siedemdziesiąt trzy lata i po maturze pojechał kształcić się do Koszalina.
Był wikarym, proboszczem, aż na koniec życia zjechał w rodzinne strony i zamieszkał w domu rodziców.
Ksiądz Józef pachnie intensywną, słodką wodą kolońską, którą da się za parę złotych kupić u Staśka w sklepie. U Staśka w sklepie jest wszystko, mortadela, baleron, papierosy, wódka, tusz do drukarek, mleko, zegarki i woda kolońska księdza Józefa. Ula mówi, że jak czegoś nie ma w sklepie u Staśka, to znaczy, że to coś jest nieważne, albo w ogóle nie istnieje, a jeśli udowodni się, że to istnieje, to Stasiek to zamówi, i będzie.
Ksiądz Józef co dzień rano wychodzi z domu ogolony, pachnący wodą kolońską, z ostatnimi, pojedynczymi włosami zaczesanymi do tyłu. W sutannie ma obrazki ze świętym Charbelem i cukierki.
Drogę ze swojego domu do kościoła, który jest po drugiej stronie Wsi, pokonuje kilka razy.
Zazwyczaj pieszo. W tej sutannie, w porannym słońcu, chwilę przed 8 rano, wokół rdzawych liści i pustych pól, idzie i mówi różaniec. Zatrzymuje się przy każdej świętej figurce. Przy tych obok naszego domu klęka. Później wchodzi na pole, schodząc z asfaltu na pobocze podnosi sutannę, żeby nie zmoczyć jej w rosie wysokiej trawy. Staje na środku pola, rozkłada ręce, głowę podnosi do góry, stoi tak do sześciu minut, potem wraca na asfalt i dalej w drogę do Kościoła.
Zatrzymuje się przy każdym dziecku idącym do szkoły i daje mu cukierka. Z każdym spotkanym po drodze starszym zamienia kilka zdań i daje obrazek ze św. Charbelem.
Ksiądz Józef przyszedł do nas kilka dni temu na obiad. Pomodlił się w kaplicy. Wychwalił sos grzybowy Uli. Każdemu dał obrazek ze św. Charbelem. Później poszliśmy do mnie, na górę, na zieloną herbatę.
– Pan jest tu nowy, we wsi.
– Zgadza się.
– Proszę klęknąć, pobłogosławię.
Pobłogosławił, wypił i poszedł. Zostawił swój zapach intensywnej wody kolońskiej.
Będzie nam przychodził i odprawiła msze w kaplicy.

Dom Dobry

Około 19, dziesięć minut po modlitwach, po spaleniu ostatniego papierosa, dopiciu herbaty z kolacji, zamknięciu bramy, nakarmieniu i ściągnięciu z podwórka psów, zmyciu naczyń, po zrobieniu tego wszystkiego, jakby za chwilę miał się skończyć świat i trzeba na chwilę przed końcem uprzątnąć po sobie, po tych wszystkich rytualnych niemal czynnościach, podczas których każdy wie, co ma robić, wszyscy idą do swoich pokoi. Drzwi się zamykają.

Na dole zostaje Marzenka. Ogląda jakieś kabarety w telewizji. Ale niezbyt długo. Reszta jest u siebie. Czasem Lodzia wyjrzy jeszcze do przedsionka spalić papierosa. Czasem Ula podskoczy do Idy wymienić się książkami. Ale generalnie po 19, no, powiedzmy, o 19.45, na pewno po 20, życie domu zwalnia, codzienna krzątanina ucicha, kaszlenie Lodzi nie jest tak wyraźne, Jurek przestaje dopytywać, czy Filipiak zwolni Probierza, a Ida, oglądając pewnie u siebie jakiś kryminał, przestaje mnie przekonywać, że wybranie się do kina na „Ptaki śpiewają w Kigali” nie jest dobrym pomysłem, bo przecież polskie kino nie wyprodukowało nigdy niczego dobrego.

Byłem zdziwiony. Przecież jest wieczór. Obejrzyjmy coś razem – myślałem. Pogadajmy, nawet, niech już będzie, o kiepskim rzekomo polskim kinie, Jurek (kibic Górnika Zabrze) niech nawet pośmieje się ze słabszej formy Cracovii. Pobądźmy jeszcze razem. Pouczmy się siebie. Ja tak bardzo tego potrzebuję, znać was, wniknąć, poznać (ja, ja, ja), a przecież w ciągu dnia bywamy zalatani. Owszem, mamy na to cały dzień, robimy to. Ale wieczór ma przecież to coś.

Nie. Wszyscy znikają u siebie.

No więc chodzę sobie jeszcze chwilę wokół domu. Tu noc jest naprawdę nocą. Coś czytam tu i ówdzie. I wchodzę do kaplicy. W środku jest Basia. Maluteńka taka. Siedzi w pierwszym rzędzie. Przestraszyłem ją zapalając światło.

– Już gaszę, przepraszam, nie wiedziałem, że tu jesteś.
– Może być zapalone.
– Nie śpisz? Nie jesteś u siebie?
– Tu jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej.

To jest dom dobry. Jak słusznie śpiewa Pablopavo, dom dobry żywi się tym, czym jesteśmy. W Domu w Medyni jest 11 osób.  Lodzia, Ula, Basia, Grażyna, Ida, Iwona, Marzena, Waldek, Zbyszek, Jurek i ja. I jesteśmy w nim tak bardzo różni i tak bardzo inni. Ze swoimi historiami, przeszłościami, przyzwyczajeniami. Ten czas od dziewiętnastej aż do zaśnięcia jest łaknieniem przez nas intymności, prywatności, swobody bycia u siebie w pokoju. To jest dom-nie-dom. I ta mądra myśl mojego taty, żebym nie zamykał w naszym rodzinnym domu drzwi swojego pokoju, bo w domu nie zamyka się drzwi w swoich pokojach – w tym miejscu nie działa.

Te pokoje są bezpieczne. Nie ma w nich przemocy. Są „nasze”. A w domu, schronisku, ogrzewalni, noclegowni, gdzie żyją bezdomni, pragnienie chwili prywatności, zamknięcia pokoju i BYCIA U SIEBIE, jest ogromne.

Lubię te moje drobne olśnienia, i to, że one nie pasują do mojej wydumanej wizji, a jeszcze bardziej lubię, że one tak doskonale te wizje obalają i modyfikują.

 

Dzielenie

Opowiem Wam o dzieleniu się. A w zasadzie o dramacie, który mogą przeżywać osoby przez Was obdarowywane, a pośrednio też instytucje, które organizują zbiórki. Żeby być przy tej okazji dobrze zrozumiałym: hojność z jaką spotykamy się przy okazji organizacji zbiórek – na Ukrainę, dla naszych bezdomnych itd. – budzi nasz podziw, uznanie i radość. Ale po chwili te uczucia przelewają się w niezrozumienie, bezradność, złość.

Wygląda to tak, weźmy przykład ukraiński: zorganizowaliśmy zbiórkę darów (ubrań, zabawek, słodyczy) dla rodziny Jakimów: szóstki dzieci z Drohobycza, których ojciec jest na wojnie a matka jest chora. Przygotowaliśmy precyzyjną instrukcję obsługi: każde z dzieciaków miało imię, wiek i rozmiar. Do ŻyWa Pracownia i Tygodnik Powszechny zaczęły spływać Wasze podarunki. Dzień po dniu coraz więcej. Niektóre (większość) były szczegółowo opisane. Wysyłaliście paczki z kartkami, na których pisaliście, że dla Marysi – jest to i to, dla Jarosławy – to i to.
Ale wśród paczek pojawiały się ubrania wyraźnie za małe albo za duże, w każdym razie poza numerami podanych przez nas rozmiarów. Więcej: pojawiały się męskie buty z numerami powyżej 40. Ubrania wyraźnie zakurzone, podarte. Zepsute zabawki. Zabawki militarne. Buty narciarskie (!) Przeterminowane leki. itd.
Dla jasności, ja jestem za tym, żeby koszulki, telefony komórkowe, „potrzebne resztki” – jeśli już wyprodukowane w obozach pracy w Bangladeszu – miały kilku właścicieli. To właśnie dlatego wyraźnie mówimy, żeby dawać to, czego już się nie używa, bo to ma globalne znacznie.
Wyrzucamy za dużo rzeczy. Te, które są jeszcze sprawne, mogą służyć innym. Przedłużamy w ten sposób wartość rzeczy! Nadajemy im nowe życie. Przez to dbamy też o ekologię. To my mówimy przecież o „potrzebnych resztkach”. Nie! – resztkach. Tylko: „POTRZEBNYCH resztkach”! Rozumiecie?
Linda Polman, holenderska dziennikarka pisała w „Karawanie kryzysu” o tzw. MONGO (My Own NGO) – czyli organizacjach tworzonych przez prywatnych ludzi, przekonanych, że „lepiej, szybciej i taniej potrafią uporać się z problemami na obszarach dotkniętych kryzysem niż „prawdziwi” pracownicy organizacji humanitarnych”.
Wierzę z całego serca, że Zupa na Plantach nie jest MONGO. Nie jest to nasza egoistyczna wizja pomocy, żeby zaspokoić swoje własne potrzeby „bycia lepszym”. Choćby dlatego, że nasi wolontariusze noce i dnie spędzali w pracowni, żeby dokładnie przebrać każdy dar dla ukraińskich dzieciaków: odłożyć zabawki militarne, wyrzucić zniszczone ubrania itd. Po drugie dlatego, że zanim podejmiemy się realizacji jakiegokolwiek projektu, najpierw weryfikujemy rynek potrzeb.
W przypadku bezdomnych – nie zrobiliśmy dotychczas nic – czego nie konsultowalibyśmy z Nimi. Ale też dlatego, że kiedy organizujemy zbiórkę, to naprawdę wyraźnie informujemy, czego nasi wykluczeni potrzebują.
Nie lubię frazy „mądrze pomagać”, bo w gruncie rzeczy nie do końca wiem, co miałaby ona oznaczać. Jedna jest jednak zasada kluczowa: dawanie ludziom dotkniętym kryzysem humanitarnym albo bezdomnością – tego, co Wam zbywa, czego chcecie się pozbyć – bo jest zepsute i nie nadaje się użytku, raczej do mądrego pomagania zakwalifikować nie można.
Polman pisała m.in.: „Ofiary klęsk w rejonach o klimacie tropikalnym otrzymały w prezencie od żarliwych MONGO leki na odmrożenia, a do głodujących Somalijczyków trafiały preparaty przeczyszczające, kuracje odchudzające. Pewnego dnia jakiś entuzjastyczny prywatny ofiarodawca rozrzucał kartony nad obozami w Gomie. Naoczni świadkowie widzieli, że na Hutu posypały się m.in. spleśniały ser i rękawice narciarskie”.
To nie jest post o tym, żeby się nie dzielić. Ale – szlag, jestem zdziwiony, że to piszę – to jest post o tym, żeby spróbować dzielić się mądrze. Nie pozbywać się rzeczy. Podjąć chociaż próbę refleksji i uświadomienia sobie, że dzieciakom na Ukrainie nie warto zawozić militarnych zabawek, a naszym bezdomnym orłom z ulic Krakowa nie przydadzą się buty narciarskie.
To jasne – my podjęliśmy się tego zadania – żeby skrupulatnie weryfikować to, co dostajemy od Was i co trafia do potrzebujących, ale – trzymając się zasady – że razem pracować jest lepiej – gdy im uważniej będziecie zastanawiać się nad wykorzystaniem waszego podarunku przez wykluczonego, tym unikniecie zbędnych nieporozumień.

Staw

 

Fot: Beata Zawrzel

Fot: Beata Zawrzel

Na niemal każdym spotkaniu o „mądrym pomaganiu”, prędzej czy później zjawia się jakiś odważny, który wyrzuca: „no i pan im rybę daje, pieniądze na ulicy, przecież przepiją!”. Zawsze mnie to dziwi, na szczęście przestało mnie to złościć. Pytanie o to, czy dawać „wędkę czy rybę” nie jest tak naprawdę pytaniem o mądrą pomoc. Tylko pozornie, stawiając to pytanie, mamy przed oczami rzeczywiste potrzeby człowieka, który staje przed nami i prosi. Tak naprawdę, i zupełnie nieświadomie – gdy ktoś uporczywie pyta o sensowność dawania ryby albo wędki – staje nie przed dylematem, jak pomagać mądrze, ale przed tym nieznośnym pytaniem: co ja mam, i co robię z tym, co mam. Pytanie o wędkę i rybę jest ukrytym pytaniem o „swoje posiadanie”!

Gdy kupuję paczkę papierosów, wydając na nią 15 złotych, w ogóle nie zastanawiam się nad tym, czy to ma sens. Czy to jest mi potrzebne? Stają w kolejce do sklepu, machinalnie sięgam po kartę albo gotówkę, wydaję 15 złotych dziennie. I gdyby się tak dobrze nad tym zastanowić, albo wykonać tak intensywny proces myślenia nad tym, co robię, gdy myślę nad dawaniem pieniędzy biedakom na ulicy, to okaże się, że moje wydawanie kasy na fajki jest całkiem bez sensu.

Ale gdy staje przede mną bezdomny i prosi o kilka złotych, nagle włączają mi się wszystkie lampki kontrolne i zaczynam – w paternalistycznym uniesieniu – kalkulować. Wędkę dać? Rybę? Czy to mu pomoże? Może zaszkodzi?

No jasne, że pięć złotych nie zmieni życia tego człowieka. No jasne, że może za to łyknąć ćwiartkę czystej. No jasne – może kupić sobie bułkę i parówkę.

Staszek, bezdomny z plant opowiadał mi niedawno, jak żebrał na dworcu w Krakowie. Podchodzi do eleganckiej pani i mówi swoim soczystym głosem: – kierowniczko, pani poratuje drobnymi. Kierowniczka mierzy go wzrokiem, w jej głowie dokonuje się ten uciążliwy proces racjonalizacji, w końcu się decyduje, sięga po portfel, wygrzebuje z niego dwa złote, wyciąga do Staszka rękę i mówi na cały głos: „Dobrze! Dam panu te pieniądze! Tylko niech pan nie przepije!”. Staszek na to: „Dobrze miła pani. Wezmę te dwa złote i zainwestuję na giełdzie, a później kupię sobie za to domek”.

A już najciekawiej jest, gdy ktoś swoje dzielenie się, a raczej „racjonalnie nie-dzielenie” podbudowuje chrześcijaństwem. Mówimy o miłosierdziu. I o tym, że nie ma w nim żadnych reguł sprawiedliwości. Że miłosierdzie to właśnie dawanie za darmo. Temu, kto nie zasłużył ani nie zapracował. Jak w tej historii z zarządcą winnicy, który tyle samo płaci robotnikom pracującym od rana, i tyle samo robotnikom, którzy przyszli pod wieczór. Co za nieroztropny typ! Co za niesprawiedliwość!

Ale on tam, na zarzuty, że jego „miłosierdzie jest nieroztropne”, odpowiada strasznie mądrą frazą: „Czy nie umówiliśmy się na dniówkę? Weź swoje pieniądze i wracaj do domu! Chcę temu ostatniemu pracownikowi dać tyle samo, co tobie. Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę? Nie podoba ci się, że jestem dobry?”.

„Czy nie mam prawa wydawać swoich pieniędzy tak, jak chcę?!”. Och, jakie to jest mądre! Jak bardzo uwalniające i odpowiadające na dylemat o wędkę i rybę.

I jeszcze jedno. Jeśli ktoś ma już ambicję pomóc jakoś Staszkowi, który na dworcu prosi o dwa złote, jeśli ktoś naprawdę chce dać mu wędkę, niech, cholera jasna, nie zapomina, że nic nie będzie ze Staszka-wędkarza, jeśli Staszek-wędkarz nie będzie miał stawu, w którym mógłby łowić swoje ryby.

No więc gdy już myślimy o wędce – to myślmy o niej systemowo. Wędka – czyli możliwości, umiejętności i kwalifikacje do pracy – to mądra pomoc, tylko pod warunkiem, że jest w okolicy zakład pracy, w którym można te umiejętności i kwalifikacje zaprezentować.

W innym wypadku łechcemy tylko nasze ego i paternalizm – że oto „mądrze pomogliśmy”.

Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: „Pozwólcie mi zrobić coś teraz”. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: „Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?”. Odpowiadam im: „Nasili ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę.

Ale ja nadal będę im dawały ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę”.

Uważam, że na tym polega dzielenie się odpowiedzialnością. To tu potrzebujemy siebie nawzajem. Są pewne rzeczy, które możemy zrobić tylko my, i są rzeczy, które możecie zrobić tylko wy. Ale jeżeli połączymy siły, razem możemy zrobić coś pięknego dla Boga.

/Mowa Matki Teresy w Japonii, 24 listopada 1984 r./

Dziękuję Beacie Zawrzel za udostępnienie Zupie na Plantach wielu pięknych zdjęć! Zobaczcie bloga Beaty: zapiski prawego oka.

Kaplica

 

Przyszła mi kiedyś do głowy przebiegła myśl, że Zupa na Plantach i nasze zaangażowanie w niesienie pomocy osobom potrzebującym działa tylko dlatego, że są gdzieś rozsiane po Polsce miejsca, w których ludzie modlą się, żeby to, co robimy, miało sens.

Mam tak zawsze, kiedy jestem na mszy z Siostrą Chmielewską. W Nagorzycach, gdzie siostra mieszka z Arturem, msza jest co dzień. Kaplica (miejsce, które jest w każdym domu Wspólnoty) w Nagorzycach jest na piętrze. Codziennie wieczorem, przed kolacją, do kaplicy wchodzi siostra z Arturem, ksiądz, który z nimi mieszka i kilka osób, które akurat są tu w gościach. No i oba psy. Mała wspólnota. Msza jest bez śpiewów. Kazań. Służby liturgicznej (poza Arturem, ale o tym za chwilę). Podczas modlitwy wiernych siostra na głos wymienia wszystkie domy wspólnoty, jej mieszkańców i kierowników domów. Prosi w modlitwie o pomoc. Modli się o darczyńców. Modli się o wszystkich wolontariuszy Zup w Polsce, tych w Krakowie, Rzeszowie, Sopocie, od niedawna dodaje też tych z Poznania i Zakopanego. Modli się o Artura, który słysząc swoje imię podchodzi do „Gosi”, uśmiecha się, przytula i mówi „Jam Cię, Gosia”, co w jego języku znaczy tak naprawdę: „Kocham Cię, Mamo”. To jest msza święta po cichu. Modlimy się za ofiary zamachów terrorystycznych. Uchodźców. Samotnych. Kiedy jesteśmy tam z Piotrkiem, modlimy się, żeby ludzie mieli co jeść. Żeby nie byli chorzy. Później jest przyjęcie komunii świętej. Artur na Podniesienie wali mocno młotkiem w gong. Dzwoni dzwonkami. Przyjmuje komunię.

A jeszcze później, już po kolacji, jest wystawienie Pana Jezusa. Siostra prowadzi zapisy, kto będzie w tym czasie w Kaplicy. Nikt nie jest tam z nakazu. I bezdomni nie muszą tam przychodzić. Ona zazwyczaj jest ostatnia. Zdarzało się parę razy, że zostawałem z Nią w kaplicy. Klęka. Kurczy się. Jakby zwijała się w kłębek: „Idź i spróbuj. Zawsze jest to spotkanie. Uciekamy przed sobą samymi, a przecie Chrystus w nas chce zamieszkać, więc dobrze jest Mu zostawić miejsce i pozwolić wejść. Trzeba dać mu czas, żeby mógł się z Tobą spotkać” – mówiła nam w książce.

Miejsce modlitwy jest ważne. Tak jak w tej historii z Mojżeszem i „Namiotem Spotkania, który był poza obozem”. Miejsce, gdzie Mojżesz szedł spotkać się z Bogiem było poza obozem. Na uboczu. Pewnie po to, żeby maksymalnie ograniczyć bodźce. Pozbyć się rozproszeń. Gdy piszę o tym, że miejsce modlitwy jest ważne, to nie chodzi mi wcale o to, żebyśmy to my czuli się w tym miejscu wyjątkowo i komfortowo. W ogóle mam jakieś dziwne poczucie, na którym łapię się wielokrotnie, że niby się modlę, gadam modlitwy i nic się nie dzieje. Że mogą być momenty, w których tak naprawdę kręcę się wokół swoich uczuć. Zdarzenia z życia formułuję w słowa, wypowiadam te słowa przekonany, że to jest właśnie modlitwa. Opowiadam, opisuję, wspominam. Krążę wokół swoich myśli i emocji. Ks. Blachnicki mówił, że „Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”. Bp Grzegorz Ryś tłumaczy to tak: „Jest to niesamowicie mocne stwierdzenie. Oznacza, że człowiek jest więźniem dla siebie samego. Wciąż obraca się wokół swoich uczuć, wokół swoich myśli, swoich problemów, swoich pomysłów. Taka modlitwa może być jednym wielkim udręczeniem, męczeniem się ze sobą samym, nie dochodzi w niej do spotkania. Modlitwa musi być przekroczeniem więzienia”.

Już sama ta prośba o obecność Boga na modlitwie jest nie tylko kluczowa ale i wyczerpująca. Jak w Brewiarzu. „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu”. Jakby prośba, żeby On też był na tym spotkaniu. W innym razie spotykamy się sami ze sobą. A na to szkoda czasu.

No więc miejsce modlitwy jest ważne. Miałem takie miejsce będąc w seminarium. W ogóle zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkają w domach, gdzie są kaplice. Pokoje modlitwy. Pozbawione codziennej krzątaniny. Wchodzisz i znikasz nagle. Stapiasz się z tym miejscem. Po sześciu latach życia w Krakowie wreszcie mam mieszkanie z dwoma pokojami. W jednym jest sypialnia. I miejsce modlitwy. Tylko te dwie czynności. Sen i modlitwa. I jestem sam sobą zdziwiony, że za każdym razem, gdy wracam do domu, to całkowicie nieświadomie idę najpierw tam. Chociaż na moment. Stopić się z tym światem bez codziennej krzątaniny.

I w konsekwencji to jest chyba ważne, że skoro „Namiot spotkania” jest poza obozem, a kaplica jest poza codzienną krzątaniną, to także dlatego, żeby i na samej modlitwie nie było codziennej krzątaniny. Żeby modlitwa nie było rozliczeniem z dnia. Streszczeniem codzienności. Jeśli wierzyć, że Pan Bóg wie, to wie także jak minął nasz dzień. No i po co mu to jeszcze streszczać podczas modlitwy?

Szymon Hołownia mówi na audobooku „Katobotoks”, że modlitwę można przegadać. I że to rzeczywiste spotkanie z Bogiem jest wtedy, gdy słyszysz nagle, żebyś przestał gadać.

Oprócz tego, że możemy Boga zagadać codzienną krzątaniną, możemy też zabawiać Go kolejnymi nabożnymi modlitwami. Siadaliście tak kiedyś do modlitwy? Zakładając, że tym razem to będę milczał. Tak, żeby pozwolić mówić Jemu. Ile jestem w stanie wysiedzieć? Tak w absolutnej ciszy. Kontrolując przelewającą się w głowie codzienną krzątaninę. 5 minut? 10 minut? I nagle: „No dobra, dość już tego, to ja bym może różaniec odmówi”.

Nie ma chyba większej sztuki niż nauczenie się nie-gadania. „Już, dobrze”. „Już nic nie musisz mówić”. „Ja już wszystko wiem”. „A teraz posiedźmy i nic już nie mówmy”. Każdemu życzę takiego doświadczenia.

I jeszcze ciało. Co się przecież ściśle wiąże z miejscem. No więc ks. Grzegorz Strzelczyk wspominał kiedyś, że wiara musi nam się owinąć wokół czegoś materialnego. Wiara jest cielesna. Dotykalna. Namacalna. Musimy mieć przedmioty. Czotki, które przesuwamy w palcach. Wiara musi się owinąć wokół czegoś materialnego. To pomaga. Mieć coś pod palcami. I swoją świętość.

W kompletnej ciszy, bez gadania, z prośbą o Jego obecność, z czymś materialnym, w co możemy owinąć nasze doświadczenie modlitwy. I za każdym razem, gdy jestem w którymś z domów Wspólnoty Chleb Życia, to zaglądam do kaplicy. Bo tam to wszystko jest.

Przemoc

– Ma pani zameldowanie?
– Nie, nie mam też dowodu osobistego, ale pamiętam PESEL.
– Od kiedy jest pani bezdomną?
– Trzydzieści lat.
– A kim są ci, którzy bili?
– Z jednym mieszkałam. Dobry chłopak. Drugi jest byłym.
– Piliście?
– Ja tylko trochę.
Krysia ma sińce pod oczami. Wargi dwa razy większe niż zwykle, ze strupami. Powybijane zęby. Nie może się wyprostować, bo kilka ciosów przyjęła też w brzuch. Bili ją przez całą noc. Popijając wódkę. Na kilku metrach kwadratowych altanki działowej.
Każde ze zdań wywiadu, który lekarka przeprowadzała z Krysią na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, było jak kolejny cios.
– Uderzali otwartą ręką?
– Otwartą. I pięścią. Kopali też.
– Gdzie?
– W twarz. I tu, pod szyją. I w piersi. W klatkę piersiową.
– Gdzie boli najbardziej?
– Tu, pod szyją.
– Dusili?
– Jeden obejmował z tyłu, dusił, drugi bił w twarz.
Jak to mogło wyglądać? Byłem u nich kilka razy. Nie ma wiele miejsca. W środku unosi się odór niemytych ciał, zmieszany z alkoholem i dymem papierosowym. Przemoczony materac. Butla z gazem. Puste butelki. Stęchłe jedzenie. A., z którym Krysia mieszkała, bił już wcześniej. Traktował jak przedmiot. Wyładowywał złość. Narzędzie seksu. Krysia uciekała. Później wracała. Uciekała do B. W końcu spotkali się we trójkę i urządzili piekło. Pili i bili. Nie patrząc na konsekwencje. Dla zasady? Bo to kobieta, wobec niej można wszystko? Bo kobietę trzeba trzymać krótko?
Wczorajszą noc na SOR-ze zaczęliśmy około dwudziestej. Badania i diagnostykę skończyliśmy chwilę przed pierwszą w nocy. Co dalej? Centrum Interwencji ma łóżko, ale nie ma toalety. Najbliższy dom siostry Chmielewskiej to z Krakowa trzy godziny jazdy samochodem. Udało się u sióstr albertynek. Jedna z nich całą noc czuwa przy telefonie. Dyżuruje, czekając na telefony takie jak ten, który wykonaliśmy chwilę po północy.
– Pobita kobieta.
– Przyjeżdżajcie. Czeka na nią łóżko.
„Życie na ulicy to wybór”? Tu, w takiej sytuacji, to też decyzja Krysi? Że będzie narzędziem w męskich rękach? Że będzie używana?
Dla kobiety życie na ulicy to droga przez mękę. Z comiesięczną prośbą o podpaski. Z brakiem toalety. Z nieustannym narażeniem. Strachem. Przemocą. Tęsknotą za dziećmi. Stabilizacją. Bezpieczeństwem.
Przelewają mi się obrazy w głowie. Próba wyobrażenia sobie tej nocy, podczas której Krysia – sama, bezbronna i przerażona – czeka na kolejne ciosy. Wyobrażenia wypychają te pełne cynizmu zdania mężczyzn, dla których molestowanie to sprawy drugorzędne, nieistotne, lewackie. Choćby te ostatnie, oglądane przez miliony widzów w telewizji. Występują: Jakub Wojewódzki. Natalia Nykiel, Tomasz Adamek:
JW.: My ci tu zaraz zrobimy analizę. Gotujesz? Sprzątasz?
NN.: Staram się, chociaż jestem bałaganiarą.
TA.: Trzeba lać!

Krysia jest bezpieczna. W środę jedziemy do siostry Chmielewskiej.

– Nowe życie, muszę zacząć nowe życie.

Zupa na monciaku

Przejmujemy kolejne miasta, tym razem Zupa na Monciaku

To jest bagażnik samochodu Oli. Prywatnego Peugeota Partnera, który kupiła razem z mężem, gdy rodziło im się trzecie dziecko. Normalnie Peugeot jeździł na wakacje do Chorwacji, czy coś. Ale od kilku miesięcy, nawet gdyby rodzina bardzo chciała, do bagażnika Peugeota nie wsadzi walizek, bo w środku są wiklinowe kosze. Do jednego Ola wkłada ubrania męskie. Do drugiego ubrania żeńskie. Do kolejnego bieliznę. I jedzie tym samochodem na sopocki monciak, żeby rozdawać ubrania tamtejszym bezdomnym. Jakieś 30 osób z tego jej przewoźnego kiermaszu korzysta.

To był bagażnik. Teraz przednie siedzenie.
No więc na przednie siedzenie Ola wkłada 20 litrowy termos z zupą. Zupę Ola gotuje sama. W domu. Na przykład Żurek. W święta gotowała dwa gary. Jeden dla swojej rodziny. Drugi dla bezdomnych. – I, Błażku, w każdym garze było po tyle samo ziemniaków, boczku, kiełbasy – uspokajała mnie ostatnio, gdy byłem w Trójmieście.
Ola ma teraz termos. Który kupiła oczywiście sama. Ale kiedy jeszcze nie mała termosu, Ola Zupę z domu na monciak wiozła w garnku, w którym ją gotowała.
– No, ale jak ją wiozłaś, przecież nie ma uszczelki, czy zamknięcia.
– A, proszę ciebie, obwijałam w ręczniki. Taśmą skleiłam. Ale ręcznik lepszy. Ręcznik zabezpieczał. I ciepło trzymał.
– Wylewało się?
– Ostrożnie jeździłam. Trochę, owszem, czasem uroniłam. Ale trzydziestki nie przekraczałam.
Śmiałam się – mówi Ola – że normalnie w każdą niedzielę ruch w Sopocie zwalnia, bo ja się tak po ulicach wleczę.

To było przednie siedzenie. Teraz skąd to wszystko?
No więc Ola nie ma, tak jak my w Zupa na Plantach, 200 fantastycznych wolontariuszy. Działa z nią raptem kilka osób.
– Ile kosztuje Cię ta Zupa?
– jeden gar do 50 złotych.
– 200 złotych miesięcznie.
– Ale nigdy nie zabrakło. Wiesz ile ja mam fajnych ciuchów w szafie?! Już w nich nie chodzę, to szukam w internecie, co z nim zrobić. I są tacy, którzy organizują kiermasze ubrań. To ja z tymi swoimi jadę. Wyprzedaję te swoje ubrania, i z tego, co zarobię, robię kolejne zupy.

Ola ma to wszystko obcykane. Ola opowiadała mi, jak ogarniała tę Zupę i mi szczęka opadała coraz niżej. I na koniec Ola jeszcze dodała: – czasem, jak mi trochę sił brakuje, to sobie wchodzę na ten Wasz profil Zupy na Plantach i ciągnę inspirację z tych dobrych historii. I wtedy mi się bardziej jeszcze chce.

#ukochane #dziecko #Boga

Post udostępniony przez Błażej Strzelczyk (@blazejstrzelczyk)

Aleksandra Kaminska – to Ona! Szczerze mówiąc, zakochuję się w życiu po kilka razy w miesiącu. Ale tak, jak zakochałem się w tej Oli (mężu Oli, wybacz), to dawno się tak nie zakochałem.

Bądź jak Ola!