Cóż, to tylko wojna. O co wam chodzi?

Omran Daqneesh wytrącił nas z równowagi na jakieś 24 godziny. Zobaczyliśmy jego zakrwawioną twarz, przejęliśmy się nawet jego przerażeniem w oczach. Wzruszyliśmy ramionami, pomyśleliśmy sobie, że gdzieś daleko źle się dzieje. Łatwo przeszliśmy do porządku dziennego.

omran

Wzruszenie, przejęcie się losem pokrzywdzonych to uczucia dobre, ale – jak uczy Susan Sontag – chwilowe, nietrwałe. Tym, których dotyka nieszczęście – pisze z kolei Artur Domosławski w „Wykluczonych” – trzeba czegoś innego: naszego gniewu, wściekłości, niezgody. Może przede wszystkim uświadomienia sobie i innym, że przywileje lepiej urodzonych bywają okupione nieszczęściem tych, którzy są pozbawiani praw i możliwości. Zrozumienie tej zależności to pierwszy impuls ku zmianie, przynajmniej szansa na nią.

Janina Ochojska mówi w telewizji o wojnie w Syrii. Tłumaczy, że ten dramat trwa codziennie. Mówi na przykład, że nie możemy zamknąć naszych drzwi przed uchodźcami, ale też, że należy pomagać tam, na miejscu. Jej słowa padają w tle. Na ekranie widać biegających chaotycznie ratowników wyciągających z gruzów kolejne dzieci i ofiary zamachu terrorystycznego. Na forum tvn24 wchodzi „tokmada”. Za chwilę skomentuje program. Musi widzieć te obrazy: dym, przerażenie, chaos. Musi patrzyć w oczy tego dziecka. Musi słyszeć, co o Syrii mówi Janina Ochojska.

„tokmada” siada do pisania komentarz. Najpierw cytat z Ochojskiej: „My nie możemy zamknąć drzwi przed uchodźcami (…) ludzie uciekają do Europy, bo chcą odtworzyć tu normalne życie”.

I po chwili, tonem eksperta „tokmada” pisze: „w przeważającej części (99%) to młode buczki, samotni mężczyźni w wieku 20-30 lat. Dla takich ja jak i większość społeczeństw jest na „nie” – pisze „ekspercko”.

Po chwili dalej snuje swoją opowieść. „Dla tych młodych mężczyzn, z roszczeniową postawą, bez dokumentów, Europa jest nie ratunkiem przed zagrożeniem a szansą na wygodne życie na rachunek Europy. Pal licho gdyby tylko tyle… Ale to ludzie, którzy mogą i są niebezpieczni – to już widać”.

I wreszcie, na koniec, „tokmada” wygasza swoje wyrzuty sumienia. Uważa, że one nie istnieją. Przecież nic się nie stało. Na obrazy z wojny „tokmada” się uodpornił(a).

To wojna przecież, nie takie rzeczy już widzieliśmy, więc „tokamada” pisze: „Zdjęcia dzieci, które cierpią w takich konfliktach – cóż wstrząsające, ale nie mogą być wykorzystywane jak teraz – „na potrzeby”. Było zdjęcie ciała chłopca wyrzuconego na brzeg, była informacja o ścięciu przez „rebeliantów” młodego chłopca… To wojna, która zbiera żniwo”.

To jest wojna. „Tokmada” to wie. Wie to cała rzesza Polaków. Bezpiecznych, widzących tę wojnę sprzed komputera. Czego się dziwicie? Że dziecko wyciągnęli z gruzów? Przecież taka jest wojna. Nic nie poradzimy. Dajcie spokój.

Kilka minut po komentarzu „tokmady” głos na forum zabrał jeszcze „dariusz_koszkul”, który wszystkie nasze wątpliwości rozwiał: „nie widze problemu zeby p. ochojska jak jest tak litościwa przygarnela sobie kilku syryjczyków do swojego domu a nie wciskala ich innym. zapewni im dom, prace, wyzywienie, rozrywki za swoje pieniadze. i niech potem dopiero chodzi po telewizjach i jeczy. bo na mnie to juz wrażenia nie robi”.

 

Wspomniana Sontag w „Widoku cudzego cierpienia” pisze: „Zdjęcia okrucieństw mogą sprowokować całkiem skrajne reakcje. Wołanie o pokój. Wezwanie do zemsty. Lub po prostu obudzenie się niejasnego poczucia, nieustannie karmionego fotograficznymi informacjami, że dzieją się rzeczy potworne”. I po chwili dodaje: „Ludzie nie znieczulają się na to, co się im pokazuje – jeśli w ten sposób można określić to, co się dzieje – tylko z powodu ilości obrazów, jakimi się ich zarzuca. Uczucia słabną wskutek bierności. Stan opisywany jako apatia, moralna albo emocjonalna znieczulica, jest pełen uczuć: gniewu i frustracji”.

Łatwo po nas spływa. To już nie jest zwykłe wzruszenie, które nie ma szans przerodzić się w gniew, bunt i niezgodę. Nie oburzamy się, przechodzimy do porządku dziennego. Mówimy przecież, że nic nie da się z tym zrobić. Przecież ja tej wojny nie skończę.

Jak się obronić przed tą bezradnością? Okazuje się, że w przyzwoitości nie chodzi już o niesienie pomocy. To jest perspektywa bardzo odległa. Najpierw trzeba się uchronić przed tą pokusą, żeby do świata podchodzić z tezą: „nic nie mogę zrobić”. „Co mnie to obchodzi”. „Przecież taka jest wojna”. Trzeba zacząć od siebie. Jeżeli uznamy, że nic się nie da zrobić, to rzeczywiście się nie da i przepowiednia się sama spełni.

W tym sensie jestem przeciwnikiem – mówi Martin Caparrós, autor „Głodu” – etyki opartej na skuteczności, zakładającej, że skoro moje postępowanie nie przyniesie widocznych skutków, to nie warto, bym robił cokolwiek. Brak wyników usprawiedliwia moją bezczynność. A ja uważam, że coś należy robić, czyli np. mniej kupować czy nie wyrzucać żywności, dlatego że to jest słuszne, dlatego że warto postępować słusznie i przyzwoicie, bo wyrzucanie jedzenia, gdy inni go nie mają, jest złe.

Caritas Syria stale wspiera 150 rodzin przebywających w trudnych warunkach w Aleppo.

SMS z hasłem SYRIA nr 72052
Lub wpłata na konto Caritas Polska z hasłem SYRIA
Bank PKO BP S.A. 70 1020 1013 0000 0102 0002 6526

wszystkie komentarze ze strony: http://fakty.tvn24.pl/fakty-z-zagranicy,61/syrii-grozi-katastrofa-humanitarna,669455.html?utm_content=buffer16327&utm_medium=social&utm_source=twitter.com&utm_campaign=buffer. Pisownia oryginalna.

Papież, który wytrącił mnie z równowagi

Fot: Jacek Taran

Fot: Jacek Taran

Papież przez cały swój pontyfikat apeluje do chrześcijan, żeby ich wiara nie polegała tylko na nawracaniu, prozelityzmie i ewangelizowaniu. Na tym oczywiście też. Ale drugi wymiar to społeczne zaangażowanie. Niezgoda na wykluczenie społeczne. Niezgoda na głód. Chrześcijanin brzydzi się wyzyskiem i niesprawiedliwością. Jak mówi siostra Małgorzata Chmielewska, chrześcijaństwo polega na posunięciu się na ławce życia. Papież nie rozróżnia uchodźców wojennych i imigrantów ekonomicznych. Mówi o tych, którzy uciekają przed wojną, ale też o tych, którym źle się żyje, cierpią głód, nie mają pracy, uciekają do innego, lepszego – ich zdaniem – życia. Jak rozumiem, papież nie zgadza się, żebyśmy traktowali tych ludzi jak oszustów. I nie odmawiali im prawa do lepszego życia.

Czeka nas jeszcze jedna „fala migracji”. Niedługo skutki zmian klimatycznych – o których papież także mówi – sprawią, że ludzie będą uciekali nie przed wojną, ani nie za pracą. Są już kraje, w których przez nasze konsumpcyjne życie na zachodzie, brakuje wody. Zmiany klimatyczne w wielu krajach sieją spustoszenie. Ludzie w nich żyjący nie mają co jeść. Będę musieli uciekać, żeby żyć – nie w europejskich luksusach. Będą musieli po prostu uciec, żeby przeżyć.

Mówimy w Polsce, że żadnych uchodźców nie zamierzamy przyjmować. Mówimy, że jeśli już, to tylko tych, którzy uciekają przed wojną.

Jak się zachowamy wobec tych, którzy przed żadną wojną nie uciekają? Co im powiemy? – Nie ma u was wojny. A to, że nie macie co jeść, i co pić, to już nie nasza sprawa.

Papież mówi, że to w sensie ścisłym nasza sprawa. To nasza wina. Kładzie na nas odpowiedzialność. W swojej encyklice Laudato si, oskarża zachodnie życie: wygodne i komfortowe, w którym rzeczy, jeśli się psują, to się je wyrzuca. To my, na zachodzie, marnujemy wodę, wyrzucamy jedzenie, nadużywamy paliw kopalnych.

Ta polska ziemia, na której żyjemy, i której tak zachłannie bronimy „przed zalewem muzułmanów”, nie jest nasza. My tę ziemię dostaliśmy. Nie mamy żadnej zasługi w tym, że urodziliśmy się na takiej, a nie innej szerokości geograficznej. Ja nie mam żadnego wkładu w to, że żyję w kraju, gdzie nie ma wojny. Nawet jeśli dziś, po latach, założę na ramię powstańczą opaskę, to nie spowoduje, że ta ziemia będzie jeszcze bardziej moja, i że będę miał jakieś większe prawo do decydowania, kto ma, a kto nie ma prawa na niej żyć. Nic wielkiego nie zrobiłem, żeby na tej ziemi nie było tak wielkiego głodu, jaki jest w innych krajach.

Papież przekuwa nasz egoizm. Mój też. Czekałem, żeby podczas tej pielgrzymi Franciszek powiedział coś, co wytrąci mnie z równowagi. Z czym się nie będę zgadzał. Co mnie zaniepokoi i da mi do myślenia. Ale On te słowa mówi non stop. Nie mówi ich do tych złych, z którymi się nie zgadzam. Mówi też do mnie. Pyta, co ja zrobiłem, żeby świat był lepszy, sprawiedliwy.

To jest więc pielgrzymka nie tylko dająca do myślenia, ale przede wszystkim prowokująca do działania.

Instrukcja obsługi papieża Franciszka

Polski rząd przygotowuje się do wizyty Franciszka w Polsce. Przedstawiciele władzy zapewniają, że Światowe Dni Młodzieży będą bezpieczne. Politycy Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie zapewniali o swoim przywiązaniu do wiary i Kościoła Katolickiego. Rządzących często widać na Mszach Świętych, pielgrzymkach itd.

Jednak już analiza ich słów prowadzi do smutnych wniosków. Mówią, jakby nie zauważyli, że trzema najważniejszymi dla Franciszka obszarami życia są uchodźcy, wykluczeni i ekologia.

Gdy więc Mariusz Błaszczak, w reakcji na dramat ofiar zamachu terrorystycznego w Nicei, mówi coś o polityce multikulti, gdy kpi z przejawów solidarności Europejczyków, a wszystko podkręca jeszcze swoimi fobiami na temat środowisk LGBT, to warto przypomnieć, jaki komunikat do wiernych Kościoła Katolickiego kieruje Franciszek – na którego tak wszyscy w Polsce czekamy.

W Evangelii Gaudium papież napisał m.in.: „Koniecznie trzeba zwracać uwagę, żeby być blisko nowych form ubóstwa i słabości, w których powinniśmy rozpoznać cierpiącego Chrystusa, nawet jeśli pozornie nie przynosi to nam żadnych namacalnych i natychmiastowych korzyści: bezdomni, narkomani, uchodźcy, ludy tubylcze, coraz bardziej samotne i opuszczone osoby w podeszłym wieku itd. Migranci są dla mnie szczególnym wyzwaniem, ponieważ jestem pasterzem Kościoła bez granic, który czuje się matką wszystkich. Dlatego wzywam kraje do wspaniałomyślnego otwarcia, które bez obawy o zniszczenie lokalnej tożsamości będzie zdolne stworzyć nowe syntezy kulturowe. Jakże piękne są miasta, które przezwyciężyły niezdrową nieufność i integrują osoby różniące się, czyniąc z tej integracji nowy czynnik rozwoju! Jakże piękne są miasta, które w swoich planach architektonicznych pełne są przestrzeni łączących, ułatwiających relację, sprzyjających uznaniu drugiego człowieka!”.

Politycy PiS będą witać się z Franciszkiem w Polsce. Mariusz Błaszczak będzie z pewnością jednym z członków delegacji. Pojawi się tam także premier Polski, Beata Szydło.

Warto mieć w pamięci, co każde z nich mówi na temat obecnego w Europie kryzysu uchodźczego.

Beata Szydło: „Poprzedni rząd zgodził się na przyjmowanie ich na zasadzie dobrowolności. My, kontynuując te deklaracje, wyraziliśmy zgodę jak pozostałe 27 krajów UE, bo rozwiązać ten najważniejszy obecnie unijny problem przez relokację. Ale powiem bardzo wyraźnie: nie widzę możliwości, by w tej chwili migranci do Polski przyjechali”.

Mariusz Błaszczak: „Decyzja rządu o przyjęciu siedmiu tysięcy uchodźców była decyzją błędną. Nie pójdziemy na żadne kompromisy. Najważniejsze jest bezpieczeństwo Polaków. Nie będziemy ulegać ideologiom związanym z poprawnością polityczną”.

Franciszek: „Każdy z was, uchodźców, kto puka do naszych drzwi ma oblicze Boga. Wybaczcie zamknięcie i obojętność naszych społeczeństw, które obawiają się zmiany życia i mentalności, jakiej wymaga wasza obecność. Traktowani jak ciężar, problem, koszt, jesteście tymczasem darem”.

SOLIDARNOŚĆ

Tymczasem wśród części polskich publicystów i polityków – zwłaszcza – prawicy, słychać narzekania i kpiny z ludzi, którzy po zamachach terrorystycznych zmieniają sobie zdjęcia profilowe, zdjęcia w tle, publikują w mediach społecznościowych unijne, belgijskie i francuskie flagi itd. „Bo przecież trzeba walczyć ze zgnilizną islamu, a nie bawić się w durną solidarność”.
Ci sami ludzie, którzy teraz na to narzekają, wcześniej nie mieli oporów, by wychodzić na ulice po katastrofie smoleńskiej, palić znicze po śmierci JP2, organizować msze święte, które w tym kraju zawsze, oprócz modlitwy, miały wymiar jednoczący i solidarnościowy.

Ludzie potrzebują gestów. Nikt z nich nie walczy z terrorystami. Są bezradni. Każdy potrzebuje gestu – nawet najbardziej irracjonalnego – żeby mieć poczucie, że nie jest sam. O to chodzi w solidarności, której chyba nie do końca rozumiecie.

Kto będzie krzyczał: „Franciszku, zostań z nami!”?

Słowa Franciszka wypowiedziane w samolocie wywołały kolejną burzę w polskich mediach. Z wypowiedzi papieża nie wynika jednak nic ponad to, że ludziom o różnych skłonnościach seksualnych, a także wyzyskiwanym kobietom i ubogim, należy się szacunek.

– Można potępić, nie z powodów ideologicznych, ale z racji postępowania politycznego, pewne manifestacje zbyt obraźliwe dla innych. Ale to nie ma nic do rzeczy – mówił papież. Chodzi o to – wskazał – że jest osoba z takimi skłonnościami, która ma dobrą wolę i szuka Boga. – Kim jesteśmy, by osądzać? – zapytał papież trzy lata po tym, gdy po raz pierwszy zadał w tym kontekście takie pytanie. Franciszek zaznaczył, że chrześcijanie powinni prosić nie tylko o wybaczenie osoby homoseksualne, „tak jak mówił kardynał «marksista», ale również ubogich, kobiety wyzyskiwane, muszą przeprosić za to, że błogosławili wiele broni, że nie towarzyszyli wielu rodzinom”.

Dlaczego przeprosić? Papież apeluje o społeczną wrażliwość, a jest sprawą oczywistą, że zawsze, gdy ktoś milczy widząc niesprawiedliwość, pogardę i prześladowanie, to do tego zła przykłada rękę.

To dziwne, że apel o szacunek odbija się w Polsce aż tak szerokim echem. Tomasz Terlikowski z okazji słów Franciszka przypomniał nawet nauczanie Kościoła w sprawie osób homoseksualnych, przekonując, że należy „bronić małżeństw i rodziny”. Trudno zrozumieć, dlaczego niby szacunek do osób homoseksualnych miałby w jakimkolwiek stopniu zagrażać małżeństwu i rodzinie. Tak samo jak trudno zrozumieć, dlaczego troska o ludzi wykluczonych, zwłaszcza troska o ludzi uciekających przed wojnami, miałaby zagrażać katolickiej Polsce.

W kolejnych wypowiedziach Franciszka, które w Polsce wywołują fale spekulacji i szereg wątpliwości, nie ma nic innego, jak tylko apele o zwykłą przyzwoitość.

Najdziwniejsze natomiast jest to, że wszystkie słowa papieża dotyczące społecznej sprawiedliwości, niezgody na wykluczenie, troski o ubogich, słabych, ofiary wojny, prześladowanych itd., kwitowane są w Polsce zdaniem: „Papież jest lewicowy”.

W Polsce „Papież jest lewakiem”, tylko dlatego, że mówi o biedzie, wykluczeniu, umowach śmieciowych, ekologii, przyjmowaniu uchodźców, wyzysku w pracy, zarobkach, nierównościach społecznych itd.

Jeśli to wszystko jest „kosmicznym lewactwem”, to ja tylko chciałem zapytać, czym w takim razie jest chrześcijaństwo?

Stawianiem murów? Sojuszem duchownych z biznesem? Paleniem kubeczkami po jogurtach w piecach? Wycinaniem lasów? Zatrudnianiem ludzi na śmieciówkach? Dokładaniem ręki do nierówności społecznych?

Coś nam się tu chyba zdrowo popieprzyło, jeśli wrażliwość społeczną nazywamy lewactwem, a za chrześcijaństwo uważamy „obronę cywilizacji przez arabami” i „obronę rodziny przed gejami”.

Z niecierpliwością czekam na wizytę Franciszka w Polsce. Wcale nie dlatego, że będzie kontrowersyjnie i śmiesznie. Przede wszystkim dlatego, że papież potrząsa sumieniami. Chrześcijaństwo to nie jest wygodna religia, w której docenia się swoich.

Pewne i jednocześnie smutne natomiast jest jedno: to będzie papieska pielgrzymka do Polski, podczas której możemy nie usłyszeć gromkiego okrzyku: „Zostań z nami!”.

Papież lewicy

Łazarz ma tupet. Bezczelnie położył się akurat pod drzwiami bogacza i jeszcze żąda resztek ze stołu. Bogaty człowiek, ubrany w purpurę i bisior, na czas wystawnej uczty słusznie zamyka przed Łazarzem drzwi. Powinien bowiem kierować się przede wszystkim własnym bezpieczeństwem. Bo przecież bogacz sam dorobił się swojego bogactwa. Gdyby Łazarz tylko zechciał, wziąłby sprawy w swoje ręce, zakasał rękawy, znalazł pracę i przestał żebrać.

Oczywiście można kierować się w życiu alternatywnym tłumaczeniem Pisma Świętego. Można sądzić, że Jezus wcale nie mówił „Nie bój się”, tylko przekonywał: „budujcie mury”. Można sądzić także, że Jezus usprawiedliwiał bogacza, gardził Łazarzem, rzucił kamieniem w jawnogrzesznicę i mówi: „bądźcie chciwi, bo życie polega na gromadzeniu bogactw i zależy od tego, co się posiada”.

Można się okłamywać, że chrześcijaństwo polega na „obronie cywilizacji”, pogardzie wobec słabszych, sojuszu tronu z ołtarzem, zgodzie na nierówność i wykluczenie.

Przed taką – w gruncie rzeczy – wygodną wizją chrześcijaństwa przestrzega Franciszek. „Łazarz dobrze reprezentuje milczące wołanie ubogich wszystkich czasów i sprzeczność świata, w którym ogromne bogactwo i zasoby znajdują się w rękach nielicznych osób” –  powiedział Franciszek w katechezie podczas audiencji ogólnej 18 maja w Watykanie. Gdy Franciszek staje po stronie słabszych, nędzarzy, biedaków, ułomnych itd., to nie chodzi mu o nic innego, tylko chrześcijaństwo. Bogacz zreflektował się dopiero po śmierci. Poprosił Abrahama, żeby ten wysłał anioła do jego braci i ich upomniał, żeby nie żyli tak wystawnie i stali się bardziej empatyczni. Abraham odpowiedział jednak: „Mają Mojżesza i Proroków. Jeśli ich nie słuchają, to nawet gdyby ktoś powstał z martwych, także nie dadzą się przekonać”.

Sprawa dla reportera i pogarda dla Disco polo

Owszem, disco-polo to grafomania, tandeta i obiektywne zło. Ale gorsza od disco-polo może być jeszcze pogarda wobec ludzi, którzy tej muzyki słuchają.

9003663-zenek-martyniuk-w-sprawie-dla

„Jakże duże było zdziwienie publiczności, gdy jeden z ostatnich odcinków >Sprawy dla reportera< postanowiono uatrakcyjnić występem Zenka Martyniuka” – przeczytałem dziś na portalu „dziennik.pl”.

Ponadto, Krzysztof Majak, na portalu Natemat.pl opisał występ gwiazdy disco polo w telewizji używając do tego sarkastycznej frazy, twierdząc, że takie zabiegi szefów telewizji to „walka o widza” i – jakie to zabawne – „dobra zmiana”.

No więc, po pierwsze, to strasznie smutne, że dziennikarze nie oglądają „Sprawy dla reportera”. Gdyby oglądali, wiedzieliby, że takie występy gwiazd disco polo są w ofercie programu na porządku dziennym. Reżyserzy programu zapraszają muzyków na prośbę bohaterów, których historie pokazuje prowadząca, Elżbieta Jaworowicz.

W tym wypadku Zenek Martyniuk zaangażował się w pomoc finansową na operację dziecka z chorym oczami.

Gdyby dziennikarze oglądali „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby także, że problemy klasy średniej z wielkich miast – które to problemy ci dziennikarze opisują regularnie (ostatnio na portalu natemat.pl czytałem, że że kolejka do słynnej warszawskiej naleśnikarni jest za długa) – są problemami, przepraszam, śmiesznymi.

Gdyby dziennikarze oglądali „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby, że mieszkańcy podwarszawskich miasteczek, których tak łatwo i pogardliwie nazywa się „słoikami”, żyją w warunkach dla klasy średniej często spartańskich.

Gdyby dziennikarze oglądali „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby, że w 2016 r., w Polsce, kilkaset tysięcy dzieci niedojada, ludzie mieszkają bez ogrzewania i ciepłej wody. Że są matki wychowujące kilkoro dzieci, pracujące na trzy etaty, do pracy dojeżdżają dziesięć kilometrów rowerem, a i tak nie starcza im na najbardziej podstawowe potrzeby.

Gdyby dziennikarze z Warszawy oglądali regularnie „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby także, jak bezduszne potrafią być urzędy w małych miastach, jak kiepsko działa system pomocy socjalnej, jak bardzo ludzie, którym od 26-lat wmawia się, że „mogą wziąć sprawy w swoje ręce”, potrafią walczyć o swoje, nie patrząc na kompromitację i upokorzenie.

Po drugie natomiast – wracając do muzyki disco polo – wiem, że klasa średnia z wielkich miast, za punkt honoru obrała sobie robienie żartów z ludzi słuchających tej muzyki. Że klasa średnia śmieje się z „Rolnika, który szuka żony” i z ludzi, którzy są fanami programu „Jaka to melodia”. Ja wiem, że klasa średnia gardzi „tandetą”, „kiczem” i „wieśniakami”. Że klasa średnia słucha tylko dobrej muzyki, ogląda dobre seriale, filmy i spektakle teatralne.

Natomiast, droga klaso średnia, w swoim niepohamowanym rozwoju kulturalnym i ze swojej wyższości intelektualnej, spróbuj czasem życzliwie spojrzeć na tych wieśniaków i słoików, opisywanych w „Sprawie dla reportera”. Spróbuj zrozumieć, że oni żyją tuż obok, mają swoje problemy, radości, zmartwienia i sukcesy. Że mogą zakochiwać się przy dźwiękach disco-polo, bawić się podczas oglądania kabaretów, tańczyć na festynach i dożynkach. Że nie oglądają amerykańskich nowości serialowych, nie bywają w teatrze, do kina jeżdżą raz w miesiącu, jeśli taki wyjazd zorganizuje lokalny Dom Kultury itd. Spróbuj spojrzeć życzliwie i zrozumieć, że to też są Polacy.

I owszem, disco polo to grafomania, tandeta i obiektywne zło. Ale gorsza od disco polo może być jeszcze pogarda wobec ludzi, którzy tej muzyki słuchają.

Zakaz wystąpień publicznych dla ks. Jacka Międlara

Żaden to powód do satysfakcji, że przełożeni ks. Jacka Międlara zakazali mu „jakichkolwiek wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych”.

z19653242Q

Przypomnijmy, jak Zgromadzenie Księży Misjonarzy reagowało na kolejne wystąpienia ks. Jacka. Najpierw, po przemowie na marszu narodowców we Wrocławiu, duchowny dostał zakaz publicznych występów na tego typu demonstracjach. Później, po kilku wysyłanych do kurii we Wrocławiu listach osób oburzonych jego aktywnością na twitterze, przełożeni poprosili, żeby duchowny przestał korzystać z mediów społecznościowych. Gdy wierni z parafii na Oporowie we Wrocławiu przestali wpuszczać ks. Jacka do swoich domówi podczas wizyty duszpasterskiej, Zgromadzenie Księży Misjonarzy uznało, że duchownego trzeba przenieść do innej parafii. Ks. Międlar dostał pracę w Zakopanem. Kilka dni po przeprowadzeniu się na Podhale, wziął udział w uroczystości ONR. Po tym zdarzeniu miał odbyć rekolekcje. Od tego czasu (luty), milczał, by w połowie kwietnia pojawić się ponownie, tym razem na obchodach 82. rocznicy ONR w Białymstoku.

Tam, podczas odprawianej przez niego Mszy Świętej w katedrze, w głównej nawie stanął szpaler flag organizacji, a ks. Międlar mówił o potrzebie „chemioterapii dla ogarniętej nowotworem złośliwym Polski”. Internet obiegło zdjęcie narodowców stojących na tle wejścia do świątyni, nad którym widniał napis: „Drzwi Miłosierdzia”.

Prowincja Zgromadzenia Księży Misjonarzy zareagował po czterech dniach, wydając komunikat: „Jako Wizytator Polskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy oświadczam, że w dniu 19 kwietnia b.r. ks. Jacek Międlar CM, otrzymał całkowity zakaz jakichkolwiek wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych. Jednocześnie stanowczo oświadczam, że nasze Zgromadzenie nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”.

 

Trudno cieszyć się z takiego rozwiązania sprawy. Przede wszystkim dlatego, że ks. Jacek został ukarany praktycznie całkowitym zakazem duszpasterskim. Jak sprawę skomentował ks. Andrzej Luter: „Ukaranie młodego chłopaka (święcenia kapłańskie miał chyba dwa lata temu), który solidnie sobie na ten „wyrok” zapracował, to przyznanie się do wielkiej porażki”.

Od prawie roku opinii publicznej znane są szowinistyczne poglądy duchownego. Wielu przełożonych seminariów ma dobre oko, które potrafi wyłapać konflikt poglądów kandydata do kapłaństwa z rolą w jaką ma wejść będąc księdzem. Jeśli już wówczas nikt nie zauważył, że poglądów ks. Jacka nie da się pogodzić z Ewangeliczną nauką Jezusa, to zasadne staje się pytanie o jakość seminaryjnej formacji, której został poddany.

Niestety czasem przełożeni się mylą, czasem coś im umyka, a czasem kierują się niekoniecznie istotą problemu, a egoistyczną wizją posłuszeństwa.

Cenna jest ostatnia informacja z komunikatu przełożonych księdza Jacka: „Jednocześnie stanowczo oświadczam, że nasze Zgromadzenie nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”. To może być dowód, że zakaz dla ks. Jacka nie jest „wymuszony z góry”, albo „wynika z nacisku mediów”, tylko rzeczywiście jest deklaracją, że w Kościele nie ma miejsca na skrajny nacjonalizm. Po zakazie – byłoby dobrze – gdyby zaczęła się formacją ks. Jacka, by i on to zrozumiał.

Omijaj system, nieś pomoc

Ciągle myślę, że my – w Kościele – nie jesteśmy od tego, by zastanawiać się jakie polityczne kroki należy podjąć, żeby pozytywnie wpłynąć na sytuację ludzi uciekających przed wojnami. Nie jesteśmy też od tego, żeby brać udział w podpisywaniu unijnych dyrektyw walczących z terroryzmem.

12279059_10206171440392959_5779947989828482236_n

Z jednej strony dlatego, że z wielu stron Kościoła słychać, iż przyjmowanie uchodźców nie ma sensu. Nie znam się na zwalczaniu terroryzmu. Z mądrych tekstów, które staram się czytać, głównie w prasie zachodniej, wynika, że łączenie przyjmowania uchodźców z zamachami terrorystycznym nie jest takie proste. A zwłaszcza, obwinianie za zamachy uchodźców, to krzywdzący skrót myślowy.

Po drugie dlatego, że – jak wierzę – zostaliśmy powołani do czegoś innego niż uczestnictwa w politycznych negocjacjach, w których politycy decydują, który człowiek jest legalny, a który nielegalny.

Nasza wiara jest tak naprawdę w tych dziedzinach życia irracjonalna. Irracjonalna z punktu widzenia mechanizmów tego świata. To właśnie dlatego papież Franciszek tuż po zamachu w Brukseli nie powiedział wcale: „a teraz musimy zabić wszystkich uchodźców, bo oni szkodzą Europie i są terrorystami”. Pierwszą reakcją papieża po zamachach było zaproszenie do modlitwy. Prośbą o miłosierdzie. Dla człowieka, który racjonalizuje świat, ta propozycja „przywódcy Kościoła Katolickiego” może wydawać się bezsensowna, irracjonalna, pozbawiona politycznego zmysłu.

To, że jesteśmy Chrześcijanami tak naprawdę zwalnia nas z myślenia o tym, że jesteśmy powołani do zmieniania systemów i politycznych ustrojów. Jesteśmy przede wszystkim powołani do niesienia drugiemu człowiekowi pomocy – tak realnej, konkretnej, otwierającej drzwi naszych domów, jak i tej duchowej, modlitewnej, wspierającej emocjonalnie.

Stąd też uważam na przykład, że bezzasadne jest stawiania siebie przed wyborem, czy należy pomagać ludziom na ulicy, czy też nie. W haśle: „pomagać trzeba rozsądnie” – które często formułują przeciwnicy niesienia ludziom doraźnej pomocy na ulicach, kryje się często zagłuszanie swoich wyrzutów sumienia. – Nie daję, bo nie można dawać ludziom pieniędzy na ulicy, jednocześnie nie robię nic, by wpłynąć na ich los.

Jesteśmy ludźmi gestów. Myślę więc, że moim głównym zdaniem jest omijanie wszelkich systemów. Jeśli dochodzę do wniosku, że system nie działa (system pomocy, przyjmowania uchodźców, opieki nad biedakami itd.) – to mam dwa wyjścia – albo będę niósł pomoc drugiemu człowiekowi, nie patrząc jak reaguje na to system, albo będę udawał, że zmieniam system – którego nierzadko po prostu zmienić się nie da.

Chciałbym więc zrobić coś, co sprawi, że „nikt nie głoduje pod elegancką knajpą, gdzie wyrzuca się codziennie dziesiątki kilogramów resztek jedzenia; w którym bajecznie bogate pałace, rezydencje, fazendy nie będą sąsiadowały z drewniano-papierowymi favelami”. Próbując to robić od kilku lat dochodzę do wniosku, że próby wprowadzania tego przez polityczne dyrektywy nie przynosi oczekiwanego skutku. Robię wszystko, żeby samemu temu zapobiegać. Nieś tę zmianę swoimi gestami pomocy, a nie decyzjami polityków.

en_01205902_1491
Słychać też narzekania i kpiny z ludzi, którzy zmieniają sobie zdjęcia profilowe, zdjęcia w tle, wrzucają w społecznościach unijne i belgijskie flagi itd.

A ksiądz Marek Różycki pracujący w katedrze wawelskiej napisał na twitterze m.in.: „Kolorowe kredki jako sposób na walkę z islamskim terroryzmem świadczy o poziomie jaki osiągnęła „postępowa” Europa”.

Ci sami ludzie, którzy teraz na to narzekają, wcześniej nie mieli oporów, by wychodzić na ulice po katastrofie smoleńskiej, palić znicze po śmierci JP2, organizować msze święte, które w tym kraju zawsze, oprócz modlitwy, miały wymiar jednoczący i solidarnościowy.

Ludzie potrzebują gestów. Nikt z nich nie walczy – drodzy racjonalizujący prawicowcy – z terrorystami. Każdy potrzebuje gestu – nawet najbardziej irracjonalnego – żeby mieć poczucie, że nie jest sam.

Bezinteresowność

Jest taka jedna krakowska biedaczka. Mała kobieta. Niskiego wzrostu. Spotkacie ją albo przy jezuitach na Małym Rynku, albo w okolicach Bagateli. Zagai do was cichutko. Szeptem. Jestem niemal pewien, że każdy, kto przechodzi codziennie w tych okolicach, był przez nią zaczepiony.
Dotychczas przechodziłem obok niej obojętnie.
Bo ona taka cicha, taka nieporadna, tak zagaja od niechcenia – myślałem – to niech się przynajmniej postara. Niech się odważy głośniej zagadać.
Niedawno, wracając wieczorem z redakcji znów się nawinęła. Już wchodziłem do tramwaju, gdy patrzę nagle, idzie.
Cofam się. Podchodzi. „Czy pan nie miałby dwa złote?”.
Poszliśmy na pierogi do „Bar smak” na Karmelickiej.

No więc niepokojąca biedaczka to Krystyna. Właśnie niedawno zmarł jej bliski mężczyzna. Ma mieszkanie. Ma się gdzie kąpać. I ona te pierogi tak grzecznie je. Tak z pełną kurtuazją. Jakby jadła łososia z guacamole.
I się okazuje, że Krystyna była skrzypaczką. Podobno dobrze się zapowiadającą. Odmroziła palce gdzieś w górach. Kariera jebnęła o ziemię.
I jadała te łososie z guacamole. I nagle jeść je przestała. Je pierogi co łaska. Żebrze.

520d24e33f3b5569d559a5b779ed8ac1,640,0,0,0

Myślę sobie, bezinteresowność to polega nie tylko na tym, że nie oczekujemy kasy za to, że komuś pomożemy.
Bezinteresowność polega przede wszystkim na tym, że nie programujemy ludzi, którym pomagamy.
Bezinteresowność w pewnym sensie zwalnia nas z myślenia o zbawianiu całego świata.
Pomagam, daję biedakowi pieniądze, idziemy coś zjeść – a co się później stanie, to już przyszłość.
Całe ryzyko polega na tym, że nie uzależniamy ich od siebie. Nie mówimy: „dam ci, ale ty teraz masz żyć tak jak ja, lubić tych co ja, i w ogóle to całować mnie za to po rękach”.
To raczej niewolnictwo a nie charytatywność.

Dawaj, a nie oczekuj wdzięczność.

Aborcja jest zła

Najpierw tegoroczna Manifa w Warszawie odbyła się pod hasłem „Aborcja w obronie życia”. Rozumiem „grę słowną”, ale się z nią nie zgadzam. Później media obiegła informacja, że w warszawski szpitalu dziecko przeżyło po aborcji, więc lekarze nie podjęli próby jego ratowania. Jeśli tak było, to żyjemy w coraz bardziej patologicznym świecie.

Znam kilka feministek. Niektóre lubię. Niektóre lubię nawet bardzo. I lubię też Manifę. To znaczy tak samo jak lubię Marsz Niepodległości. KOD. Masę krytyczną. I wszystkie inne lewackie i prawackie demonstracje. Bo to w sumie spoko, że żyjemy w kraju, w którym każdy może sobie wyjść na ulicę. Gorzej z tym, co tam krzyczy, ale to za chwilę.

I nawet, szczerze mówiąc, gdybym nie sądził, że zawód jaki wykonuję pozwala mi co najwyżej opisywać takie imprezy, a na pewno nie pozwala mi brać w nich udziału, to na Manifę czasem bym sobie pochodził.

Czasem w swoich kościelnych środowiskach mówię do niektórych smutnych i wesołych panów w czarnych, fioletowych i czerwonych sutannach, że z feministkami i lewaczkami lepiej współpracować niż się bać, albo zwalczać.

Bo nici do porozumienia tu jest wiele. Sugeruję im na przykład, żeby głośniej mówili, że mąż, który bije żonę, to jest cham i przestępca, i że zasługuje na karę. I że mąż, który nie płaci alimentów, to jest mega cham i prostak.

I że zajmowanie się tymi sprawami to nie jest ani prawactwo, ani lewactwo, ani żadne inne nie wiadomo co. Że to jest przyzwoitość. A być przyzwoitym może być i prawak i lewak.

Ale czcza ta gadanina. I wszystko jak krew w piach, gdy feministki wychodzą na ulicę z hasłem „Aborcja w obronie życia”.

Na mój prosty, chłopski i katolicki rozum biorę to tak:

„Gdy patrzę na jakiegoś dzieciaka, i zastanawiam się kim był przed tym, jak go zobaczyłem, to cofam się w jego rozwoju.

Wyszedł dzieciak z brzucha. Patrzę: człowiek. Się cofam. Patrzę na USG, widzę: człowiek. Cofam się tak cofam, aż do poczęcia, i nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie ten dzieciak, którego widzę, nie był człowiekiem.

I to jest proste jak nie wiem co. Zabijanie jest złe. Tu mowa moja jest „tak, tak, nie, nie”. Każde zabijanie jest złe.

Zabijanie zwierzą jest złe. Wycinanie drzew jest złe. Wojna jest zła. Zabijanie ludzi też jest złe. I aborcja też jest zła. Bardzo zła.

Jednocześnie mówienie, że kobiet, która decyduje się na aborcję, czasem w przerażeniu i strachu, jest morderczynią, jest ohydne.

W życiu chyba chodzi tylko i aż o przyzwoitość.