Szczur, więzienie, paczka fajek

15078809_1496924713657713_7298808790827846747_n

Podobno w tym wszystkim chodzi o zanurzenie się w syfie. Zobaczenie w nędzy „twarzy Chrystusa”. Gdy na kilka minut siadasz na zimnym i mokrym murku posadzki pod Bramą Floriańską, upokorzenie i wkurwienie czujesz już po kilku sekundach. Spodnie nasiąkają moczem, deszczem, śliną. Ile tam siedzisz? Dziesięć minut? Nawet nie. Tyle, ile spalasz papierosa. Maksymalnie, jeśli zaciągasz się swobodnie, od czterech do sześciu minut. Ale akurat zaciągasz się nieswobodnie. Czujesz przecież smród: moczu, stęchlizny gnijących stóp, dymu szluga, zaschniętego potu. Palisz cztery minuty. Szybko palisz.

Emil siedzi od rana. O piątej rano budzi go policjant. Bo Emil śpi akurat na zimnej ławce pod Sukiennicami. Emil wstaje o szóstej i idzie.

– Przyszli najpierw około trzeciej.

– No i?

– I mówią, kurwa, po prostu, że chrapię.

– Że chrapiesz?

– Że, chrapię, mówią. Że to głośne jest. Mieszkańcy dzwonili, mówili, chrapie ktoś, że rzekomo to ja.

– Mieszkańcy? Na Rynku?

– Oni tam mieszkają przecież. Kamienice są na Rynku. Dzwonić musieli, nie ma chuja, policjant debil, ale kłamać to nie mogę powiedzieć.

– I?

– Mandat mi chciał dać. Weź się, rozumiesz, mandat.

– Za chrapanie.

– No, mówię mu: panie, lipy tu nie róbmy, już się zbieram, nie ma mnie, uznajmy, że mnie tu nie ma.

– A on?

– Żebym spierdalał, bo jak nie, to on ma możliwości.

Emil o szóstej rano ma kaca. Emil albo ma kaca, albo jest pijany. Jest w ciągu od sierpnia. Sierpień był trzy miesiące temu, ale Emil nie wrócił jeszcze z Woodstocku. Miał wrócić, oczywiście, ale mu się przedłużyło. Śpi teraz pod Sukiennicami, ewentualnie, jak go natychmiastowo zmorzy, wprost pod Bramą Floriańską. Bo tu siedzi. Obok Kapliczki Matki Boskiej. W takiej z murku wnęce.

– Żebrzesz?

– Ja się brzydzę. Jak sami podchodzą, to gadam.

– O czym?

– A dlaczego pan na zimnie siedzi? – Tak pytają. Wiesz, na pan do mnie.

– A ty, co na to?

– Opowiadam.

– Co?

– Ściemę walę. Jak czuję, że wrażliwie ma być, żeby kasą ktoś sypnął, to mówię, że mnie żona z domu wyjebała, kurwa jedna, puszczała się to na lewo, to na prawo.

– A niewrażliwie?

– To że we więźniu przesiedziałem, osiem lat.

– A prawda o tym, że na zimnie siedzisz, to jaka jest?

– Że dwadzieścia dwa lata w tym więźniu siedziałem.

– Za co?

– Daj fajkę.

Emil dawno temu miał sprzeczkę z bratem.

– Sprzeczkę?

– No. Zajebałem go. – Wstań z tego murku, bo wilka złapiesz.

 

Po poważnym załamaniu się nerwów Waldek wrócił na ulicę. W tej obok dworca kamienicy z numerem 3, drzwi od klatki się nie domykają. – Dwanaście schodków jest – mówi szeptem, prowadząc do piwnicy – nie ma żarówki, musiałem obliczyć, bo bym się wyjebywał za każdym razem. W piwnicy drzwi z wybrakowanych desek zamykają się na kłódkę. Kłódka jest przepiłowana. Nora, w której Waldek zasypia ma jakieś dwa metry na metr. Śpi na wersalce. Siedzimy w tej klitce. Palimy.

– W Wałbrzychu, skąd pochodzę, spałem na śmietniku. Ale to był, jak na nasze warunku, bo z kolegą tam spałem, duży komfort. Mieliśmy ogrzewany śmietnik.

– Ogrzewany?

– Dwie rury grzewcze szły zaraz obok śmietnika. Luksus, panie, luksus.

Waldek wstaje nagle, powoli, z dużą uwagą, mówi, żebym się nie ruszał, peta rzuca na ziemię. Zbliża się do mnie powoli, z pięścią zaciśniętą i śmiercią w oczach. Bierze zamach i wymierza kopa tuż obok mnie. – Szczur. Zabiłem dziada. W nocy dziś nie dawał mi spokoju, chodź, musimy go wyjebać.

 

Zapomnijmy o sentymentach. Chrystusie w ciele wykluczonego. Możemy oczywiście snuć rzewne opowieści, że przez rozdawane bezdomnym kanapki doprowadzamy ich do „osobistego spotkania z Chrystusem”.  Nawet jeśli pokonamy tę żmudną drogą do zrozumienia, że ostatecznie my, lepiej urodzeni, nie mamy pojęcia po co wychodzimy na ulicę i jaki jest cel naszych rozmów z bezdomnymi, to i tak nagle zapala się nam lampka, że przecież jednak wiemy lepiej. A to w zasadzie takie podbudowujące nasz narcyzm, że spędziliśmy czas z wykluczonym, dotknęliśmy jego historii. Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie – pisze Artur Domosławski – sentymentalizm przerabia w obiekty westchnień. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzi w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet.

Pułapki są więc dwie. Jedna z nich to nasz wzruszający sentymentalizm. Druga, to nasze przekonanie, że wiemy najlepiej co należy zrobić, żeby wyciągnąć kogoś z biedy.

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

Złotówka dziennie dzieli nas od rozwiązania problemu niedożywienia dzieci w Polsce

Czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

https://www.youtube.com/watch?v=vdb4XGVTHkE

1.

Jem w takich barach z jedzeniem na wagę. Trochę ponad 3 złote za 100 gramów. Jestem dumny, gdy uda mi się włożyć na talerz jedzenia za 10 złotych. To wypada zazwyczaj duża garść ryżu, dwa kawałki ryby, pół garści surówki. Jem zazwyczaj z Mikołajem albo Kamilem, chłopakami z ulicy. Dziś ich nie było. W okolicy galerii kręciła się natomiast kobieta. Poszliśmy razem. Sympatyczna rozmowa, stajemy w kolejce.
– proszę sobie nałożyć, na co ma pani ochotę.

Sam wziąłem talerz i cyrkluję te gramy.
Ona nakłada ziemniak za ziemniakiem, dużą łyche surówek, dwa kotlety.
Myślę sobie: ładnie się załadowałem.
Ważymy.
Moje: 11,49. Jej: 42,70.
Płacę i słyszę w uszach głos Chmielewskiej, którą pytaliśmy z Piotrkiem o złość na biednych: – czasem biedak może wyprowadzić z równowagi, gdy dostaje palca, może ciągnąć całą rękę, ale myślę sobie wtedy: dobry jest, załadował mnie, będę ostrożniejsza.

Siadamy do jedzenia. Ona ledwo ten talerz niesie.
– pomogę.
– dziękuję.
– smacznego.
– smacznego.
– Monika. 36 lat. Śpi gdzieś pod halą targową.

Wyciąga po chwili telefon.
Pisze smsa.

Po pięciu minutach podchodzi do nas dwójka dzieciaków. Lat 6 i 12. Siadają obok. Każde dostaje po kotlecie. Ona zostawia sobie kilka ziemniaków.

2.

Co trzeci Polak wyrzuca jedzenie. Banki Żywności przeprowadziły ostatnio badania, z których wynika, że średnio jeden Polak wyrzuca na śmieci 50 kg jedzenia. Pomijam w tych obliczeniach jedzenie wyrzucane przez restauracje, sklepy, sieci supermarketów (to jakieś 7 milionów ton!). Skupiam się wyłącznie na każdym z nas. Pojedynczych Polakach. Indywidualnych decyzjach. Bo to przecież my wszyscy, którzy wyrzucamy jedzenie, jednocześnie jesteśmy przekonani, że nie od nas zależą światowe problemy z głodem i niedożywieniem.

Każdy z nas wyrzucił kiedyś jedzenie. Wędlina się przeterminowała. Pomidor zaczął pleśnieć. Ugotowaliśmy za dużo makaronu. Millward Brown przebadał, co wyrzucamy najczęściej: wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.). Powody? Wymieniamy m.in.: przegapienie terminu przydatności do spożycia, zrobienie zbyt dużych zakupów, zbyt duże porcje posiłków i niewłaściwe przechowywanie żywności.

Z tych wszystkich badań wynika, że czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł.

Jednocześnie 200 tysięcy dzieci w Polsce cierpi z powodu tzw. cichego głodu. Pisał o tym kiedyś Szymon Hołownia, obalając argument przeciwników przyjmowania uchodźców, którzy mówią, że skoro mamy jakieś pieniądze, to powinniśmy przeznaczyć je przede wszystkim na wsparcie dla Polaków.

Państwo znacie tę argumentację? Ile razy już słyszeliśmy zdanie internetowych erudytów, którzy „zaorali kogoś”, pisząc: „chcemy przyjmować uchodźców? Przecież polskie dzieci głodują!”, albo „co mnie obchodzi głód w Afryce, gdy mnie samemu nie starcza pieniędzy do pierwszego?”. Szymon Hołownia znalazł badania, z których wnika, że ludzi myślących w taki sposób w Polsce jest 53 proc. Pisze Hołownia: „Załóżmy roboczo, że liczba Polaków dysponujących jakimikolwiek pieniędzmi to jakieś 30 mln obywateli. 53 proc. z 30 mln to 16 mln”.

Co by było, gdyby zamiast wyrzucać jedzenie warte 2 tysiące złotych, przeznaczyć te pieniądze na walkę z głodem? Sumy jakimi możemy dysponować są zawrotne. Nie przesadzajmy. Załóżmy, przywołując raz jeszcze tekst Hołowni, że każdy z tych 16 milionów ludzi wyda chociaż złotówkę dziennie (!) na owo dożywianie najuboższych małych Polaków. Uzyskujemy na ten cel 348 mln zł miesięcznie. Podzielone przez 200 tys. dzieci, daje nam ok. 1900 zł na dziecko na miesiąc. Jest to kwota, z którą naprawdę można już coś sensownego zrobić. – A co by było, gdybyśmy opodatkowali się na ten cel wszyscy? – pyta Szymon Hołownia. Złotówka dziennie dzieli nas od sytuacji, w której hańbiący problem niedożywienia dzieci zostaje w Polsce rozwiązany.

Naprawdę wierzę głęboko, że wszystko zależy od nas. Nie kupuję tej naiwnej ostatecznie pragmatycznej wizji, że jeśli natychmiast nie widać skutków naszego zrównoważonego życia – bez wyrzucania jedzenia, oszczędzania, jeżdżenia komunikacją miejską, a nie samochodem – to należy z tego zrezygnować.

Kiedy napisałem na facebooku przywołaną na początku historię z Moniką i kotletami dla jej dzieci, przeczytałem w jednym z komentarzy, że zgodnie z Ewangelią nie powinienem się chwalić, że komuś pomagam. Przecież zasada ewangeliczna brzmi: niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa.

Bardziej się jednak boję, że moja lewa ręka wyrzuca rocznie kilogramy jedzenia, a prawa ręka w tym czasie podpiera argumenty, że „przecież głodu na całym świecie nie da się zlikwidować”.

Spowiedź z segregowania śmieci

W nowym mieszkaniu, w szafce pod zlewem, zrobiłem więcej miejsca, tak, żeby zmieściły się trzy kubły na śmieci. Mimo że do jednego wrzucam szkło, do drugiego plastik, a w trzecim są pozostałe odpadki, to i tak zarządca mojego bloku nie pozwala mi segregować śmieci: w zsypie wszystko wpada do jednego pojemnika.

Podczas gdy negocjacje z zarządcą trwają, ja swoje śmieci muszę rozwozić do odpowiednich miejsc na własną rękę.

Odbył się niedawno Światowy Dzień Modlitw o Ochronię Stworzenia. Papież Franciszek w specjalnym orędziu napisał m.in.: Na tyle na ile powodujemy małe szkody ekologiczne, jesteśmy wezwani do uznania naszego wkładu, mniejszego lub większego w zaburzenia i zniszczenie środowiska. Jest to pierwszy krok na drodze do nawrócenia.

Z Franciszkiem pewnie nie zgodziłby się Harald Welzer, niemiecki psycholog i pisarz. W książce „Wojny klimatyczne” studzi zapał i przekonuje, że indywidualne działania chroniące środowisko, takie jak wspomina segregacje śmieci czy podróżowanie wyłącznie komunikacją miejską, są może i pożyteczne w kształtowaniu świadomości pojedynczych ludzi, ale pozostają bez wpływu na globalne zagrożenia katastrofami ekologicznymi.

Nie ma żadnych wątpliwości, że aby wyhamować niszczenie środowiska, potrzebne są decyzje w skali międzynarodowej. Artur Domosławski w „Wykluczonych” wymienia kraje, które to zrozumiały. Na przykład Szwajcarię, która – w myśl zasady, że kraj dobrobytu to nie taki, w którym biednych stać na samochód, ale taki, w którym bogaty przesiada się ze swojego BMW do miejskiego autobusu – od lat inwestuje w transport publiczny.

Franciszek przekonuje, że zmiany należy zaczynać od dołu. Papież oducza chrześcijan pragmatycznego podejścia do świata, w którym, jeśli natychmiast nie widać efektów naszych działań, to można z nich zrezygnować. Chrześcijanin nie musi zbawić całego świata. Powinien być ekologiczny nie tylko dlatego, że ma to wpływ globalny, ale przede wszystkim dlatego, że dbanie o środowisko jest „narzędziem do nawrócenia”. To siłą rzeczy musi przenieść się na globalną ochronę ziemi.  Pierwszym pozytywnym efektem zainteresowania się Franciszka tematami ekologii będzie to, że w konfesjonale zaczniemy spowiada się także z tego, że nie segregujemy śmieci.

Cóż, to tylko wojna. O co wam chodzi?

Omran Daqneesh wytrącił nas z równowagi na jakieś 24 godziny. Zobaczyliśmy jego zakrwawioną twarz, przejęliśmy się nawet jego przerażeniem w oczach. Wzruszyliśmy ramionami, pomyśleliśmy sobie, że gdzieś daleko źle się dzieje. Łatwo przeszliśmy do porządku dziennego.

omran

Wzruszenie, przejęcie się losem pokrzywdzonych to uczucia dobre, ale – jak uczy Susan Sontag – chwilowe, nietrwałe. Tym, których dotyka nieszczęście – pisze z kolei Artur Domosławski w „Wykluczonych” – trzeba czegoś innego: naszego gniewu, wściekłości, niezgody. Może przede wszystkim uświadomienia sobie i innym, że przywileje lepiej urodzonych bywają okupione nieszczęściem tych, którzy są pozbawiani praw i możliwości. Zrozumienie tej zależności to pierwszy impuls ku zmianie, przynajmniej szansa na nią.

Janina Ochojska mówi w telewizji o wojnie w Syrii. Tłumaczy, że ten dramat trwa codziennie. Mówi na przykład, że nie możemy zamknąć naszych drzwi przed uchodźcami, ale też, że należy pomagać tam, na miejscu. Jej słowa padają w tle. Na ekranie widać biegających chaotycznie ratowników wyciągających z gruzów kolejne dzieci i ofiary zamachu terrorystycznego. Na forum tvn24 wchodzi „tokmada”. Za chwilę skomentuje program. Musi widzieć te obrazy: dym, przerażenie, chaos. Musi patrzyć w oczy tego dziecka. Musi słyszeć, co o Syrii mówi Janina Ochojska.

„tokmada” siada do pisania komentarz. Najpierw cytat z Ochojskiej: „My nie możemy zamknąć drzwi przed uchodźcami (…) ludzie uciekają do Europy, bo chcą odtworzyć tu normalne życie”.

I po chwili, tonem eksperta „tokmada” pisze: „w przeważającej części (99%) to młode buczki, samotni mężczyźni w wieku 20-30 lat. Dla takich ja jak i większość społeczeństw jest na „nie” – pisze „ekspercko”.

Po chwili dalej snuje swoją opowieść. „Dla tych młodych mężczyzn, z roszczeniową postawą, bez dokumentów, Europa jest nie ratunkiem przed zagrożeniem a szansą na wygodne życie na rachunek Europy. Pal licho gdyby tylko tyle… Ale to ludzie, którzy mogą i są niebezpieczni – to już widać”.

I wreszcie, na koniec, „tokmada” wygasza swoje wyrzuty sumienia. Uważa, że one nie istnieją. Przecież nic się nie stało. Na obrazy z wojny „tokmada” się uodpornił(a).

To wojna przecież, nie takie rzeczy już widzieliśmy, więc „tokamada” pisze: „Zdjęcia dzieci, które cierpią w takich konfliktach – cóż wstrząsające, ale nie mogą być wykorzystywane jak teraz – „na potrzeby”. Było zdjęcie ciała chłopca wyrzuconego na brzeg, była informacja o ścięciu przez „rebeliantów” młodego chłopca… To wojna, która zbiera żniwo”.

To jest wojna. „Tokmada” to wie. Wie to cała rzesza Polaków. Bezpiecznych, widzących tę wojnę sprzed komputera. Czego się dziwicie? Że dziecko wyciągnęli z gruzów? Przecież taka jest wojna. Nic nie poradzimy. Dajcie spokój.

Kilka minut po komentarzu „tokmady” głos na forum zabrał jeszcze „dariusz_koszkul”, który wszystkie nasze wątpliwości rozwiał: „nie widze problemu zeby p. ochojska jak jest tak litościwa przygarnela sobie kilku syryjczyków do swojego domu a nie wciskala ich innym. zapewni im dom, prace, wyzywienie, rozrywki za swoje pieniadze. i niech potem dopiero chodzi po telewizjach i jeczy. bo na mnie to juz wrażenia nie robi”.

 

Wspomniana Sontag w „Widoku cudzego cierpienia” pisze: „Zdjęcia okrucieństw mogą sprowokować całkiem skrajne reakcje. Wołanie o pokój. Wezwanie do zemsty. Lub po prostu obudzenie się niejasnego poczucia, nieustannie karmionego fotograficznymi informacjami, że dzieją się rzeczy potworne”. I po chwili dodaje: „Ludzie nie znieczulają się na to, co się im pokazuje – jeśli w ten sposób można określić to, co się dzieje – tylko z powodu ilości obrazów, jakimi się ich zarzuca. Uczucia słabną wskutek bierności. Stan opisywany jako apatia, moralna albo emocjonalna znieczulica, jest pełen uczuć: gniewu i frustracji”.

Łatwo po nas spływa. To już nie jest zwykłe wzruszenie, które nie ma szans przerodzić się w gniew, bunt i niezgodę. Nie oburzamy się, przechodzimy do porządku dziennego. Mówimy przecież, że nic nie da się z tym zrobić. Przecież ja tej wojny nie skończę.

Jak się obronić przed tą bezradnością? Okazuje się, że w przyzwoitości nie chodzi już o niesienie pomocy. To jest perspektywa bardzo odległa. Najpierw trzeba się uchronić przed tą pokusą, żeby do świata podchodzić z tezą: „nic nie mogę zrobić”. „Co mnie to obchodzi”. „Przecież taka jest wojna”. Trzeba zacząć od siebie. Jeżeli uznamy, że nic się nie da zrobić, to rzeczywiście się nie da i przepowiednia się sama spełni.

W tym sensie jestem przeciwnikiem – mówi Martin Caparrós, autor „Głodu” – etyki opartej na skuteczności, zakładającej, że skoro moje postępowanie nie przyniesie widocznych skutków, to nie warto, bym robił cokolwiek. Brak wyników usprawiedliwia moją bezczynność. A ja uważam, że coś należy robić, czyli np. mniej kupować czy nie wyrzucać żywności, dlatego że to jest słuszne, dlatego że warto postępować słusznie i przyzwoicie, bo wyrzucanie jedzenia, gdy inni go nie mają, jest złe.

Caritas Syria stale wspiera 150 rodzin przebywających w trudnych warunkach w Aleppo.

SMS z hasłem SYRIA nr 72052
Lub wpłata na konto Caritas Polska z hasłem SYRIA
Bank PKO BP S.A. 70 1020 1013 0000 0102 0002 6526

wszystkie komentarze ze strony: http://fakty.tvn24.pl/fakty-z-zagranicy,61/syrii-grozi-katastrofa-humanitarna,669455.html?utm_content=buffer16327&utm_medium=social&utm_source=twitter.com&utm_campaign=buffer. Pisownia oryginalna.

Papież, który wytrącił mnie z równowagi

Fot: Jacek Taran

Fot: Jacek Taran

Papież przez cały swój pontyfikat apeluje do chrześcijan, żeby ich wiara nie polegała tylko na nawracaniu, prozelityzmie i ewangelizowaniu. Na tym oczywiście też. Ale drugi wymiar to społeczne zaangażowanie. Niezgoda na wykluczenie społeczne. Niezgoda na głód. Chrześcijanin brzydzi się wyzyskiem i niesprawiedliwością. Jak mówi siostra Małgorzata Chmielewska, chrześcijaństwo polega na posunięciu się na ławce życia. Papież nie rozróżnia uchodźców wojennych i imigrantów ekonomicznych. Mówi o tych, którzy uciekają przed wojną, ale też o tych, którym źle się żyje, cierpią głód, nie mają pracy, uciekają do innego, lepszego – ich zdaniem – życia. Jak rozumiem, papież nie zgadza się, żebyśmy traktowali tych ludzi jak oszustów. I nie odmawiali im prawa do lepszego życia.

Czeka nas jeszcze jedna „fala migracji”. Niedługo skutki zmian klimatycznych – o których papież także mówi – sprawią, że ludzie będą uciekali nie przed wojną, ani nie za pracą. Są już kraje, w których przez nasze konsumpcyjne życie na zachodzie, brakuje wody. Zmiany klimatyczne w wielu krajach sieją spustoszenie. Ludzie w nich żyjący nie mają co jeść. Będę musieli uciekać, żeby żyć – nie w europejskich luksusach. Będą musieli po prostu uciec, żeby przeżyć.

Mówimy w Polsce, że żadnych uchodźców nie zamierzamy przyjmować. Mówimy, że jeśli już, to tylko tych, którzy uciekają przed wojną.

Jak się zachowamy wobec tych, którzy przed żadną wojną nie uciekają? Co im powiemy? – Nie ma u was wojny. A to, że nie macie co jeść, i co pić, to już nie nasza sprawa.

Papież mówi, że to w sensie ścisłym nasza sprawa. To nasza wina. Kładzie na nas odpowiedzialność. W swojej encyklice Laudato si, oskarża zachodnie życie: wygodne i komfortowe, w którym rzeczy, jeśli się psują, to się je wyrzuca. To my, na zachodzie, marnujemy wodę, wyrzucamy jedzenie, nadużywamy paliw kopalnych.

Ta polska ziemia, na której żyjemy, i której tak zachłannie bronimy „przed zalewem muzułmanów”, nie jest nasza. My tę ziemię dostaliśmy. Nie mamy żadnej zasługi w tym, że urodziliśmy się na takiej, a nie innej szerokości geograficznej. Ja nie mam żadnego wkładu w to, że żyję w kraju, gdzie nie ma wojny. Nawet jeśli dziś, po latach, założę na ramię powstańczą opaskę, to nie spowoduje, że ta ziemia będzie jeszcze bardziej moja, i że będę miał jakieś większe prawo do decydowania, kto ma, a kto nie ma prawa na niej żyć. Nic wielkiego nie zrobiłem, żeby na tej ziemi nie było tak wielkiego głodu, jaki jest w innych krajach.

Papież przekuwa nasz egoizm. Mój też. Czekałem, żeby podczas tej pielgrzymi Franciszek powiedział coś, co wytrąci mnie z równowagi. Z czym się nie będę zgadzał. Co mnie zaniepokoi i da mi do myślenia. Ale On te słowa mówi non stop. Nie mówi ich do tych złych, z którymi się nie zgadzam. Mówi też do mnie. Pyta, co ja zrobiłem, żeby świat był lepszy, sprawiedliwy.

To jest więc pielgrzymka nie tylko dająca do myślenia, ale przede wszystkim prowokująca do działania.

Instrukcja obsługi papieża Franciszka

Polski rząd przygotowuje się do wizyty Franciszka w Polsce. Przedstawiciele władzy zapewniają, że Światowe Dni Młodzieży będą bezpieczne. Politycy Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie zapewniali o swoim przywiązaniu do wiary i Kościoła Katolickiego. Rządzących często widać na Mszach Świętych, pielgrzymkach itd.

Jednak już analiza ich słów prowadzi do smutnych wniosków. Mówią, jakby nie zauważyli, że trzema najważniejszymi dla Franciszka obszarami życia są uchodźcy, wykluczeni i ekologia.

Gdy więc Mariusz Błaszczak, w reakcji na dramat ofiar zamachu terrorystycznego w Nicei, mówi coś o polityce multikulti, gdy kpi z przejawów solidarności Europejczyków, a wszystko podkręca jeszcze swoimi fobiami na temat środowisk LGBT, to warto przypomnieć, jaki komunikat do wiernych Kościoła Katolickiego kieruje Franciszek – na którego tak wszyscy w Polsce czekamy.

W Evangelii Gaudium papież napisał m.in.: „Koniecznie trzeba zwracać uwagę, żeby być blisko nowych form ubóstwa i słabości, w których powinniśmy rozpoznać cierpiącego Chrystusa, nawet jeśli pozornie nie przynosi to nam żadnych namacalnych i natychmiastowych korzyści: bezdomni, narkomani, uchodźcy, ludy tubylcze, coraz bardziej samotne i opuszczone osoby w podeszłym wieku itd. Migranci są dla mnie szczególnym wyzwaniem, ponieważ jestem pasterzem Kościoła bez granic, który czuje się matką wszystkich. Dlatego wzywam kraje do wspaniałomyślnego otwarcia, które bez obawy o zniszczenie lokalnej tożsamości będzie zdolne stworzyć nowe syntezy kulturowe. Jakże piękne są miasta, które przezwyciężyły niezdrową nieufność i integrują osoby różniące się, czyniąc z tej integracji nowy czynnik rozwoju! Jakże piękne są miasta, które w swoich planach architektonicznych pełne są przestrzeni łączących, ułatwiających relację, sprzyjających uznaniu drugiego człowieka!”.

Politycy PiS będą witać się z Franciszkiem w Polsce. Mariusz Błaszczak będzie z pewnością jednym z członków delegacji. Pojawi się tam także premier Polski, Beata Szydło.

Warto mieć w pamięci, co każde z nich mówi na temat obecnego w Europie kryzysu uchodźczego.

Beata Szydło: „Poprzedni rząd zgodził się na przyjmowanie ich na zasadzie dobrowolności. My, kontynuując te deklaracje, wyraziliśmy zgodę jak pozostałe 27 krajów UE, bo rozwiązać ten najważniejszy obecnie unijny problem przez relokację. Ale powiem bardzo wyraźnie: nie widzę możliwości, by w tej chwili migranci do Polski przyjechali”.

Mariusz Błaszczak: „Decyzja rządu o przyjęciu siedmiu tysięcy uchodźców była decyzją błędną. Nie pójdziemy na żadne kompromisy. Najważniejsze jest bezpieczeństwo Polaków. Nie będziemy ulegać ideologiom związanym z poprawnością polityczną”.

Franciszek: „Każdy z was, uchodźców, kto puka do naszych drzwi ma oblicze Boga. Wybaczcie zamknięcie i obojętność naszych społeczeństw, które obawiają się zmiany życia i mentalności, jakiej wymaga wasza obecność. Traktowani jak ciężar, problem, koszt, jesteście tymczasem darem”.

SOLIDARNOŚĆ

Tymczasem wśród części polskich publicystów i polityków – zwłaszcza – prawicy, słychać narzekania i kpiny z ludzi, którzy po zamachach terrorystycznych zmieniają sobie zdjęcia profilowe, zdjęcia w tle, publikują w mediach społecznościowych unijne, belgijskie i francuskie flagi itd. „Bo przecież trzeba walczyć ze zgnilizną islamu, a nie bawić się w durną solidarność”.
Ci sami ludzie, którzy teraz na to narzekają, wcześniej nie mieli oporów, by wychodzić na ulice po katastrofie smoleńskiej, palić znicze po śmierci JP2, organizować msze święte, które w tym kraju zawsze, oprócz modlitwy, miały wymiar jednoczący i solidarnościowy.

Ludzie potrzebują gestów. Nikt z nich nie walczy z terrorystami. Są bezradni. Każdy potrzebuje gestu – nawet najbardziej irracjonalnego – żeby mieć poczucie, że nie jest sam. O to chodzi w solidarności, której chyba nie do końca rozumiecie.

Kto będzie krzyczał: „Franciszku, zostań z nami!”?

Słowa Franciszka wypowiedziane w samolocie wywołały kolejną burzę w polskich mediach. Z wypowiedzi papieża nie wynika jednak nic ponad to, że ludziom o różnych skłonnościach seksualnych, a także wyzyskiwanym kobietom i ubogim, należy się szacunek.

– Można potępić, nie z powodów ideologicznych, ale z racji postępowania politycznego, pewne manifestacje zbyt obraźliwe dla innych. Ale to nie ma nic do rzeczy – mówił papież. Chodzi o to – wskazał – że jest osoba z takimi skłonnościami, która ma dobrą wolę i szuka Boga. – Kim jesteśmy, by osądzać? – zapytał papież trzy lata po tym, gdy po raz pierwszy zadał w tym kontekście takie pytanie. Franciszek zaznaczył, że chrześcijanie powinni prosić nie tylko o wybaczenie osoby homoseksualne, „tak jak mówił kardynał «marksista», ale również ubogich, kobiety wyzyskiwane, muszą przeprosić za to, że błogosławili wiele broni, że nie towarzyszyli wielu rodzinom”.

Dlaczego przeprosić? Papież apeluje o społeczną wrażliwość, a jest sprawą oczywistą, że zawsze, gdy ktoś milczy widząc niesprawiedliwość, pogardę i prześladowanie, to do tego zła przykłada rękę.

To dziwne, że apel o szacunek odbija się w Polsce aż tak szerokim echem. Tomasz Terlikowski z okazji słów Franciszka przypomniał nawet nauczanie Kościoła w sprawie osób homoseksualnych, przekonując, że należy „bronić małżeństw i rodziny”. Trudno zrozumieć, dlaczego niby szacunek do osób homoseksualnych miałby w jakimkolwiek stopniu zagrażać małżeństwu i rodzinie. Tak samo jak trudno zrozumieć, dlaczego troska o ludzi wykluczonych, zwłaszcza troska o ludzi uciekających przed wojnami, miałaby zagrażać katolickiej Polsce.

W kolejnych wypowiedziach Franciszka, które w Polsce wywołują fale spekulacji i szereg wątpliwości, nie ma nic innego, jak tylko apele o zwykłą przyzwoitość.

Najdziwniejsze natomiast jest to, że wszystkie słowa papieża dotyczące społecznej sprawiedliwości, niezgody na wykluczenie, troski o ubogich, słabych, ofiary wojny, prześladowanych itd., kwitowane są w Polsce zdaniem: „Papież jest lewicowy”.

W Polsce „Papież jest lewakiem”, tylko dlatego, że mówi o biedzie, wykluczeniu, umowach śmieciowych, ekologii, przyjmowaniu uchodźców, wyzysku w pracy, zarobkach, nierównościach społecznych itd.

Jeśli to wszystko jest „kosmicznym lewactwem”, to ja tylko chciałem zapytać, czym w takim razie jest chrześcijaństwo?

Stawianiem murów? Sojuszem duchownych z biznesem? Paleniem kubeczkami po jogurtach w piecach? Wycinaniem lasów? Zatrudnianiem ludzi na śmieciówkach? Dokładaniem ręki do nierówności społecznych?

Coś nam się tu chyba zdrowo popieprzyło, jeśli wrażliwość społeczną nazywamy lewactwem, a za chrześcijaństwo uważamy „obronę cywilizacji przez arabami” i „obronę rodziny przed gejami”.

Z niecierpliwością czekam na wizytę Franciszka w Polsce. Wcale nie dlatego, że będzie kontrowersyjnie i śmiesznie. Przede wszystkim dlatego, że papież potrząsa sumieniami. Chrześcijaństwo to nie jest wygodna religia, w której docenia się swoich.

Pewne i jednocześnie smutne natomiast jest jedno: to będzie papieska pielgrzymka do Polski, podczas której możemy nie usłyszeć gromkiego okrzyku: „Zostań z nami!”.

Papież lewicy

Łazarz ma tupet. Bezczelnie położył się akurat pod drzwiami bogacza i jeszcze żąda resztek ze stołu. Bogaty człowiek, ubrany w purpurę i bisior, na czas wystawnej uczty słusznie zamyka przed Łazarzem drzwi. Powinien bowiem kierować się przede wszystkim własnym bezpieczeństwem. Bo przecież bogacz sam dorobił się swojego bogactwa. Gdyby Łazarz tylko zechciał, wziąłby sprawy w swoje ręce, zakasał rękawy, znalazł pracę i przestał żebrać.

Oczywiście można kierować się w życiu alternatywnym tłumaczeniem Pisma Świętego. Można sądzić, że Jezus wcale nie mówił „Nie bój się”, tylko przekonywał: „budujcie mury”. Można sądzić także, że Jezus usprawiedliwiał bogacza, gardził Łazarzem, rzucił kamieniem w jawnogrzesznicę i mówi: „bądźcie chciwi, bo życie polega na gromadzeniu bogactw i zależy od tego, co się posiada”.

Można się okłamywać, że chrześcijaństwo polega na „obronie cywilizacji”, pogardzie wobec słabszych, sojuszu tronu z ołtarzem, zgodzie na nierówność i wykluczenie.

Przed taką – w gruncie rzeczy – wygodną wizją chrześcijaństwa przestrzega Franciszek. „Łazarz dobrze reprezentuje milczące wołanie ubogich wszystkich czasów i sprzeczność świata, w którym ogromne bogactwo i zasoby znajdują się w rękach nielicznych osób” –  powiedział Franciszek w katechezie podczas audiencji ogólnej 18 maja w Watykanie. Gdy Franciszek staje po stronie słabszych, nędzarzy, biedaków, ułomnych itd., to nie chodzi mu o nic innego, tylko chrześcijaństwo. Bogacz zreflektował się dopiero po śmierci. Poprosił Abrahama, żeby ten wysłał anioła do jego braci i ich upomniał, żeby nie żyli tak wystawnie i stali się bardziej empatyczni. Abraham odpowiedział jednak: „Mają Mojżesza i Proroków. Jeśli ich nie słuchają, to nawet gdyby ktoś powstał z martwych, także nie dadzą się przekonać”.

Sprawa dla reportera i pogarda dla Disco polo

Owszem, disco-polo to grafomania, tandeta i obiektywne zło. Ale gorsza od disco-polo może być jeszcze pogarda wobec ludzi, którzy tej muzyki słuchają.

9003663-zenek-martyniuk-w-sprawie-dla

„Jakże duże było zdziwienie publiczności, gdy jeden z ostatnich odcinków >Sprawy dla reportera< postanowiono uatrakcyjnić występem Zenka Martyniuka” – przeczytałem dziś na portalu „dziennik.pl”.

Ponadto, Krzysztof Majak, na portalu Natemat.pl opisał występ gwiazdy disco polo w telewizji używając do tego sarkastycznej frazy, twierdząc, że takie zabiegi szefów telewizji to „walka o widza” i – jakie to zabawne – „dobra zmiana”.

No więc, po pierwsze, to strasznie smutne, że dziennikarze nie oglądają „Sprawy dla reportera”. Gdyby oglądali, wiedzieliby, że takie występy gwiazd disco polo są w ofercie programu na porządku dziennym. Reżyserzy programu zapraszają muzyków na prośbę bohaterów, których historie pokazuje prowadząca, Elżbieta Jaworowicz.

W tym wypadku Zenek Martyniuk zaangażował się w pomoc finansową na operację dziecka z chorym oczami.

Gdyby dziennikarze oglądali „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby także, że problemy klasy średniej z wielkich miast – które to problemy ci dziennikarze opisują regularnie (ostatnio na portalu natemat.pl czytałem, że że kolejka do słynnej warszawskiej naleśnikarni jest za długa) – są problemami, przepraszam, śmiesznymi.

Gdyby dziennikarze oglądali „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby, że mieszkańcy podwarszawskich miasteczek, których tak łatwo i pogardliwie nazywa się „słoikami”, żyją w warunkach dla klasy średniej często spartańskich.

Gdyby dziennikarze oglądali „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby, że w 2016 r., w Polsce, kilkaset tysięcy dzieci niedojada, ludzie mieszkają bez ogrzewania i ciepłej wody. Że są matki wychowujące kilkoro dzieci, pracujące na trzy etaty, do pracy dojeżdżają dziesięć kilometrów rowerem, a i tak nie starcza im na najbardziej podstawowe potrzeby.

Gdyby dziennikarze z Warszawy oglądali regularnie „Sprawę dla reportera”, wiedzieliby także, jak bezduszne potrafią być urzędy w małych miastach, jak kiepsko działa system pomocy socjalnej, jak bardzo ludzie, którym od 26-lat wmawia się, że „mogą wziąć sprawy w swoje ręce”, potrafią walczyć o swoje, nie patrząc na kompromitację i upokorzenie.

Po drugie natomiast – wracając do muzyki disco polo – wiem, że klasa średnia z wielkich miast, za punkt honoru obrała sobie robienie żartów z ludzi słuchających tej muzyki. Że klasa średnia śmieje się z „Rolnika, który szuka żony” i z ludzi, którzy są fanami programu „Jaka to melodia”. Ja wiem, że klasa średnia gardzi „tandetą”, „kiczem” i „wieśniakami”. Że klasa średnia słucha tylko dobrej muzyki, ogląda dobre seriale, filmy i spektakle teatralne.

Natomiast, droga klaso średnia, w swoim niepohamowanym rozwoju kulturalnym i ze swojej wyższości intelektualnej, spróbuj czasem życzliwie spojrzeć na tych wieśniaków i słoików, opisywanych w „Sprawie dla reportera”. Spróbuj zrozumieć, że oni żyją tuż obok, mają swoje problemy, radości, zmartwienia i sukcesy. Że mogą zakochiwać się przy dźwiękach disco-polo, bawić się podczas oglądania kabaretów, tańczyć na festynach i dożynkach. Że nie oglądają amerykańskich nowości serialowych, nie bywają w teatrze, do kina jeżdżą raz w miesiącu, jeśli taki wyjazd zorganizuje lokalny Dom Kultury itd. Spróbuj spojrzeć życzliwie i zrozumieć, że to też są Polacy.

I owszem, disco polo to grafomania, tandeta i obiektywne zło. Ale gorsza od disco polo może być jeszcze pogarda wobec ludzi, którzy tej muzyki słuchają.

Zakaz wystąpień publicznych dla ks. Jacka Międlara

Żaden to powód do satysfakcji, że przełożeni ks. Jacka Międlara zakazali mu „jakichkolwiek wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych”.

z19653242Q

Przypomnijmy, jak Zgromadzenie Księży Misjonarzy reagowało na kolejne wystąpienia ks. Jacka. Najpierw, po przemowie na marszu narodowców we Wrocławiu, duchowny dostał zakaz publicznych występów na tego typu demonstracjach. Później, po kilku wysyłanych do kurii we Wrocławiu listach osób oburzonych jego aktywnością na twitterze, przełożeni poprosili, żeby duchowny przestał korzystać z mediów społecznościowych. Gdy wierni z parafii na Oporowie we Wrocławiu przestali wpuszczać ks. Jacka do swoich domówi podczas wizyty duszpasterskiej, Zgromadzenie Księży Misjonarzy uznało, że duchownego trzeba przenieść do innej parafii. Ks. Międlar dostał pracę w Zakopanem. Kilka dni po przeprowadzeniu się na Podhale, wziął udział w uroczystości ONR. Po tym zdarzeniu miał odbyć rekolekcje. Od tego czasu (luty), milczał, by w połowie kwietnia pojawić się ponownie, tym razem na obchodach 82. rocznicy ONR w Białymstoku.

Tam, podczas odprawianej przez niego Mszy Świętej w katedrze, w głównej nawie stanął szpaler flag organizacji, a ks. Międlar mówił o potrzebie „chemioterapii dla ogarniętej nowotworem złośliwym Polski”. Internet obiegło zdjęcie narodowców stojących na tle wejścia do świątyni, nad którym widniał napis: „Drzwi Miłosierdzia”.

Prowincja Zgromadzenia Księży Misjonarzy zareagował po czterech dniach, wydając komunikat: „Jako Wizytator Polskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy oświadczam, że w dniu 19 kwietnia b.r. ks. Jacek Międlar CM, otrzymał całkowity zakaz jakichkolwiek wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych. Jednocześnie stanowczo oświadczam, że nasze Zgromadzenie nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”.

 

Trudno cieszyć się z takiego rozwiązania sprawy. Przede wszystkim dlatego, że ks. Jacek został ukarany praktycznie całkowitym zakazem duszpasterskim. Jak sprawę skomentował ks. Andrzej Luter: „Ukaranie młodego chłopaka (święcenia kapłańskie miał chyba dwa lata temu), który solidnie sobie na ten „wyrok” zapracował, to przyznanie się do wielkiej porażki”.

Od prawie roku opinii publicznej znane są szowinistyczne poglądy duchownego. Wielu przełożonych seminariów ma dobre oko, które potrafi wyłapać konflikt poglądów kandydata do kapłaństwa z rolą w jaką ma wejść będąc księdzem. Jeśli już wówczas nikt nie zauważył, że poglądów ks. Jacka nie da się pogodzić z Ewangeliczną nauką Jezusa, to zasadne staje się pytanie o jakość seminaryjnej formacji, której został poddany.

Niestety czasem przełożeni się mylą, czasem coś im umyka, a czasem kierują się niekoniecznie istotą problemu, a egoistyczną wizją posłuszeństwa.

Cenna jest ostatnia informacja z komunikatu przełożonych księdza Jacka: „Jednocześnie stanowczo oświadczam, że nasze Zgromadzenie nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”. To może być dowód, że zakaz dla ks. Jacka nie jest „wymuszony z góry”, albo „wynika z nacisku mediów”, tylko rzeczywiście jest deklaracją, że w Kościele nie ma miejsca na skrajny nacjonalizm. Po zakazie – byłoby dobrze – gdyby zaczęła się formacją ks. Jacka, by i on to zrozumiał.